Reklama zniknie za 11 sekund

Topagrar.plZaloguj
Jesteś w strefie Premium
Strona główna>Artykuły>Bydło>Bydło mleczne>

Rolnik na dwa etaty – to możliwe, tylko trzeba chcieć!

Obrazek

Małżeństwo Pawelczyków z Mazowsza prowadzi gospodarstwo i drugą działalność zupełnie z nim niezwiązaną. Jak udaje się pogodzić dwa zawody? Czy można być rolnikiem-dwuzawodowcem? Przepis na dwa zawody jest prosty – znakomita współpraca!

Dorota Kolasińska26 lipca 2022, 10:10

Rodzice przekazali gospodarstwo w Krysiakach Markowi w 2008 r.
– Moi rodzice aktywnie nas wspierali od początku działalności. Nigdy nie narzucali, nie wymagali, po prostu pomagali. Mieliśmy pod tym względem niezwykłe szczęście – mówi hodowca. Wówczas utrzymywali 20 krów mlecznych (5,5 tys. l średnio od krowy) w oborze uwięziowej. Już wtedy rolnik filmował wesela, a działalność kręciła się na pełnych obrotach. Ania z kolei pracowała w sklepie spożywczym. Pojawił się dylemat, w którym kierunku iść. Wybór nie był prosty, ale okazał się trafny – wypaliło jedno i drugie. Jak rodzina radzi sobie, łącząc hodowlę liczącą 80 szt. bydła i działalność gospodarczą?

Marek i Ania Pawelczykowie z dziećmi, Krysiaki

Rolnik-dwuzawodowiec

– Pierwszą kamerę wygrałem na Olimpiadzie Młodych Producentów Rolnych w Siedlcach. To był zupełny przypadek, bo sprzęt leżał później trzy lata prawie nieużywany. Znajomi poprosili, żeby im nagrać wesele. Zrobiłem, zmontowałem, ludzie zobaczyli. Informacja rozeszła się drogą pantoflową i potem zaczęły się sypać terminy. W pierwszym roku było jedno, w drugim kilka, a potem doszliśmy do takiego momentu, kiedy na przykład w sierpniu nakręciłem 8 wesel – wspomina Marek. To był czas, kiedy rolnika praktycznie nie było w domu. Ania zostawała sama. Rozpoczęły się też inwestycje w kamery, sprzęty do obróbki i montażu. W pewnym momencie działalność stała się głównym źródłem dochodu.

– Trzeba przyznać, że nie wiązaliśmy początkowo przyszłości z gospodarstwem. Później się okazało, że lepiej mieć jedno i drugie jako zabezpieczenie dochodu – tłumaczy Marek. Podjęli decyzję, że z jednego trzeba zrezygnować. – Padło na sklep i mi to pasowało. Potem pojawiły się dzieci – mówi Ania. Hodowcy stwierdzili, że jeśli mają dalej gospodarzyć, to należałoby wybudować nową oborę (2011 r.), również uwięziową (40 stanowisk). W oborze uwięziowej zrobiło się ciasno, hodowcy postanowili wybudować dodatkowo wolnostanowiskową oborę na głębokiej ściółce dla jałówek, cieląt i krów zasuszonych.

Teraz praca w gospodarstwie i na weselach jest dobrze zorganizowana.

– Wesela to zajęcie weekendowe i planowane z dużym wyprzedzeniem, dlatego we wrażliwych terminach agrotechnicznych nie biorę zleceń – dodaje rolnik.

Dobra organizacja pracy

– Mąż czasami wracał z pola w sobotę i w południe już był gotowy do wyjazdu na nagrania. Po weselach wracał koło 3.00. Rano dawałam sobie radę sama. Kiedy budowaliśmy oborę dla krów, to już z myślą, że jedna osoba poradzi sobie samodzielnie. Jest zgarniacz i dojarka przewodowa – podkreśla Ania. Warto zaznaczyć, że gospodyni jest mamą trójki dzieci i to dopiero robi wrażenie (Filip 11 l., Łucja 9 l., Oluś 5 l.)! W trakcie prac w gospodarstwie dzieci były pod opieką babci.
– Chętnie spędzają czas z babcią. Wózek nigdy nie stał w oborze, a to chyba o czymś świadczy – dodaje hodowca. – Inaczej było, kiedy byłam w ciąży. Wtedy zatrudnialiśmy kogoś do pomocy, mówiłam, co ma robić i musiałam tylko dopilnować, żeby było zrobione – zaznacza Ania.

Marek i Ania Pawelczykowie, Krysiaki, obora uwięziowa

W sytuacjach awaryjnych, kiedy Marka nie ma w domu, na pomoc przychodzą sąsiedzi. Szczególnie gdy porody są cięższe, gdy po prostu potrzebna jest dodatkowa para rąk.

