I to pomimo tego, że nawet sam sąd w uzasadnieniu wyroku napisał: "[...] w procesie bynajmniej nie chodziło o to, że okolicznym mieszkańcom przeszkadzały zapachy pochodzące z samej hodowli świń". To w takim razie o co chodziło? Odpowiedzi szukaliśmy w centrum wydarzeń – w Domaszkowicach koło Nysy.
Więzienie za smród? Ten wyrok zaskoczył nawet rolników
O tej sprawie top agrar Polska informował na swym portalu internetowym jako pierwszy, tuż po tym, jak zapadł wyrok w I instancji. Sąd Rejonowy w Nysie skazał 6 osób na wyroki po 8 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na rok i podanie wyroku do publicznej wiadomości na łamach lokalnej gazety. To wyrok za to, że od lipca 2020 do lipca 2023 roku w związku z prowadzoną przez nich hodowlą świń: "[...] doszło do emisji do atmosfery z pól spryskiwanych gnojowicą z lagun, z pomieszczeń inwentarskich i z miejsc gromadzenia odpadów stałych odorów, w szczególności amoniaku, gazów cieplarnianych i siarkowodoru, co mogło doprowadzić do negatywnego samopoczucia mieszkańców Domaszkowic i spowodowało znaczne obniżenie jakości powietrza, gdyż zalecana odległość tego typu działalności od zabudowań mieszkalnych wynosi 500 metrów, co nie zostało w żaden sposób zachowane [...]". Wyrok jest nieprawomocny, rolnicy zapowiadają odwołanie.
Ta sprawa dotyczy rolniczej rodziny Bulików. Głową rodziny jest Rajmund Bulik. W procesie został skazany on, jego żona, dwaj synowie i dwie synowe. Rajmund Bulik prowadzi gospodarstwo od 36 lat. Od samego początku hodował świnie. Gospodarstwo przejął po rodzicach i rozwinął. Kolejne pokolenie rolnicze w rodzinie to dwaj synowie Adrian i Rafał oraz córka. Bulikowie mieszkają w powiecie Kędzierzyn-Koźle, ale hodowlę prowadzą obecnie w miejscowości Domaszkowice w powiecie nyskim, w obiektach po RSP. W 2005 roku kupili tam jedną chlewnię, w 2011 r. kolejne.
Dziesiątki skarg i narastający konflikt we wsi
Formalnie to sześć odrębnych chlewni, współpracujących ze sobą jako niewielka grupa producencka. Produkcja trzody chlewnej prowadzona jest w cyklu otwartym, w systemie bezściółkowym. W budynkach jednocześnie przebywa ok. 8 tys. sztuk zwierząt. Od 2011 roku, kiedy zintensyfikowali hodowlę do przemysłowych rozmiarów, tli się tam, z różnym natężeniem, konflikt z grupką mieszkańców wsi. To bezsporny fakt.
W akcie oskarżenia mowa jest o 47 skargach, które wpłynęły na nich do burmistrza Nysy. Skargi dotyczyły wylewania nieczystości płynnych i gnojowicy w Domaszkowicach; 14 zgłoszeń dotyczyło odczuwanej uciążliwości zapachowej. W 12 przypadkach uciążliwość tę potwierdzono. Wskazywano na niewłaściwy sposób nawożenia pól przez właścicieli fermy oraz degradację środowiska. Skargi wpływały także do wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska w Opolu. Chodziło m.in. o status i rozmiar hodowli. Autorzy wskazywali, że w zasadzie w Domaszkowicach funkcjonuje nie sześć autonomicznych chlewni, ale jedna instalacja hodowlana, mogąca powodować znaczne zanieczyszczenie środowiska, w której obsada przekracza 2000 tuczników o masie powyżej 30 kg. A jeśli tak, to Bulikowie powinni postarać się o pozwolenie zintegrowane. W procedurze uzyskania pozwolenia zintegrowanego przewidziane są konsultacje społeczne, trudno więc się dziwić, że Bulikowie robią wszystko, by tego uniknąć.
