StoryEditor

Żubry lada chwila nie będą problemem tylko Podlasia

Miały być symbolem sukcesu ochrony przyrody, dziś dla wielu rolników stały się poważnym problemem. W Podlaskiem populacja żubrów rośnie lawinowo, a szkody w uprawach idą w setki tysięcy złotych. Pojawiają się też kontrowersyjne pomysły na rozwiązanie kryzysu.

28.04.2026., 11:00h

Symbol sukcesu, który wymknął się spod kontroli

Żubr przez lata był historią sukcesu polskiej ochrony przyrody. Dziś jednak w rejonie Puszczy Białowieskiej coraz częściej staje się symbolem problemu, którego nikt nie chce rozwiązać. Według danych Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (GDOŚ) w 2024 roku w Polsce żyło 3060 żubrów. Blisko połowa tej populacji przebywała na terenie województwa podlaskiego. I to właśnie tam, co nie jest zaskoczeniem, wyrządzała najwięcej strat. W regionie zgłoszono 391 szkód wyrządzonych przez ten gatunek, podczas gdy w całym kraju było ich 530. Na odszkodowania w Podlaskiem poszły 4,2 mln zł, podczas gdy w całej Polsce – 4,88 mln zł (patrz mapka).

image
Żubr w liczbach
FOTO:

Podlasie płaci najwyższą cenę za rosnącą populację

Za tymi liczbami stoją oczywiście konkretne gospodarstwa. Jedno z nich prowadzi Hubert Ojdana z Nowoberezowa w gminie Hajnówka. Rolnik, którego rodzinne, 750-hektarowe gospodarstwo rolne skupia się mocno na produkcji świń, mówi wprost: problem przestał być lokalnym incydentem, a stał się zjawiskiem o skali, której nikt już nie kontroluje.

– Mamy największą w Europie, jak nie na świecie, populację żubra. A w powiecie hajnowskim, tutaj gdzie mam gospodarstwo, już w szczególności się zadomowiły. Nigdzie nie ma ich tyle – podkreśla rolnik. Oficjalnie w Puszczy Białowieskiej mówi się o 1200 osobnikach, ale nieoficjalnie, jak wskazuje Hubert Ojdana, liczba ta może sięgać nawet 2000.

Żubry wychodzą z lasu i zostają na polach

– Biologiczna pojemność puszczy jest przewidziana na 400 osobników. A więc patrząc chociażby na oficjalne dane, jest ich tam o trzy razy za dużo – ocenia rolnik. Nie zawsze jednak tak było. Przełom nastąpił około dekady temu wraz z sytuacją po gradacji kornika drukarza i pozostawieniem w puszczy dużej liczby martwych i powalonych drzew. W ocenie rolnika utrudniło to przemieszczanie się zwierzyny w lesie, a żubry zaczęły coraz częściej wychodzić na pola. Dziś, jak mówi, schemat jest stały: z puszczy wychodzą na koniec listopada, a wracają tam w kwietniu, a więc żerują na uprawach ładne kilka miesięcy. Jednak zdarza się też, że nie wracają. Jeszcze w ubiegłym roku w okolicy miały zostać dwa stada, które nie wróciły do puszczy. Teraz – jak relacjonuje rolnik – takich stad jest już pięć, po 20–30 sztuk każde.

image
Dla Huberta Ojdany z gm. Hajnówka, mieszczącej się u bram Puszczy Białowieskiej, widok żubrów na polu to żadna nowość. Od blisko dekady goszczą w jego rzepaku, przez co ponosi coraz większe straty.
FOTO: Ojdana

Rzepak i zboża pod naporem stad

W jego przypadku najbardziej cierpi rzepak ozimy. W tym roku roślina, którą obsiał 188 ha, jest dla żubrów jednym z najłatwiej dostępnych pokarmów. I dane to potwierdzają, bowiem straty w rzepaku szacuje na ok. 300 tys. zł rocznie.

– Jak rzepak w normalnych warunkach plonuje 4 tony na hektar, to po przejściu stada żubra 2 tony, a odszkodowanie liczone jest za ok. 500 kg – przedstawia wyliczenia. I to właśnie m.in. system rekompensat jest dziś jednym z najczęściej podnoszonych problemów. Rolnik zaznacza, że samo szacowanie szkód przez pracowników RDOŚ odbywa się uczciwie, ale mechanizm wyliczania odszkodowań jest, jego zdaniem, analogiczny do czasów kiedy na polu było 5, a nie 500 żubrów. Mowa o rozporządzeniu z 2018 roku.

