Reklama zniknie za 11 sekund

Topagrar.plZaloguj
Jesteś w strefie Premium
Archiwum wydań>2021>top agrar 09/2021>

„ASF nas wykończy”

Afrykański pomór świń zatacza coraz szersze kręgi na mapie Polski.
Od początku epidemii wirusa w lutym 2014 r. nie ma widoków na jej koniec.
Gorzej - rolnicy drżą i są wkurzeni, że walkę z ASF rząd przerzucił tylko na nich.

22 sierpnia 2021, 22:00

Kiedy w listopadzie 2019 roku wirus ASF pojawił się po raz pierwszy u dzika na zachodzie Polski, niedaleko Wschowy, było jasne, że rolnicy w tej części kraju już nie mogą spać spokojnie. Niewiele pomogły szybkie akcje stawiania płotu z metalowej siatki i grodzenia wokół miejsc, gdzie znaleziono martwe dziki. Nie udało się skutecznie zamknąć pierścienia i z każdym tygodniem przypadków ASF u dzików przybywało.

Front w całej Polsce

Obecnie mapa Polski jest coraz ciemniejsza, z frontem zachodnim rozlewającym się wokół Wschowy i na zachód oraz długim frontem wschodnim, który od północy ciągnie się niemal przez cały kraj na południe, zdobywając z każdym miesiącem kolejne przyczółki. Wirus już dawno przekroczył linię Wisły i drżą nie tylko hodowcy i producenci świń na prawym brzegu naszej królowej rzek, ale też po stronie zachodniej, począwszy od okolic Lubawy, Grudziądza i Żuromina, przez okolice Piotrkowa Trybunalskiego aż po Małopolskę.

Dzieje się też na froncie zachodnim, który rozlał się już poza granicę Odry i ASF od września ub. roku panoszy się na terenie Niemiec. Samo pojawienie się ASF w Niemczech uderzyło z jeszcze większym impetem w polskich producentów i hodowców. Nasi jeszcze bardziej dostali po kieszeni. Od lat cena tuczników w Polsce jest ściśle powiązana z notowaniami na niemieckiej giełdzie. Odbiorcy niemieckiej wieprzowiny z Azji – głównie z Chin – zamknęli import i ceny zanurkowały. Nadwyżki wieprzowiny z Niemiec czy Hiszpanii rozlały się po Europie.

Czerwona strefa dołuje ceny

– To jest nie do pojęcia, że my na zachodzie kraju, prawie w Wielkopolsce, nie mamy gdzie sprzedać świń z czerwonej strefy – mówi rozgoryczony Tomasz Skupin, prezes Spółdzielni Producentów Trzody Chlewnej Góra (woj. dolnośląskie). W pięcioosobowej grupie produkują łącznie ok. 10 tys. tuczników rocznie. Są wściekli, bo w walce z ASF czują się totalnie osamotnieni. Nie ma ani zrozumienia, ani wsparcia ze strony instytucji rządowych, samorządowych, by razem chronić rodzinną produkcję świń.

– Zaczyna się od podejścia do bioasekuracji. Chcemy chronić nasze stada, ale dziś boimy się wyjechać w pole. Co z tego, że mamy bramy bioasekuracyjne, gdy można przywieźć wirusa w ziarnie czy słomie – argumentuje Tomasz Skupin, prowadzący rodzinne gospodarstwo 160 ha, utrzymujący 130 loch w cyklu zamkniętym. Również Łukasz Tekieli (136 ha i 110 loch), gdy pracuje w polu, robi wszystko, by tylko nie wysiadać z ciągnika. – W tym roku przy wylegniętych zbożach to aż strach kosić, mając świadomość, że można coś wciągnąć do kombajnu – mówi Tekieli. Kiedy wraca z pola, tego dnia do chlewni już nie wchodzi. Świnie muszą oporządzić żona i mama. Wszyscy czują się, jakby siedzieli na tykającej bombie, bo wkoło gospodarstw rozległe lasy, a dziki przez całe lato siedzą w rzepaku i kukurydzy.