Ukryty problem: chodziło o coś więcej niż zapach
W 2019 roku WIOŚ w Opolu uznał, że chlewnie Bulików w Domaszkowicach to instalacja i w związku z brakiem pozwolenia zintegrowanego wydał decyzję o wstrzymaniu działalności chlewni. Tę decyzję jednak uchylił główny inspektor ochrony środowiska, tłumacząc, że jeśli każda chlewnia ma innego właściciela, to wystarczająca przesłanka, by uznać, że nie mamy do czynienia z instalacją.
– Wydawało się, że sprawa jest zakończona, ale pod naciskiem grupki mieszkańców wsi temat wracał – mówi Rajmund Bulik. – WIOŚ wszczynał kolejne postępowania, wydał kolejne decyzje o zamknięciu. Odwołujemy się od nich, sprawy są w toku. Funkcjonujemy w ramach obowiązującego prawa. Zmagamy się z grupką ludzi, którzy chcą nam zaszkodzić i twierdzą, że śmierdzi. Ale przecież jesteśmy na wsi, jak ma być nie czuć gnojowicy, skoro to naturalny efekt hodowli świń i naturalny nawóz, którym trzeba nawieźć pola? W okolicy naszych chlewni mamy ok. 300 ha ziemi rolnej, na którą wywozimy gnojowicę. Nie przeczę, że czasami czuć zapachy, ale to jest nie do uniknięcia. Nie mogę zrozumieć, jak można skazywać za to rolnika na więzienie. To niesprawiedliwe.
Po jednej stronie sporu są Bulikowie, po drugiej część mieszkańców wsi Domaszkowice i sąsiednich Kubic. Liderkami protestów są sołtyski wsi. W Domaszkowicach to Edyta Wąs.
– Nie jestem zdziwiona tym wyrokiem. Wreszcie ktoś podszedł do tego poważnie – mówi pani sołtys Domaszkowic. – Musimy codziennie czy bardzo często mierzyć się z tym ogromnym fetorem, smrodem. Wdychamy siarkowodory i inne substancje, które są niebezpieczne dla zdrowia. Coraz więcej mieszkańców ma problemy z drogami oddechowymi.
Ksiądz Janusz Ogórek, proboszcz parafii w Domaszkowicach, którego spotykamy koło świetlicy wiejskiej dodaje, że zapachy czuć szczególnie w dolnej części wsi. Bywa, że roznoszą się w niedzielę i święta, jak choćby 1 listopada. Choć z drugiej strony ostatnio to zjawisko jakby zmalało.
Ale jeśli zatem we wsi śmierdzi, a o odorze jest mowa zarówno w zarzutach z aktu oskarżenia oraz w samym wyroku, to dlaczego w uzasadnieniu do tego wyroku sąd pisze coś takiego: "w procesie bynajmniej nie chodziło o to, że okolicznym mieszkańcom przeszkadzały zapachy"?
– Ja też uważam, że w tej sprawie nie o smród chodzi – mówi Robert Giblak, naczelnik Wydziału Rozwoju Wsi i Ochrony Środowiska w Urzędzie Miejskim w Nysie. – Jak świat światem, na wsi hodowane były zwierzęta, ludzie wywozili obornik i on też przecież nie pachniał. Dzisiaj też rolnik ma święte prawo wylać na pole do 45 m³ na hektar i nikt mu tego nie może zabronić. Prawdziwą istotą tej sprawy jest nienazywanie sprawy po imieniu. Nie możemy obiektu fermowego nazywać sześcioma indywidualnymi gospodarstwami rolnymi. Od dawna namawiałem pana Bulika, by załatwił pozwolenie zintegrowane. Gdyby je miał, byłyby na wszystko papiery i nikt nie mógłby mieć do niego pretensji. Ale tego nie zrobił.
