Reklama zniknie za 11 sekund

Topagrar.plZaloguj
Strona główna>Artykuły>Prawo>Aktualności>

Łowca ginących zdrowych genów

Obrazek

Dziadkowie byliby dumni ze swoich wnuków. Ich sadowniczy dorobek nie pójdzie na marne. Genotypy starych odmian znowu będą łasić delikatne podniebienia, a dorodne owoce bez chemii dadzą zdrowie.

Andrzej Sawa29 września 2017, 06:00
Drzewa nie da się uratować z powodu zbytnio zaawansowanego wieku, zwłaszcza gdy dodatkowo zaatakowały go grzyby, ale jego genotyp odmianowy już tak. Patrzę, jak giną stare sady. Szkoda. Chcę przedłużyć żywot odmian wyhodowanych wiele dekad temu, masowo wypartych przez odmiany współczesne – mówi Maciej Tokarzewski ze wsi Rudka koło Chełma Lubelskiego.
Leśnik, pilarz, pasjonat
Maciej dwa lata temu ukończył Wydział Leśny na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. Pracuje w lesie w Nadleśnictwie Chełm – z tymczasowego wyboru niemal od roku jest pilarzem, nosi się z zamiarem podjęcia stażu w Lasach Państwowych. Jak mawia – zmaga się z pilarką, bo las chce poznać od podszewki, a nie zza biurka. Drzewa nie tylko leśne są jego wielką pasją.

Akurat zastajemy go w niemal stuletnim, owocowym sadzie przy pobieraniu pędów z wierzchołka starej, wysokiej czereśni. Dla własnego bezpieczeństwa obładowany jest profesjonalnym ekwipunkiem do wspinaczki na drzewa wartym, bagatela, kilka tysięcy złotych. Zakupiony pierwotnie do innych celów zdecydowanie ułatwia on pobieranie pędów niedostępnych z ziemi czy drabiny.
Odmiany zacne, ale nieznane
Sad należy do Moniki Mazur, która w Sielcu w gminie Leśniowice w pow. chełmskim (woj. lubelskie) prowadzi w zgodzie z naturą ponad 5-hektarowe gospodarstwo odziedziczone po dziadkach. Ona sama urodziła się i wychowała w Lublinie. Na tamtejszej Akademii Rolniczej studiowała ogrodnictwo, ale wieś ciągnęła ją jak magnes. Przeprowadziła się.

Dziadek brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. Za wojenne zasługi od Marszałka Piłsudskiego dostał nadział ziemi po byłej popówce (gospodarstwo prawosławnego popa). Już w 1921 r. dziadek otrzymane wcale niemałe obejście obsadził kępami owocowych drzewek. A w tamtych latach, ze względu na niedostatek sadów, owoce były bardzo drogie i dawały stabilny, coroczny dochód.

Z jabłoni dorodnym owocem sypały na pewno Malinówki, Kronselki, Grochówki, trzy gatunki Renet (szara, złota i królowa), różne Papierówki. Z gruszy była Bera i Klapsa, ze śliw: kilka gatunków węgierek i renklod, z wiśni: szklanka i wiele odmian czereśni.

– Ten stary sad porasta mnogość odmian zacnych, ale nieznanych – jakże po staropolsku rzecze wnuczka Monika. – Swego czasu, będąc jeszcze na studiach woziłam wiele owoców do specjalistów z ówczesnej Katedry Sadownictwa i Szkółkarstwa mojej uczelni. Ci wielce się nad nimi głowili, ale z 8 odmianami tylko samych jabłek sobie nie poradzili. Nie potrafili określić ich odmiany, podobnie bezradni byli przy owocach innych gatunków. A szkoda, bo autorski dorobek ówczesnych sadowników bezpowrotnie stał się anonimowy.
Mała, winna…
– Podaję przykład. „Mała winna”, bo tak ją nazwałam – pokazuje sędziwą jabłonkę, obrośniętą gąszczem owoców właścicielka sadu.

– Jest wyśmienita na kompoty i galaretki. Nie znam jej oficjalnej nazwy. Specjaliści z uczelni też nie byli w stanie jej określić. Ale stoi, żyje i niezawodnie owocuje. Z wyjątkiem wycinania tzw. dziczków (odrosty od korzenia) i wilków (odrosty od konarów) oraz przerzedzania korony nie wymaga żadnych prac. Niestraszna jej nawet najsroższa zima, zawsze wyda owoce. Później kwitnie niż inne odmiany, dlatego nie jest jej straszna Zimna Zośka – przekonuje Monika.
Symbioza przyrody
Rodzeństwo Beata i Marcin Kołodziej z Kumowa Majorackiego w gminie Leśniowice również odziedziczyło po dziadku przydomowy sadek, założony w latach 40. ubiegłego wieku. Z jabłoni mają Kosztelę, Kronselkę, Papierówkę, Renetę, Malinówkę, a ze śliwek starą węgierkę. Również oni nie znają odmian kilku drzew. Drzewostan jest zadbany, co roku wycinane są „dziczki”, prześwietlane korony.

– Nie dość, że cieszy oko i wydaje owoce to w okresie kwitnienia stanowi doskonały pożytek dla pszczół – mówi Marcin, który od kilku lat jest zapalonym pszczelarzem. Jego pasieka liczy 10 uli.

– Ten rok jest wyjątkowo suchy w naszych stronach, stąd drobne owoce, które mają również mniej soku – wyjaśnia Beata. W dzieciństwie owoce z dziadkowego sadu oboje sprzedawali do punktów skupu jako spady. Wtedy było to ich wcale niemałe kieszonkowe, „wypłacane” niby jeszcze przez dziadka. Teraz owoce wykorzystują na przetwory, do ciast, na kompoty, suszą na plasterki. Dzielą się nimi z najbliższymi – rodziną i przyjaciółmi.  as




Picture of the author
Autor Artykułu:Andrzej Sawa
Pozostałe artykuły tego autora

Ważne Tematy