Kilka dni temu opublikowaliśmy stanowisko Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, w którym eksperci tej organizacji wskazywali na pogłębiające się problemy sektora, a których skutkiem jest to, że potencjał polskich zakładów olejarskich nie jest – jak oceniono - w pełni wykorzystywany. Jak podkreślono, branża od blisko dwóch lat zmaga się z pogarszającą się rentownością, na co wpływają ograniczona dostępność krajowego rzepaku, wysokie koszty energii, presja cenowa ze strony sieci handlowych oraz rosnący import oleju rzepakowego z Ukrainy. Przedstawiciele branży zaakcentowali, że bez zmian warunków funkcjonowania zakłady będą stopniowo tracić konkurencyjność, a jedną z propozycji „uzdrowienia” tej sytuacji jest umożliwienie bezpośredniego importu rzepaku z Ukrainy
Czytaj więcej:
Deficyt rzepaku może sięgnąć 1,3 mln ton. Tłocznie apelują o zmiany
Postulaty PSPO z punktu widzenia polskiego rolnika są absolutnie nieakceptowalne
Rolnicy w mediach społecznościowych nie kryją oburzenia tym pomysłem. Ich zdaniem, postulaty PSPO z punktu widzenia polskiego rolnika są absolutnie nieakceptowalne.
„- Skoro deficyty są w rzepaku to dlaczego cena nadal jest niska? Prawo popytu i podaży przestało działać? Działa tylko jak jest nadprodukcja?
- Od kilku tygodni mówicie o deficycie rzepaku i że trzeba otworzyć się na import. Ale jak to jest, że ten deficyt nie powoduje wzrostu cen na skupach? Wolny rynek przestał działać czy to się nie tyczy polskiego rynku rolnego? Magazyny skupowe zapełnione w 1/3, maksymalnie w połowie zeszłorocznego wolumenu a cena rzepaku leci na łeb na szyję…
- Deficyt rzepaku w normalnym kraju powinien oznaczać szybki wzrost cen, ale u nas będzie oznaczał import z Ugandy albo innego Kiribati bo tam na pewno jest tańsza produkcja.
- Skoro jest deficyt dajcie wyższe ceny! Skupcie poza tym słonecznik, rzodkiew oleistą i nie będzie deficytu, po cholerę słonecznik mamy wywozić do Węgier i Bułgarii?” – piszą w komentarzach rolnicy.
Wspólna Rola: nie brońmy tłoczni oleju kosztem rolnika
Jeden z ciekawszych komentarzy na ten temat opublikowało Stowarzyszenie Rolników Produkcyjnych Wspólna Rola. Jak wskazuje, alarm PSPO, że krajowym tłoczniom może zabraknąć nawet 1,3 mln ton rzepaku jest… trochę prawdziwy, a trochę nieprawdziwy.
- Diagnoza PSPO jest słuszna. Polska rzeczywiście dysponuje mocami przerobowymi przekraczającymi 4 mln ton rocznie, podczas gdy tegoroczne zbiory mogą wynieść jedynie 2,8–3,2 mln ton. Zakłady zlokalizowane w Polsce już pracują poniżej swoich możliwości, ponoszą wysokie koszty energii, tracą konkurencyjność wobec ukraińskiego przetwórstwa, a jednocześnie nie mogą bezpośrednio sprowadzać ukraińskich nasion rzepaku, choć ukraiński olej może trafiać na rynek polski i unijny. Polski zakaz importu nasion, przy braku analogicznego ograniczenia wobec oleju, jest niewątpliwie gospodarczo niespójny, a Unia nakłada na własne zakłady dodatkowe koszty polityki klimatycznej, których nie ponoszą przetwórcy ukraińscy. Nie wynika z tego jednak, że rozwiązania proponowane przez PSPO usuną problem rynku rzepaku. Niewątpliwie przyczynią się natomiast do poprawy sytuacji tłoczni kosztem… oczywiście producentów rolnych – zauważa Adam Reimann, szef Wspólnej Roli.
Deficyt tłoczni nie jest deficytem Polski
Rzepaku w Polsce fizycznie jest sporo, mimo pesymistycznej prognozy zbiorów, zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego nie ma. A że zakłady chciałyby przerobić więcej surowca, niż prawdopodobnie dostarczy krajowa produkcja?
- Moce technologiczne przedsiębiorstw nie tworzą obowiązku zapewnienia im surowca w ilości pozwalającej na pełne wykorzystanie instalacji. Co więcej, niedobór ten może być jednocześnie jedynym czynnikiem wzmacniającym pozycję producenta rolnego. Mniejsza podaż oznacza wyższą presję zakupową, lepsze premie, większą konkurencję o surowiec i mocniejszą pozycję gospodarstw wobec skupu – ocenia sytuację Wspólna Rola i dodaje: - PSPO przedstawia niewykorzystanie mocy jako problem całego rynku. Dla tłoczni rzeczywiście jest to problem. Dla rolnika może być warunkiem uzyskania ceny, która pozwoli pokryć rosnące koszty produkcji.