– Mamy sąsiadów, na których możemy liczyć i działa to też w drugą stronę – tłumaczy Marek.

Po obrządku do pracy

Gdy Ania jest sama w gospodarstwie, obrządek zajmuje 2,5 godziny, łącznie z dojem. Marek, zanim wyruszy do drugiej pracy, przygotowuje wóz paszowy (raz na dwa dni) i rozwozi paszę, którą Ania podgarnia.

Anna nie ma problemu z wykonywaniem prac ciągnikiem, woli przywieźć słomę czy paszę w awaryjnej sytuacji łyżką, niż męczyć się z taczkami.

– Chciał, nie chciał. Jak było trzeba, to się szybko nauczyłam – śmieje się rolniczka i dodaje, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. – Nie przeszkadza mi to, że czasem jest ciężko. Lubię zwierzęta, a z pracy są też konkretne pieniądze. Rozwijamy się, idziemy do przodu, to daje ogromną satysfakcję. W moim rodzinnym gospodarstwie też było dużo pracy przy krowach. Nie narzekam – mówi Ania.

Mleczarnia odbiera mleko koło 3–4 rano.
– Włączam myjnię, zgarniacz, podgarniam albo dościelam słomę na stanowiskach, podgarniam TMR, włączam dojarkę i jakoś leci – wymienia obowiązki rolniczka. Kolejnym etapem jest obora dla jałówek. Tam pasza podawana jest oddzielnie – sianokiszonka z beli i kiszonka z kukurydzy (wycinakiem z rozdrabniaczem, z bocznym wysypem), też paszę trzeba podgarnąć i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Na końcu trzeba jeszcze napoić cielęta i gotowe. Ani ta praca przychodzi z niezwykłą lekkością, ale ona to po prostu lubi.

Inseminacja i sprzedaż jałówek

Pawelczyk zajmuje się inseminacją stada krowy wysoko wydajne seksowanym nasieniem, a resztę nieseksowanym, jednak w obu przypadkach dobierane jest nasienie wysokiej jakości, po dobrych buhajach. Hodowcy sprzedają rocznie średnio 8 jałówek cielnych za około 7–8,5 tys. zł do okolicznych gospodarstw. To stanowi dodatkowy, ale w miarę stały dochód w gospodarstwie. Byczki sprzedawane są praktycznie od razu – w wieku od 2. tyg. do miesiąca życia.

krowy na pastwisku

– Nie idziemy tylko w kierunku wydajności, ale zdrowotności i długowieczności. Nasze najstarsze hf mają po 11 lat i nadal produkują, mając po 80 tys. l wydajności życiowej. W tym kierunku zmierzamy. Chcemy pokazać, że hf też można długo utrzymywać. Średnio krowy są u nas w stadzie 5,5 laktacji – mówi hodowca. Uważa, że to też dzięki temu, że są utrzymywane na uwięzi, doglądane i traktowane indywidualnie. Latem mogą korzystać z pastwisk do woli.

Pastwisko: dobre dla hodowcy i krów

Rolnicy gospodarują na 50 ha własnych i dzierżawach (klasa ziemi od III do VI, z czego większość to klasa V). Gospodarstwo leży w części na torfach, łęgach i murszach – znajdujące się na nich pastwiska dostarczają zielonki dobrej jakości. Uprawiają kukurydzę na kiszonkę i zboża (pszenica, owies, pszenżyto). Hodowcy częściowo żywią stado mieszanką treściwą z zakupu, częściowo z własnej produkcji, którą uzupełniają poekstrakcyjną śrutą sojową i rzepakową – w zależności od zmagazynowanych zapasów.

Wokół gospodarstwa znajduje się 26 ha ogrodzonych pastwisk (słupki dębowe lub betonowe z drutem kolczastym i pastuchem o mocy 10 megadżuli), z których korzystają wszystkie, podzielone na grupy sztuki – krowy mleczne, jałówki, krowy zasuszone i cielęta. Bydło wychodzi na pastwisko już w maju i zostaje tam do późnej jesieni. W oborze, gdy krowy wracają na dój, jest już przygotowany stół paszowy. Latem otrzymują (poza zielonką pastwiskową) kiszonkę z kukurydzy z paszą treściwą i dodatkami mineralno-witaminowymi.

Krowy na pastwisku przebywają przez większość czasu, spędzając w chłodzie upalne noce. Wracają do obory na dój i dokarmianie.

– Na pastwisku jest im chłodniej nocą, od świtu pobierają trawę. Nie ma problemu, żeby wróciły do budynku i weszły do indywidualnych stanowisk – mówi Marek. Z tego rozwiązania są zadowoleni zarówno hodowcy, jak i krowy.