– Myśliwi sami przyznają, że w rzepaku i kukurydzy dzika się nie strzeli. A po co dziki mają się wysilać z szukaniem żarcia w lesie? Wolą siedzieć w polu – mówi Tomasz Pala, utrzymujący 130 loch w gospodarstwie 190-ha.

– Mamy chronić swoje stada, robimy plan bioasekuracji. A jak składamy wniosek do Agencji na dofinansowanie, to czekamy na decyzję kilka miesięcy. Na uzupełnienia Agencja daje 14 dni, nieważne, czy to jest akurat środek żniw. Urzędnicy nie wykazują żadnej elastyczności do sytuacji w gospodarstwie – podkreśla Skupin. Sam boleśnie odczuł zmiany w projekcie bramki za 15 tys. zł, kiedy z powodu zmiany szerokości już na etapie wykonania, ostatecznie dostał tylko 1800 zł. – Bo było inaczej niż we wniosku, a musieliśmy szerokość dopasować do maszyn – wyjaśnia. Ogrodził całe siedlisko i postawił 3 bramki bioasekuracyjne, które automatycznie spryskują każdy wjeżdżający na podwórze pojazd na wszystkich trzech drogach wjazdowych.

– Mieliśmy maty, które na nic się zdały przy intensywnym ruchu. Nie dość, że nie gwarantują dobrej dezynfekcji, to po kilku przejazdach nawijały się na koła ciężarówek – wyjaśnia. Łukasz Tekieli zbudował u siebie bramkę, przez którą wracając z pola, przejeżdża kombajnem. Jest zdezynfekowany ze wszystkich stron. Zaletą bramki jest to, że zawsze stężenie płynu dezynfekcyjnego jest takie samo.

Władze blokują inwestycje

– Ziarno i słomę musimy przechować bezpiecznie przez 3 miesiące, zanim trafią do chlewni. Ale urzędnicy nie rozumieją tego, że jest to potężne wyzwanie logistyczne i trzeba się przygotować – mówi Skupin. Zamierzał wybudować silosy paszowe jeszcze przed żniwami, by było gdzie przechować ziarno.

– Decyzję kwestionuje Agencja, mimo że silosy można postawić na zgłoszenie – rozkłada ręce. – Z prawie 100 ha zbóż jest 700 ton ziarna, jak to zagospodarować, by było oddzielone od starego?

– W zeszłym roku kupiłem ziarno po żniwach, było za co i miałem gdzie przechować – mówi Łukasz Tekieli. – Przy obecnych cenach nie ma szans zrobić zapasu, by za rok w żniwa przez 3 miesiące mieć stare zboże „na zakładkę”. Nie każdy może czekać, bo nie będzie czym karmić – podkreśla.

Podobnie jest ze słomą. – Słoma też musi leżeć przez 3 miesiące. Zdecydowałem, że zbuduję profesjonalną halę na słomę, ale nasza poniemiecka wieś dwa lata temu została objęta ochroną konserwatorską, bo tak sobie wymyślili urzędnicy. Hala musi mieć dach o nachyleniu 35 stopni i być pokryta karpiówką, to jakiś absurd, skąd na to wszystko brać? Ale nie mam wyjścia – ubolewa Tekieli. Osobiście ma już po dziurki w nosie takiego traktowania rolników, w jak by nie było typowo wiejskiej gminie. – Urzędnicy, zamiast nam pomagać w walce z ASF, to tylko mnożą problemy. Co nie ruszymy, to tylko pod górkę – podkreśla.

Czerwona strefa

Mimo planu bioasekuracji i zabezpieczeń są w czerwonej strefie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Niektórzy są zamknięci w strefie już po raz trzeci. Łukasz Tekieli odczuwa skutki strefy od połowy lipca. – Na szczęście udało mi się sprzedać świnie tuż przed zamknięciem. Miałem zaplanowaną sprzedaż i zrobione badanie krwi. Ognisko potwierdzono w poniedziałek, gdybym pobrał krew we wtorek, miałbym wyniki w czwartek, nie byłoby szans, tak długo to trwa. Ale i tak cena spadła do 4,30 zł/kg żywca, bo świnie jechały aż pod Puławy – mówi Tekieli. Tomasz Pala od lat sprzedaje do stałego pośrednika i kiedy już była umówiona sprzedaż, rzeźnia odmówiła przyjęcia tuczników. Ostatecznie znaleźli innego odbiorcę i powiatowy zdążył zmienić zakład na decyzji, ale i tak cena poleciała do 4 zł/kg żywca.

