Jednocześnie, w ramach kompromisu politycznego, dopuszczono dalsze używanie nazw typu "roślinny burger" czy "roślinna kiełbasa". Ustalono też 3-letni okres przejściowy, aby producenci zdążyli dostosować etykiety i marketing do nowych przepisów.
31 słów, których roślinne produkty już nie użyją
Nowe regulacje jasno mówią: nazwy odnoszące się wprost do gatunków zwierząt i konkretnych elementów tuszy są zarezerwowane dla prawdziwego mięsa. Z listy zakazanych terminów znikają więc z opakowań produktów roślinnych m.in.:
- nazwy gatunków i kategorii mięsa: wołowina, cielęcina, wieprzowina, drób, kurczak, indyk, kaczka, gęś, jagnięcina, baranina, owcza, koźlina;
- określenia typowych elementów tuszy i części mięsa: udko, polędwica, antrykot, boczek, schab, żeberka, łopatka, golonka, skrzydełko, pierś, mostek, stek z antrykotu, stek T-bone, zad, stek, wątróbka.
Te słowa nie będą mogły być już łączone z produktami roślinnymi – niezależnie od tego, jak będą one doprecyzowane przymiotnikiem "roślinny". To właśnie o takie rozgraniczenie od początku walczyły środowiska zabiegające o ochronę nazw produktów zwierzęcych i uniknięcie podpinania się pod wizerunek mięsa przez zamienniki z soi, grochu czy pszenicy.
"Dyskusja o nieistniejącym problemie"? Głos przeciwników regulacji
Dla rolników i organizacji, które od początku domagały się ochrony nazw mięsa, decyzja dotycząca nazewnictwa roślinnych zamienników nie jest abstrakcyjną wojną kulturową, lecz elementem polityki rolnej. Ma chronić nazwy powiązane z określonym sposobem produkcji, odpowiedzialnością za dobrostan zwierząt, wymogami sanitarnymi, kontrolami – a więc z całym ciężarem, którego roślinne alternatywy po prostu nie dźwigają.
Ostateczny bilans negocjacji to kompromis:
– z jednej strony zachowano takie określenia jak burger czy kiełbasa dla produktów roślinnych,
– z drugiej – jasno postawiono granicę przy nazwach gatunków i części tuszy.
Dla tych, którzy od lat zabiegali o przejrzystość i uczciwość w nazewnictwie, to krok w dobrym kierunku, choć nie w pełni satysfakcjonujący. Branża roślinna mówi o chaosie i niekonsekwencji, ale z perspektywy tradycyjnego sektora mięsnego po raz pierwszy w unijnym prawie znalazło się tak wyraźne potwierdzenie, że wołowina, schab czy wątróbka nie są pustymi słowami marketingu, lecz nazwami chronionymi, zakorzenionymi w realnej produkcji zwierzęcej.
Nowe przepisy są jednak mocno krytykowane przez branżę roślinną, która od początku sprzeciwiała się jakimkolwiek ograniczeniom nazewnictwa. Dla zwolenników zaostrzenia zasad ten sprzeciw jest dowodem, jak ważny był jasny, prawny rozdział pomiędzy mięsem a jego analogami. Przedstawiciele sektora roślinnego przekonują, że konsumenci wiedzą, co kupują i że problemu wprowadzania w błąd nigdy nie było. Wyraża to wprost Igor Sadurski, założyciel firmy Bezmięsny oraz członek Polskiego Związku Producentów Żywności Roślinnej:
– Co prawda cieszy nas, że ostatecznie udało się zachować najbardziej powszechne i zrozumiałe dla konsumentów określenia, takie jak ‘roślinny burger‘ czy ‘roślinna kiełbasa‘, ale jednocześnie utwierdza nas to w przekonaniu, że cała debata była w dużej mierze dyskusją o nieistniejącym problemie. Konsumenci doskonale wiedzą, czym są produkty roślinne i jak z nich korzystać – zaznacza Igor Sadurski, założyciel firmy Bezmięsny oraz członek Polskiego Związku Producentów Żywności Roślinnej. Z perspektywy producentów żywności roślinnej w Europie ważniejsze są dziś zupełnie inne wyzwania – rosnące koszty produkcji, konkurencyjność europejskich firm czy potrzeba wspierania innowacji w sektorze żywności. Regulacje dotyczące nazw nie rozwiązują żadnego z tych problemów, a mogą generować dodatkowe koszty i niepewność regulacyjną dla firm działających na rynku.