– To jest bardzo wygodne. Są czyste, w budynku nie trzeba podgarniać, tak dużo dościelać. Jest mniej pracy. Dla nich też jest lepiej. W upał chowają się w zagajnikach, cielęta chłodzą się w stawie. Mają dostęp do wody pitnej z wodociągu albo studni z poidłem – dodaje Ania. Jałówki cielne wraz z krowami zasuszonymi oraz młodsze jałówki w wieku 7.–18. miesięcy mają całodobowy dostęp do paszy w pobliżu budynku oraz pastwiska i wody z poidła. Wszystkie krowy i jałówki mają rogi, rolnicy nie stosują dekornizacji. Rogi ułatwiają przeprowadzanie zabiegów, ale też nie boją się o bezpieczeństwo zwierząt, bo do walk nie dochodzi, znają się od najmłodszego wieku, a do stada nie przybywają nowe sztuki. Wszystkie zwierzęta pochodzą z własnego chowu.

Rów oraz staw znajdujące się na pastwisku są odgrodzone, a krowy korzystają z wody z wodociągu lub studni głębinowej. W stawie w upalne dni chłodzą się cielęta.

Leśno-pastwiskowa apteka

Za ogromny atut pastwisk śródleśnych rodzina uważa naturalnie występujące tam gatunki ziół. Przez jednych traktowane jak chwasty, dla krów lekarstwa.

Krowy korzystają z leśnej apteki - chętnie zajadają zioła, a także chronią się przed słońcem w gorące dni.

Śródleśne łąki zostawiamy specjalnie dla krów, oprócz wszystkim znanych wad, mają też zalety. To tak naprawdę naturalna apteka. Krowy rozpoznają ok. 60 gatunków ziół, borówka, krwawnik, szczaw kędzierzawy, dziki koper czy marchew, jeżyna to ich przysmaki. Wyczytałem, że potrafią same wyleczyć dolegające im choroby – mówi Marek.

Nie ma wahań w wydajności mlecznej

Od czasu przejęcia gospodarstwa wydajność od krów wzrosła dwukrotnie. Mleko rolnicy oddają do Piątnicy. Otrzymali w kwietniu i maju 2,4 zł/l netto.

Co ciekawe, przy żywieniu mieszanym zwykle rolnicy boją się wahań wydajności i chorób metabolicznych. Mimo wydajności ponad 10 tys. l, ten problem nie występuje. Według hodowcy podstawą wydajności jest dobra pasza objętościowa.

– Przychodzi nam to z taką łatwością, bo nawet jedna osoba daje radę sprowadzić te 40 krów na dój i z powrotem wyprowadzić na pastwisko. Chodzą jak tresowane, więc jest to najlepsze rozwiązanie – dodaje rolniczka. Krowy wychodzą na pastwisko najedzone, areał jest traktowany jako uzupełnienie dawki paszowej i teren rekreacyjny. Podstawą dawki jest żywienie w oborze.

Wydajne i długowieczne krowy

– Nigdy nie poszliśmy i nie pójdziemy w kierunku stałego powiększania stada. Zdecydowaliśmy z żoną, w związku z moją działalnością, że zostaniemy przy tym, co jesteśmy w stanie zrobić sami. Nie mamy dużo sprzętów, bo jedna osoba przecież na trzy ciągniki nie wsiądzie. Jeśli Ania dopilnuje krowy, ja zrobię dobrą paszę, to przekłada się na taki wynik finansowy, który pozwala zarobić na siebie i na usługę – dodaje Marek. Rolnicy zamierzają rozwijać się w kierunku zdrowotności stada, a nie liczby sztuk. Zależy im na tym, żeby pokazać, że krowy rasy hf mogą być wydajne i długowieczne.

Problematyczny jest także zakup ziemi.
– To poważna inwestycja. Ze względu na specyfikę produkcji rolnej uważam, że ziemia w perspektywie 15 lat musi się spłacić, inaczej nie ma sensu w nią inwestować. Ma się szybciej spłacić niż kredyt na nią zaciągnięty. Najpierw baza paszowa, potem stado, budynki, na końcu park maszynowy, nigdy odwrotnie. Tego nauczyłem się czytając top agrar Polska – mówi Marek i zaznacza, że woli zostać przy tym, co ma.

– Dzięki temu mamy więcej czasu dla rodziny. Ania może pojechać z dziećmi nad morze, ja mogę filmować. Szkoda, że nie razem, ale nie można mieć wszystkiego. Jest dobrze tak, jak jest – podsumowuje z uśmiechem Marek.

dk
fot. Kolasińska, Pawelczyk


1 z 6
Obrazek

2 z 6
Obrazek

3 z 6
Obrazek

4 z 6
Obrazek

5 z 6
Obrazek

6 z 6
Obrazek

Picture of the author
Autor Artykułu:Dorota Kolasińska
Pozostałe artykuły tego autora

Masz pytanie lub temat?Napisz do autora

Ważne Tematy