– Mamy chlewnie w dwóch miejscach i z powodu zamknięcia zaczynamy się dusić w porodówce i na odchowalniach, bo lochy już stoją w obszarze zapowietrzonym, a tuczarnia w czerwonej strefie. Tragedia. Co robić? Chlewnie pękają w szwach i nikt nie ma na to rady – wkurza się Pala. Czekają na zniesienie czerwonej strefy i obszaru zagrożonego – ale to może nastąpić dopiero po 30 dniach od pierwszej dezynfekcji likwidowanej z powodu ogniska chlewni. O ile nic się nie wydarzy.

– Teraz tuczniki mają już grubo ponad 100 kg i 3 tygodnie do uwolnienia strefy, dostają tylko cienką paszę „fit”, by jakoś dotrwać do sprzedaży – mówi Tekieli i zżyma się, że przecież to są zdrowe świnie, tylko z powodu przepisów stygmatyzuje się ich mięso. Już wszystkie możliwe miejsca w gospodarstwie są zaadaptowane dla świń, ale nawet nie ma jak tego porządnie zrobić, bo na stal, wygrodzenia, jakiekolwiek materiały budowlane trzeba czekać, a z każdą dostawą jest tylko drożej.

W kojcach ciasno, świnie przerastają, koszty rosną, sprzedać nie ma gdzie, a jak pojawi się taka możliwość, to zakłady zbijają cenę nawet ponad 1 zł za kg. Dochodzi do tego, że w niektórych regionach nikt nie skupuje tuczników z czerwonej strefy. Zakłady tłumaczą się, że handel ich nie chce, bo na rynku jest dosyć „białych” świń z importu.

Zagrożone RHD

– Nasze świnie żywimy bez GMO i hodujemy bez antybiotyków, od lat współpracowaliśmy z mniejszym zakładem przetwórczym, który cenił jakość i smak mięsa. Płacił stabilnie, byliśmy zadowoleni. Przez czerwoną strefę straciliśmy możliwość sprzedaży, tylko dlatego, że powiatowy z regionu, gdzie jest zakład, nie wyraził zgody na przywóz naszych świń – oburza się Skupin. Boi się, że straci odbiorcę bezpowrotnie. Wie, jaka jest jakość mięsa i wyrobów, bo wraz z żoną Wiolettą od czterech lat prowadzą przetwórstwo i sprzedaż w ramach RHD. – Rozbudowaliśmy sklepik, poszerzyliśmy asortyment i teraz grozi nam utrata tego wszystkiego – obawia się Wioletta Skupin. To na jej głowie jest pilnowanie przetwórstwa i sklepu, gdzie klienci oprócz wędlin mogą jeszcze kupić pomidory prosto z ich pola, ziemniaki czy przyprawy.

– Przez lata mozolnie budowaliśmy naszą markę, klienci przyjeżdżają po wyroby kilkadziesiąt kilometrów i aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy nie mogli sprzedawać nawet poddanych obróbce termicznej wyrobów – mówi Skupin. Jego zdaniem najgorsze jest to, że nikt z urzędników odpowiedzialnych za zwalczanie ASF nie widzi tych zależności.

Ograniczyć populację dzików!

Nie byłoby presji wirusa, gdyby nie było tyle dzików. Rolnicy nie mogą zrozumieć, jak rząd może tak opieszale traktować zagrożenie ze strony dzików i tolerować ignorancję ze strony PZŁ.

– Koła łowieckie żerują na nas, a myśliwi śmieją się nam w twarz – mówią zgodnie nasi rozmówcy. Ich zdaniem wcale im nie zależy na tym, by ograniczyć presję ASF i zredukować dziki. Dopiero kiedy wirus pojawia się na terenie obwodu, zaczyna się popłoch, że nie będzie na co polować.