Rolnicy chcą zmian w zasadach gry

– Plon wyliczany jest na podstawie średniej wojewódzkiej, którą dla rzepaku ozimego w 2025 roku oszacowano na 2,9 t/ha. A powinien być wyliczany na podstawie moich faktur sprzedażowych z poprzedniego roku – mówi Hubert Ojdana, wskazując na kolejny kazus. – Gdy w marcu zgłoszę szkodę, to przy oszacowanych np. 50% strat wypłacają mi 20% odszkodowania. W kwietniu z 50% strat wypłacają 40% odszkodowania, a już w maju – 60%. Sęk w tym, że w marcu szkody są lepiej widoczne, niż w maju, kiedy rzepak zakwitnie. To nielogiczne.

Arkadiusz Iliaszuk z Doratynki w gm. Narew, który w rodzinnym 200-hektarowym gospodarstwie uprawia zboża ozime, tj. pszenicę i pszenżyto, rzepak ozimy, a także kukurydzę na ziarno i słonecznik, chciałby, aby w wyliczaniu strat wzięto pod uwagę utracone korzyści.

– Przy szacowaniu biorą pod uwagę koszty siewu, a nie np. nierównych wschodów, przekładających się na plony – zaznacza rolnik, który ocenia zeszłoroczne straty w swoim gospodarstwie w pszenicy, rzepaku i kukurydzy na ponad 100 tys. zł.

– Miałem sytuację, że rzepak został stratowany przez żubry i część przesiałem na kukurydzę. I ani nie wyszedł rzepak, ani kukurydza, bo wcześnie przyszły przymrozki. A żeby było mało, żubry weszły jeszcze w tę kukurydzę – mówi Iliaszuk o jednej z sytuacji na swoich polach, która jasno pokazuje, że system wyliczania strat powinien zostać zmodernizowany i dostosowany do bieżących warunków. Jako dobre rozwiązanie podał przykład z Anglii, gdzie za żerowanie orlika (lub innych rybożernych ptaków) w stawach hodowlanych wypłaca się rolnikom ryczałtowy ekwiwalent. Na żubry też miałby sposób.

Pomysł na „bufor dla żubrów”

– Mam ok. 50 ha w jednym kawałku, gdzie oprócz pól są łąki i las. Mógłbym tam uprawiać zboża jare i słonecznik, a w okresie zimowym teren posłużyłby na przestój żubra. Posiałbym tam mieszankę gorzowską, żeby zapewnić im pożywienie. Ważne, żeby były z dala od innych upraw. Państwo płaciłoby za takie przetrzymanie gatunku, co z pewnością generowałoby mniejsze koszty niż odszkodowania – zwraca uwagę Arkadiusz Iliaszuk, który dzielił się już pomysłem z przedstawicielami RDOŚ. Na razie jednak nikt nie podjął rękawicy.

Nie tylko straty – rośnie strach o choroby

Szkody materialne to jedno. Wśród rolników pojawia się jeszcze lęk o zdrowie zwierząt i ryzyko epizootii. Ojdana przypomina, że wśród żubrów pojawia się już telazjoza, pasożytnicza choroba narządu wzroku, która zdziesiątkowała bieszczadzkie stado. A co, jeśli przyjdzie coś gorszego?

– W regionie, który opiera się na hodowli bydła i produkcji mleka, pryszczyca oznaczałby katastrofę i straty liczone w miliardach złotych. Dla mnie żubry są jak bomba biologiczna – zwraca uwagę Hubert Ojdana, który nie ukrywa frustracji wobec politycznej bezradności względem tego gatunku.

– Nie ma takiego zdrowego podejścia do zarządzania tym stadem. Populacja żubra rośnie o ok. 20% rocznie, a brak decyzji dziś może oznaczać zwielokrotnienie problemu za kilka lat – podkreśla rolnik. I choć jego propozycja może budzić kontrowersje, to miałby pomysł na przywrócenie kontroli w tym zakresie.

Czy odstrzał to jedyne wyjście?

– Myślałbym o komercyjnym odstrzale żubra, prowadzonym pod ścisłym nadzorem specjalistów, z którego środki zasilałyby fundusz ochrony gatunku i odszkodowania dla rolników. W skrócie: żubry same by na siebie zarabiały – mówi rolnik, dodając: – Myśliwi zamiast wyjeżdżać do Afryki, żeby polować na tamtejsze zwierzęta, mogliby swoje fantazje zrealizować u nas. Trofea zabieraliby dla siebie, a pozyskane mięso po części mogłoby trafiać do restauracji, napędzając turystykę.

Brzmi sensownie, jednak jak na polskie realia – z pewnością zbyt odważnie.

image

Dziki wymykają się spod kontroli. Bez masowego odstrzału nie zatrzymamy kryzysu?

Dominika Mulak
Autor Artykułu:Dominika Mulak
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
28. kwiecień 2026 12:41