Czytając i akt oskarżenia, i uzasadnienie wyroku sądu trudno nie odnieść wrażenia, że ten aspekt odgrywa w tej historii ważną rolę. O tym, że w Domaszkowicach funkcjonuje tak naprawdę instalacja wspomina i prokurator, i sąd. Ale przecież, nawet gdyby Bulikowie to zintegrowane pozwolenie mieli, to i tak hodowla odbywałaby się w tych samych sześciu chlewniach, z taką samą obsadą zwierząt, które wytwarzałyby taką samą ilość smrodu i niczego w powietrzu by to nie zmieniło. To może faktycznie w sprawie, w której rolnicy skazani zostali za smród, nie chodzi wcale o smród?
Szokujące wyliczenia: czy doszło do przekroczenia norm?
Więcej światła rzuca na sprawę Jacek Tarnowski, naczelnik Wydziału Rolnictwa i Ochrony Środowiska w Starostwie Powiatowym w Nysie. Zaznacza wprawdzie, że starostwo nyskie akurat w tej sprawie w zasadzie nie ma żadnych kompetencji, to jednak on, jako naczelnik, jeździł często na kontrole po, jak mówi, sygnałach od mieszkańców. Nie mówi o smrodzie, mówi o gnojowicy.
– Moim zdaniem tam na fermie państwa Bulików nie mieliśmy do czynienia z nawożeniem pól gnojowicą, ale z procederem pozbywania się nadmiaru gnojowicy – mówi Tarnowski.
Na dowód pokazuje sporządzony przez niego po wizji lokalnej w listopadzie 2022 roku protokół, podczas której widział beczkowóz o pojemności 14 m³, wylewający na pola gnojowicę. Za pomocą kalkulatora oraz pkt 41 Kodeksu dobrej praktyki rolniczej wyliczył, że tego dnia zaaplikowano w przeliczeniu na hektar 653,18 kg czystego azotu, podczas gdy dopuszczalna dawka wynosi 170 kg. Tych wyliczeń nikt jednak nie zweryfikował. Tarnowski zeznawał w procesie przeciw Bulikom, ale jego obliczenia nie znalazły się w uzasadnieniu wyroku skazującego.
Na terenie gospodarstwa Bulików funkcjonują cztery laguny o łącznej pojemności ok. 2 mln litrów gnojowicy. Dodatkowo każdy z budynków inwentarskich wyposażony jest w zbiorniki pod rusztami o pojemności sięgającej ok. 2 mln litrów.
W Polsce obowiązują zasady zagospodarowywania gnojowicy na polach: dopuszczalne ilości (170 kg czystego azotu na ha) i terminy wylewania (od 1 marca do 31 października). Szczegóły określa plan nawożenia azotem w gospodarstwie.
– My taki plan mamy i go realizujemy. Otrzymujemy z ARiMR dopłaty za nawożenie ziemi gnojowicą, czyli naturalnym nawozem – zapewnia Rajmund Bulik.
Kontrole i nieprawidłowości: co naprawdę wykryto?
Nie znaczy to jednak, że gospodarka gnojowicą w gospodarstwie była wzorowa. Przeczą temu choćby przywołany przez sąd w uzasadnieniu wyrok w sprawie wykroczeniowej z 2019 r. za wyciek w gospodarstwie gnojowicy do kanalizacji deszczowej i dalej do Domaszkowickiego Potoku we wsi. Sąd stwierdza, że wylewanie gnojowicy odbywało się niezgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów, że gnojowica wylewana była poza dopuszczalnymi terminami, że wylewana była także wprost do polnych rowów (w tym do rowu, z którego była pobierana woda na potrzeby hodowli ryb), do lasu, na drogi. Że w przeszłości rolnicy nie potrafili udokumentować sposobu pozbywania się i ilości gnojowicy.
W trakcie procesu sąd zlecił badanie gleby. Biegły sądowy pobrał 7 próbek, zanieczyszczenia wykazano w dwóch. W jednej wykryto bakterie Coli, w drugiej jaja glisty świńskiej. Czy te wyniki świadczą o skażeniu gleby? Nietrudno znaleźć publikacje, w których można przeczytać, że występowanie obu mikroorganizmów w glebach nawożonych gnojowicą nie powinno dziwić. To zupełnie normalne.