Od początku epidemii ASF zwalczanie dzików nie jest koordynowane ani w skali województwa, ani kraju. Odstrzały sanitarne są dzielone na koła, ale według jakiego klucza? Politycy tłumaczą, że nie mają wpływu na PZŁ. Sam premier deklarował, że walka z ASF to nasza gospodarcza racja stanu. Jeśli tak, to gdzie te nadzwyczajne działania?

Nieoficjalnie od ekspertów weterynaryjnych można usłyszeć, że inspekcja nauczyła się szybko likwidować ogniska, zamykać zakłady i pozbywać się zwierząt. Dla wielu inspektorów likwidacja stad i świń to sposób, by pozbyć się problemu. Na zawsze. Inspekcja i urzędnicy nie nauczyli się służyć społeczeństwu i wspólnie z hodowcami pracować nad rozwiązaniem problemu.

ElDorado dla zakładów

– Pilnie jest też potrzebna kampania wyjaśniająca społeczeństwu, dlaczego konieczne jest ograniczenie populacji dzików – przekonuje Tekieli. Rolnicy nie rozumieją, dlaczego stygmatyzowane jest mięso z czerwonej strefy.

– To jest tylko okazja dla zakładów, by zarobić grube pieniądze – podkreślają. Gdyby zdrowe mięso nie podlegało ograniczeniom, byłoby więcej skupujących i wyższe ceny.

– Czujemy się oszukani postępowaniem rządu, bo co innego gadają przed kamerami, a co innego dzieje się tu na dole. Oni nie rozumieją, że na wsi tracą pieniądze i poparcie – kwituje Skupin. A Łukasz Tekieli pyta retorycznie: – Gdzie jest minister rolnictwa? Jaką ma strategię w walce z ASF? Jeszcze się z nami, producentami świń w Wielkopolsce czy na Kujawach nawet nie spotkał…

Q k.bujoczek@topagrar.pl


Reportaż Trafione zagłębie świńskie

Podobnie, tylko na większą skalę, sytuacja wygląda w woj. łódzkim. Tam ASF zaatakował w drugiej połowie czerwca. To region świniami stojący, prawdziwa potęga w produkcji. To tutaj rolnicy zainwestowali w nowoczesne i doskonale zorganizowane chlewnie. To tutaj jak okiem sięgnął, po horyzont stoją profesjonalne chlewnie – dorobek całych pokoleń. W strefie czerwonej znalazło się wówczas 937 gospodarstw, utrzymujących w sumie 180 tys. świń. Obszar ten zajął połowę gm. Grabica, połowę gm. Moszczenica i cały Czarnocin. Po zwolnieniu strefy zagrożonej 23 lipca, przez trzy tygodnie rolnikom z tych obszarów udało się sprzedać ok. 50 tys. świń. Wiele z nich skupił Animex (Starachowice), płacąc 5,15 zł/kg żywca. Rolnicy twierdzą, że tylko dzięki temu się „nie ugotowali”.

– To, że mogliśmy sprzedać przed blokadą tuczniki, nawet te ważące 100 kg, spowodowało, że przez cały lipiec nie mieliśmy problemu z przerastającymi świniami. Problem pojawił się w sierpniu, kiedy więcej świń było gotowych do odstawy – mówi wójt gminy Grabica, Krzysztof Kuliński, który również jest producentem świń.

„czerwonych” nikt nie chce

Teraz sytuacja wygląda już inaczej. Lokalne zakłady mięsne umawiają się z rolnikami z tamtych terenów na zakup i odbiór tuczników, ci uruchamiają procedurę uzyskania stosownej decyzji od PLW i świadectwa zdrowia, do czego niezbędne jest badanie krwi, po czym zakłady rezygnują z odbioru świń. Ubojnie tłumaczą producentom te zawirowania brakiem rynku zbytu na mięso z czerwonej strefy.

