W tym roku minęło 35 lat od założenia przez pana fabryki opryskiwaczy. Jaką rolę pełniły opryskiwacze z czasów początków produkcji, a jak to wygląda dzisiaj?
Wcześniej w większości upraw wystarczyły lub były dostępne tylko dwa zabiegi, a dziś są uprawy, gdzie niemalże opryskiwacz nie stygnie. Przykładem niech będzie sadownictwo. Gdy zaczynałem produkować pierwsze opryskiwacze sadownicze w roku 1996, mówiło się, że w polskim sadzie wykonuje się 6–7 oprysków w sezonie, a Holendrzy już wtedy wjeżdżali ok. 20-krotnie. Dzisiaj w Polsce niektórzy stosują nawet ponad 30 różnych zabiegów. Nie zawsze jest to chemia, a bardzo często różne odżywki. Można powiedzieć, że mając 10 hektarów sadu w sezonie pryska się blisko tysiąc.
To rzeczywiście duże wyzwanie dla całej konstrukcji. Na co dzisiaj zwraca się uwagę w oprysku?
Wtedy mało kto przejmował się dawką cieczy roboczej czy precyzją samego oprysku. Obecnie nacisk na ekologię jest coraz większy i obniżane są zawartości substancji czynnych w preparatach. Dlatego coraz większe znaczenie ma jakość zabiegu, czyli precyzyjna dawka i odpowiednie rozpylacze. Pamiętam, gdy jako jedna z pierwszych firm zaczęliśmy stosować rozpylacze płaskostrumieniowe zamiast wirowych i mocno obrywaliśmy od klientów, że ten nasz opryskiwacz nie pyli. Chodziło nam o to, by pryskać na roślinę, a nie wokół. Na szczęście dzisiaj mamy całe mnóstwo rozpylaczy do różnych preparatów, najczęściej montowane przez oprawy trzy-, cztero- i pięciopozycyjne. Dzięki temu w zależności od preparatu czy pogody zabiegi wykonujemy odpowiednimi rozpylaczami.
W opryskiwacze Bury można zastosować rękaw powietrzny.
Nie tylko rękaw, ale stawiamy również na wspomaganie oprysku dyfuzorami do pasowych oprysków. Chcemy jak najbardziej ograniczyć znoszenie cieczy, bo to straty, ale również jak najdokładniej pokryć rośliny. Badania mówią o tym, że sam rękaw powietrzny pozwala na zmniejszenie dawki o 30% i polepszenie jakości zabiegów. W tej chwili jesteśmy w fazie składania takiego projektu badawczego, w którego ramach chcemy zbadać i naukowo potwierdzić, o ile możemy ograniczyć dawki środków i poprawić jakość zabiegów opryskiwaczami dwurzędowymi do sadu, gdy drzewo lub krzew opryskiwany jest z dwóch stron równocześnie i nie ma przedmuchów.
Co jest największym osiągnięciem minionych kilkudziesięciu lat w dziedzinie oprysku?
Coraz precyzyjniejsze sterowanie, bo kiedyś zwykłymi zaworami sterującymi musieliśmy zrobić zapas, bo chociażby uślizg koła, czy jazda pod górkę. Jako jedna z pierwszych firm zaczęliśmy stosować komputery sterujące i okazało się, że na niewielkim wzniesieniu przy dobrej przyczepności różnica dawki sięgała aż 30% między jazdą w dół a pod górę. Pokazuje to, jaki nadmiar trzeba było dać, żeby ta niższa dawka była wystarczająca, a z drugiej strony były fragmenty z 30% wyższą dawką. Dobrą robotę robią nawigacje ze sterowaniem sekcjami, by zwiększyć precyzję oprysku na uwrociach czy łukach. Kolejną rzeczą jest belka z cyrkulacją, która daje pewność, że po uruchomieniu oprysku z rozpylaczy popłynie ciecz robocza, a nie woda po płukaniu. Na jakość zabiegów ma wpływ jakość wody, którą trudno określić bez dokładnych pomiarów. Dlatego myślimy o rozwiązaniu tego problemu, gdyż dzisiaj coraz drobniejsze szczegóły mają wpływ na powodzenie zabiegu.
Jednym z nowych kierunków, w jakim rozwija się marka Bury jest aplikacja biopreparatów.
Wszystko zaczęło się tuż po powodzi z 2024 r. i pomocy dotkniętym zalaniem ludziom w odkażaniu domostw. Wysłałem wtedy dwóch ludzi z dwoma ciągnikami i opryskiwaczami sadowniczymi, by można było wykonywać zabiegi lancami lub nawet z wentylatorem. Od tego zaczęła się współpraca z firmą ProBiotics Polska i w ogóle zrozumiałem, jak działa biologia i jakie to jest dobre. Z tego powodu zaczęliśmy budować maszyny umożliwiające skuteczne aplikowanie preparatów mikrobiologicznych, które są bardzo wrażliwe na promieniowanie UV. Bardzo ważną rzeczą jest, żeby po zastosowaniu tego preparatu jak najszybciej go wymieszać z glebą. Na ostatnich targach w Kielcach pokazaliśmy zestaw złożony z brony talerzowej z rozpylaczami oraz przedniego zbiornika na preparat.
Właśnie rozwiązania do uprawy, głównie brony talerzowe i kultywatory są silnym, stabilnym punktem oferty, która będzie się także rozwijać, o czym świadczy współpraca z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu.
W tej chwili jesteśmy w trakcie projektu badawczego wspólnie z UP w Poznaniu, gdzie pracujemy nad rodziną maszyn do uprawy uproszczonej, konserwującej. Choć takich maszyn jest sporo na rynku, to wciąż brakuje sprzętu dla mniejszych gospodarstw, dysponujących ciągnikami rzędu 100, 120 KM. Postawiliśmy sobie cel, by zrobić takie właśnie maszyny do tych mniejszych mocy, żeby ci mniejsi rolnicy mieli szansę skorzystać z nowych technologii. Jesteśmy po pierwszych próbach i badaniach polowych, a wyniki są dosyć obiecujące. Prawdopodobnie uda się już część maszyn pokazać na najbliższych targach Agro Show. Część uprawowa jest bardziej zaawansowana, natomiast do tego grona w przyszłości dołączą siewniki do wysiewu nawozów i nasion, które w tym roku dopiero będziemy bardziej badać.