Z perspektywy osób, które od lat domagały się ochrony nazewnictwa mięsa, ten cytat tylko potwierdza, że branża roślinna skupia się głównie na własnych kosztach i konkurencyjności, nie dostrzegając znaczenia jasnego nazewnictwa i ochrony tzw. tradycyjnych nazw produktów odzwierzęcych.
Podobny ton ma komentarz Alicji Bućko z organizacji RoślinnieJemy:
– W obecnym kontekście politycznym i społecznym trudno jest zrozumieć, dlaczego politycy zajmują się właśnie tym tematem. Badania konsumenckie pokazują, że stosowane dotychczas nazwy nie wprowadzają konsumentów w błąd. Dlaczego więc marnujemy europejskie zasoby na problem, który po prostu nie istnieje? Dobrze, że przynajmniej niektóre nazwy, które dają konsumentom ważną informację na temat przeznaczenia produktu, jak burger czy kiełbasa, zostają wciąż na sklepowych półkach. Mimo to efektem negocjacji jest chaos i niekonsekwencja. – komentuje Alicja Bućko z organizacji RoślinnieJemy.
Dla zwolenników regulacji ta krytyka potwierdza, że przemysł roślinny traktuje dotychczasowy swobodny dostęp do "mięsnego" języka jako wygodne narzędzie marketingowe, a nie jako neutralne, niewinne słowa.
Nowa żywność, mięso komórkowe i aromaty – zasady zanim produkt trafi na rynek
Nowe przepisy obejmują także tzw. nową żywność, w tym mięso hodowane komórkowo, które jeszcze nie jest dostępne komercyjnie w UE. Regulacje mają więc charakter wyprzedzający: zanim takie produkty pojawią się masowo na półkach, będzie wiadomo, jakich nazw używać im nie wolno.
Dla osób, które domagały się uporządkowania rynku, to plus – standard zostaje wyznaczony z góry, a nie po fakcie, kiedy konsumenci i rolnicy znaleźliby się postawieni przed gotowym faktem.
Wciąż nie ma pełnej jasności, jak nowe zasady wpłyną na stosowanie nazw aromatów w przemyśle spożywczym – takich jak "aromat kurczaka" czy "aromat bekonu". Są one powszechnie używane w makaronach, chipsach, sosach czy zupach. Ten obszar może wymagać doprecyzowań, ale kierunek – czyli oddzielenie realnego mięsa od jego imitacji czy smaków – został wyraźnie wskazany.
Branża roślinna liczy straty
Organizacje reprezentujące sektor roślinnych alternatyw szacują, że nowe przepisy uderzą w ich biznes. Według badań BALPRO (niemieckiego stowarzyszenia branży roślinnych zamienników mięsa) straty rynkowe mogą sięgnąć 250 mln euro rocznie w samych Niemczech. Analiza oparta na raporcie SYSTEMIQ wskazuje, że do 2040 roku całkowity koszt regulacji – w tym ograniczeń nazewnictwa – może obniżyć prognozowaną wartość dodaną brutto sektora w UE nawet o 56 mld euro rocznie.
Zwolennicy ograniczeń mogą odczytywać te liczby inaczej: jako dowód, jak ogromną wartość marketingową miała dotychczas niekontrolowana możliwość używania mięsnych nazw przy produktach, które z hodowlą zwierząt nie mają nic wspólnego. Skoro sama zmiana nazwy generuje tak duże koszty w przewidywaniach branży, to znaczy, że nazewnictwo było jednym z kluczowych narzędzi ich rozwoju.
Zakaz jako część polityki rolnej, nie wojny ideologicznej
Ponad 600 organizacji, NGO i firm z całej Europy oraz ponad 350 tys. obywateli apelowało o odrzucenie ograniczeń. Krytycy wskazują, że brak było ogólnounijnej, kompleksowej oceny skutków i szerokich konsultacji publicznych. Podnoszą też, że regulacja została podczepiona pod akt prawny dotyczący wspólnej organizacji rynków produktów rolnych, którego głównym celem jest wzmocnienie pozycji rolników w łańcuchu dostaw.