– Dziwi nas ta sytuacja. Przecież zakłady mięsne siedzą na tej samej gałęzi, co my i sukcesywnie ją podcinają. Oczywiście, teraz zarabiają krocie. Bo jeżeli skupują tuczniki po 90 groszy/kg, bo takie propozycje pojawiają się na naszym terenie i sprzedadzą kiełbasę po cenach rynkowych, no to zarobią ogromne pieniądze. Tylko czy normalny gospodarz będzie dalej szedł w ten niepewny i nieopłacalny biznes? – pyta wójt.

Producenci zgodnie podkreślają, że nie wiedzą, co robić dalej. Ich zdaniem rząd powinien jasno określić dalszy scenariusz. Rolnicy domagają się, żeby strona rządowa doprowadziła do rozmów z zakładami ubojowymi, które dziś odmawiają skupu świń. Być może te mają jakieś argumenty, przemawiające za tak niskimi stawkami za żywiec. Władze powinny wówczas rozważyć wsparcie tego sektora. Rolnicy nie są w stanie sami rozwiązać tej sytuacji, a skala problemu jedynie narasta.

– Nawet jeżeli rolnik sprzeda świnie po zaniżonej cenie, załóżmy w skali 2 tys. tuczników, to uzyska pewną pulę pieniędzy. Jeżeli nie ma zobowiązań, to staje przed dylematem, co ma dalej zrobić. Ma zainwestowane olbrzymie pieniądze w budynki. I ma też gotówkę. Czy ma kupić samochód ciężarowy i świadczyć usługi transportowe? Czy ma wstawić warchlaki? – pyta Kuliński i podkreśla, że rolnicy nie są nieudolni. Jeżeli ktoś ma gospodarstwo produkujące 2 tys. świń, to jest bardzo dobrym biznesmenem. Producenci dziś stoją przed dylematami. Czy mają się przebranżowić? A co z budynkami, w które wsadzili bardzo duże pieniądze? Pytania te pozostają bez odpowiedzi.

Szerzej o tym, jakie problemy mają producenci świń w strefach ASF w woj. łódzkim, piszemy w dodatku „top świnie” od str. 6.

Q a.kurek@topagrar.pl

Inspekcja weterynaryjna daje radę
photo
Na 15 dni przed sprzedażą rolnik z czerwonej strefy musi zgłosić PLW chęć sprzedaży świń. Wnioski są na naszej stronie internetowej. W nich należy wpisać konkretną nazwę zakładu odbierającego tuczniki. Wtedy my kierujemy oficjalne zapytanie do ubojni, że są to zwierzęta z czerwonej strefy i czy zostaną przyjęte. Jednocześnie pisemnie powiadamiamy PLW właściwego dla tego zakładu, że taki transport się będzie odbywał. On zwrotnie potwierdza, że zakład ten jest zatwierdzony i może przyjąć świnie z czerwonej strefy. Wtedy przystępujemy do próbkobrania. Zlecamy to urzędowemu lekarzowi weterynarii. Wyniki badań są ważne przez 7 dni od pobrania próbek.

Pierwsza fala ogromnej liczby badań i wystawiania decyzji już się przetoczyła. Próbki wysyłamy do Zduńskiej Woli, która póki co w ciągu 3 dni jest w stanie opracowywać dla nas wyniki. W razie potrzeby mamy przypisane laboratoria PIWet w Puławach oraz w ZHW w Gdańsku. Problem jest dziś wycofywanie się zakładów mięsnych z zakupów tuczników już po wystawieniu decyzji. Musimy wtedy je zmienić lub anulować. Mamy z tym naprawdę sporo pracy.

Na terenie pow. piotrkowskiego są dwa zakłady o wydajności 500 i 1500 świń dziennie, które mogą bić z czerwonej strefy. W pierwszym tygodniu po zniesieniu zakazu obrotu jeden z nich zgłosił gotowość do skupowania tuczników. Zatwierdziliśmy go po kontroli bez zbędnej zwłoki, w ciągu kilku dni. Zakłady te muszą wprowadzić procedury rozdziału świń i środków transportu, bioasekuracji i dalszego postępowania z surowcem. My kontrolujemy, czy są one w stanie te procedury wypełnić.

1 z 5
Obrazek

2 z 5
Obrazek

3 z 5
Obrazek

4 z 5
Obrazek

5 z 5
Obrazek

Ważne Tematy