Zniesienie embarga nie gwarantuje dostaw rzepaku
Głównym postulatem PSPO jest zniesienie polskiego zakazu importu nasion z Ukrainy. Ale jak zauważa Adam Reimann, problem polega na tym, że Ukraina nie zamierza pozostać dostawcą taniego surowca dla europejskiego przemysłu. Realizuje własną strategię rozwoju przetwórstwa, podobną do modelu wcześniej zastosowanego wobec słonecznika. Nakłada 10-procentowe cło na eksport nasion rzepaku, zwiększa ich przerób we własnych zakładach i rozwija sprzedaż oleju oraz śruty.
- Zniesienie polskiego embarga usunęłoby więc polską barierę administracyjną, ale nie usunęłoby ukraińskiej polityki ograniczania eksportu surowca. Polskie zakłady mogłyby uzyskać formalne prawo zakupu, lecz nadal musiałyby konkurować z ukraińskimi tłoczniami korzystającymi z ochrony własnego państwa, z odbiorcami z innych krajów UE oraz z kosztami cła i transportu. Nie ma żadnej gwarancji, że Ukraina sprzeda Polsce wolumen zdolny wypełnić deklarowaną lukę. Tym bardziej nie ma gwarancji, że uczyni to po cenie pozwalającej polskim zakładom skutecznie konkurować z olejem wyprodukowanym bezpośrednio w Ukrainie – zauważa stowarzyszenie Wspólna Rola.
Za mało by uratować tłocznię, ale wystarczająco by obniżyć cenę krajowego rzepaku
Niestety, jak się można domyśleć, otwarcie rynku nie byłoby obojętne dla polskich producentów rzepaku. Wręcz przeciwnie. Import nie musi osiągnąć miliona ton, aby zmienić relacje na rynku krajowym.
- Wystarczy, że ukraińska oferta stanie się realną alternatywą zakupową dla największych tłoczni. Już sama możliwość sprowadzenia surowca może ograniczyć premie, zmniejszyć presję na szybkie kontraktowanie krajowego rzepaku i stać się argumentem w negocjacjach z rolnikami. Niewielki import może mieć małe znaczenie dla pełnego wykorzystania krajowych mocy, a jednocześnie duże znaczenie dla ceny płaconej producentowi – komentuje Adam Reimann.
W tym tkwi podstawowa asymetria postulatu PSPO: import może być zbyt mały, aby rozwiązać problem podaży tłoczni, ale wystarczająco duży, aby osłabić cenę i zainteresowanie krajowym surowcem. Zniesienie embarga może więc poprawić pozycję negocjacyjną zakładów, nie zapewniając im jednocześnie trwałego bezpieczeństwa surowcowego.
A gdzie rekompensaty dla rolników?
Jednym z postulatów PSPO jest też objęcie olejarni rekompensatami dla przemysłu energochłonnego. Argument brzmi przekonująco: polskie zakłady płacą za energię obciążoną kosztami polityki klimatycznej UE, podczas gdy ukraińscy konkurenci nie ponoszą porównywalnych obciążeń, a ich olej może trafiać na rynek unijny bez mechanizmu wyrównującego tę różnicę.
- Problem polega na tym, że dokładnie z taką samą nierównością spotyka się polski producent rzepaku. Rolnik płaci więcej za nawozy, paliwo, energię, maszyny i usługi. Podlega ograniczeniom w stosowaniu środków ochrony roślin oraz wymogom środowiskowym, klimatycznym, nawozowym i administracyjnym. Ponosi koszt europejskiego modelu produkcji, a następnie ma konkurować z ukraińskim surowcem lub olejem wytworzonym bez porównywalnych obowiązków. Jeżeli różnica kosztów regulacyjnych uzasadnia rekompensatę dla tłoczni, to dlaczego nie uzasadnia ochrony albo kompensacji dla gospodarstw rolnych? – pyta Adam Reimann.
I dodaje: - PSPO dostrzega dumping regulacyjny wtedy, gdy uderza on w marżę zakładu. Nie wyciąga tego samego wniosku, gdy niższe standardy i koszty produkcji w Ukrainie wywierają presję na cenę polskiego rzepaku. Tłocznia ma otrzymać rekompensatę, a rolnik nadal ma konkurować ceną z ukraińskim produktem, którego wytwórca nie ponosi kosztów pełnego zestawu wymagań jakościowych, środowiskowych i klimatycznych narzuconych producentowi unijnemu.
Drugie dno apelu PSPO
Wspólna Rola podkreśla w swoim komentarzu jeszcze jeden ważny aspekt apelu stowarzyszenia krajowych tłoczni.
- PSPO reprezentuje podmioty przetwórcze, a nie producentów rolnych. To naturalne i zgodne z rolą tej organizacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy interes tłoczni przedstawiany jest jako wspólny interes całego krajowego łańcucha – pisze Adam Reimann.