– My w setkach liczymy kontrole, nie w dziesiątkach – mówi Rajmund Bulik. – Według opinii Państwowej Inspekcji Sanitarnej działalność fermy nie stwarza bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia ludzi, a podczas kontroli nie stwierdzono obecności uciążliwych zapachów w jej otoczeniu. Kontrole prowadzone przez WIOŚ nie wykazywały nieprawidłowości w zakresie ochrony środowiska, a ARiMR nie zgłaszała zastrzeżeń do prowadzenia gospodarstwa. Inspekcja Weterynaryjna nie miała zastrzeżenia do zdrowia zwierząt.
Wydaje się, że w tej sprawie brak twardych dowodów, że wskutek wylewania gnojowicy doszło do skażenia gleby. A czy są dowody na szkodliwą emisję odorów?
Brak kluczowych badań? To może zmienić wszystko
Do mierzenia uciążliwości zapachowej służą badania olfaktometryczne. Nie bada się składu chemicznego powietrza, lecz samą uciążliwość zapachową, wyrażaną w jednostkach zapachowych na metr sześcienny. Odczucie smrodu jest subiektywne, te badania pozwalają to zobiektywizować. Czy takie badania przeprowadzono w Domaszkowicach? Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu prok. Stanisława Bara odpowiada, że nie. W akcie oskarżenia prokuratura powołuje się na opinie ekspertów, z których wynika, że emisja odorów może mieć krytyczny wpływ na zdrowie i życie ludzi. Opinie mają one jednak charakter ogólny i nie odnoszą się bezpośrednio do konkretnego przypadku z Domaszkowic.
Ale sąd chyba nie oczekiwał konkretnych ekspertyz. W uzasadnieniu tłumaczy: "Tutaj przypomnieć należy, że jest to tzw. przestępstwo z narażenia, a zatem nie ma konieczności, by konkretnie dana liczba osób zachorowała, a jedynie potencjalne zagrożenie dla zdrowia. Wskazane »opinie« w powiązaniu z zeznaniami świadków w pełni potwierdzają znamię zagrożenia dla zdrowia okolicznych mieszkańców".
Ale z tego wynika, że zupełnie nieważne jest natężenie odoru (bo go tu nawet nie zmierzono), wystarczy, że taki odór w ogóle wystąpi (co jest wciąż powszechne na wsiach), a ktoś zezna, że wskutek niego czuje się źle. Czy taka interpretacja nie skazuje na potencjalne kłopoty każdego hodowcy, niezależnie od skali hodowli?
Mieszkańcy kontra rolnicy: czy ten konflikt da się zakończyć?
– Robimy wszystko, by ograniczyć zapachy – zapewnia Adrian Bulik. – Stosujemy specjalne dodatki do paszy, które m.in. redukują smród. Kupiliśmy też wóz asenizacyjny z lancami aplikującymi gnojowicę bezpośrednio do ziemi. Podpisaliśmy umowę na odbiór od nas gnojowicy z firmą, która buduje dużą biogazownię.
– Jedynym rozwiązaniem z punktu widzenia mieszkańców Domaszkowic będzie zamknięcie tych chlewni – mówi twardo pani sołtys.
– Bardzo niepokoi ten wyrok – mówi Jerzy Sewielski, prezes Opolskiej Izby Rolniczej. – Taka jest praca rolników, że uciążliwości na wsi są: odory czy hałas. A dzisiaj coraz więcej skarg. Mamy nadzieję, że sąd w drugiej instancji ten wyrok uchyli. Bardzo czekamy też na ustawę o funkcjonalności wsi.
Pytaliśmy o nią w ministerstwie. Odpisano nam, że prace trwają.
Ten artykuł pochodzi z wydania top agrar Polska 4/2026
czytaj więcej