Jak dalej wymienia, znaczną część polskich mocy przerobowych kontrolują globalne koncerny Bunge, ADM i Louis Dreyfus Company. Ich łączny udział w krajowych mocach można szacować na około 60 procent, choć przedsiębiorstwa nie publikują kompletnego zestawienia swoich zdolności przerobowych. Są to grupy działające nie tylko w Polsce, lecz również na rynku ukraińskim i w całym regionie Morza Czarnego. Są obecne w handlu, logistyce, skupie i przetwórstwie produktów rolnych.
- Dla globalnego koncernu granica między interesem polskiego i ukraińskiego sektora nie ma takiego znaczenia jak dla polskiego rolnika. Grupa może kupować tam, gdzie surowiec jest najtańszy, przetwarzać tam, gdzie marża jest najwyższa i sprzedawać tam, gdzie rynek oferuje najlepszą cenę. Zniesienie embarga i rekompensaty energetyczne przyniosłyby największe korzyści podmiotom o największych mocach, bez żadnego mechanizmu gwarantującego, że poprawa marży tłoczni przełoży się jakkolwiek na wyższą cenę dla polskiego dostawcy – uważa Wspólna Rola.
Ktoś tu gra nieczysto
W ocenie Adama Reimanna, najpoważniejszy problem nie polega wyłącznie na tym, że Polska ograniczyła import nasion, a nie ograniczyła importu oleju. Dotyczy całego modelu europejskiej polityki gospodarczej.
Jak tłumaczy, Unia nakłada na własnych producentów i przetwórców koszty realizacji ambitnych celów klimatycznych, środowiskowych i jakościowych. Następnie dopuszcza na swój rynek produkty z państw trzecich, które tych kosztów nie ponoszą. Nie wprowadza równocześnie skutecznego mechanizmu wyrównania różnicy na granicy, więc produkt importowany może konkurować ceną wynikającą nie tylko z naturalnej efektywności, lecz także z niższych wymagań.
W ten sposób europejski model produkcji staje się obowiązkiem dla własnych przedsiębiorców, ale nie warunkiem dostępu do europejskiego rynku. Rolnik płaci za standardy. Tłocznia płaci za standardy. Konsument ma natomiast wybierać między produktem unijnym a importowanym, nie otrzymując jasnej informacji, że niższa cena może wynikać z braku kosztów narzuconych europejskiemu łańcuchowi.
- Na takim układzie może jeszcze w jakiejś mierze korzystać przetwórca, zwłaszcza globalny. Rolnik jest jednak stratny na każdym polu – podkreśla Wspólna Rola.
Co mogłoby naprawdę uzdrowić tę patową sytuację?
Zdaniem Adam Reimanna, rolnicy i przetwórcy mogą znaleźć wspólny postulat, ale nie powinien nim być prosty dostęp tłoczni do tańszego surowca, lecz wyrównanie warunków konkurencji na granicy UE.
- Jeżeli europejski producent i przetwórca muszą spełniać określone normy klimatyczne, środowiskowe i jakościowe, produkt z państwa trzeciego powinien spełniać standardy równoważne albo zostać obciążony kosztem wyrównującym przewagę wynikającą z ich niespełniania. Zasada ta musi obejmować zarówno surowce, jak i produkty przetworzone. Nie można obciążyć importowanego rzepaku, pozostawiając swobodny napływ oleju. Nie można chronić producenta kosztem tłoczni ani tłoczni kosztem producenta. Wyrównanie powinno obejmować cały łańcuch: nasiona, olej, śrutę i produkty dalszego przetworzenia – zwraca uwagę Wspólna Rola.
Do tego, ochronie równych warunków konkurencji powinien towarzyszyć pozytywny przekaz krajowy.
- Polski konsument powinien mieć możliwość jednoznacznego rozpoznania oleju wyprodukowanego z polskiego rzepaku, w polskim zakładzie i zgodnie z wysokimi polskimi, a więc europejskimi standardami – uważa Adam Reimann, i dodaje, że w tym celu można wykorzystać system Integrowanej Produkcji Roślin jako podstawę czytelnego oznaczenia pochodzenia i jakości surowca. Taki produkt tworzyłby wspólną wartość dla rolnika i tłoczni.
Nie leczmy tłoczni kosztem rolnika
W podsumowaniu swojego wpisu Wspólna Rola zauważa jeszcze raz, że problemy krajowego przemysłu olejarskiego są realne. Spadający przerób, wysokie koszty energii, konkurencja ukraińskiego oleju i niewykorzystane moce wymagają reakcji.
- Nie oznacza to jednak, że państwo powinno zapewnić tłoczniom dostęp do tańszego importowanego surowca, zrekompensować ich koszty energii i pozostawić producenta rolnego samemu sobie. Takie rozwiązanie nie buduje odpornego krajowego łańcucha. Przenosi jedynie marżę i ryzyko między jego uczestnikami – zaznacza organizacja i dodaje: - PSPO ma prawo bronić interesu tłoczni. Rolnicy mają jednak prawo zapytać, dlaczego rozwiązaniem problemów globalnych koncernów ma być obniżenie ich własnej pozycji rynkowej.
W związku z powyższym, Wspólna Rola oczekuje przeformułowania postulatów PSPO tak, żeby uwzględniały również realny interes polskich producentów rzepaku.
Opr. A.Kozłowska
