StoryEditor

Ceny tuczników runęły w dół. Rolnicy: "Cały czas siedzimy na bombie"

Wczorajsze notowanie giełdy niemieckiej VEZG dało wyraźny sygnał do obniżek krajowym ubojniom. Stawki mocno spadły, a rolnicy mówią, że obecna sytuacja jest tragiczna, a niska opłacalność zmusza wiele gospodarstw do likwidacji tuczu.

07.05.2026., 15:14h

Cena na giełdzie niemieckiej w dół

Cena tuczników na giełdzie niemieckiej spadła wczoraj o 10 eurocentów/kg za świnie w kl. E. Obecnie obowiązuje stawka 1,60 euro/kg (do 13 maja). Niemcy tłumaczą to słabą sprzedażą mięsa i anulowaniem zamówień przez duże rzeźnie, co powoduje brak równowagi na rynku.

Dla europejskiego, w tym krajowego rynku, to zawsze wyraźny sygnał do obniżek. Dziś 10 eurocentów to ponad 40 gr/kg. Niestety reakcja polskiego rynku była natychmiastowa i zakłady opuściły stawki nawet o 50 gr/kg w wbc i około 30-40 kg za żywiec. 

Aktualne stawki z dzisiejszej sondy są TUTAJ.  Obecnie ubojnie za tuczniki w kl. E płacą od 6,4 do 6,85 zł/kg, a za żywiec od 4,7 zł/kg do 5,8 zł/kg. 

Brakuje świń, a ceny spadają - prawo popytu i podaży nie działa? 

Janusz Terka, z Solidarności Rolników Indywidualnych z Piotrkowa Trybunalskiego, ale również producent świń zorganizował spotkanie z producentami świń, a po nim nagrał film z serią wypowiedzi rolników. Pokazuje to jedno - rolnicy mają serdecznie dość grania im na nosie niskimi cenami i braku zainteresowania branżą, która jest w poważnych tarapatach.

- Na wstępie trzeba jasno zaznaczyć: w Polsce brakuje świń. To fakt. Brakuje surowca, a dodatkowo otworzyły się nowe rynki zbytu, o czym mówił również minister. Teoretycznie więc sytuacja dla producentów powinna być dobra — popyt na tuczniki powinien działać na naszą korzyść. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Obecnie mamy poważny kryzys. Zainteresowanie naszym towarem jest bardzo małe, a ceny spadły i od dłuższego czasu utrzymują się na poziomie znacznie niższym niż chociażby w Niemczech. Pojawia się więc pytanie: z czego to wynika? - mówi Janusz Terka, producent świń z powiatu piotrkowskiego. Rolnik uważa, że rynek tuczników w Polsce jest bardzo mocno rozchwiany.

- Są firmy, które realnie decydują o cenie. Nie mamy dziś do czynienia z nadpodażą — wręcz przeciwnie, tuczników w Polsce wciąż jest za mało i nadal trzeba je sprowadzać. A jednak hodowcy działający na wolnym rynku są traktowani jak margines, jak najsłabsze ogniwo, na którym najłatwiej zarobić - dodaje Terka. Według niego największe podmioty skupujące tuczniki zaniżają ceny, a następnie obniżają ceny mięsa w hurcie.

- W efekcie pozostałe zakłady, niezależnie od własnej sytuacji, muszą się do tego dostosować. To prowadzi do sytuacji, w której rynek jest de facto sterowany przez kilku graczy. Mamy do czynienia z dominacją podmiotów o pozycji monopolistycznej. Zwracaliśmy się do ministra rolnictwa, aby ta sytuacja została sprawdzona. Otrzymaliśmy zapewnienia, że sprawa zostanie podjęta, ale od ubiegłego roku nic się w tej kwestii nie wydarzyło. Jest też drugi bardzo ważny aspekt - podejrzenie zmowy cenowej wśród podmiotów skupujących - mówi Janusz Terka. Producent świń zaznacza, że wielokrotnie rolnicy prosili o kontrolę, ale w odpowiedzi słyszeli, że nie ma ku temu podstaw. Podkreśla, że UOKiK powinien dokładnie przyjrzeć się rynkowi trzody chlewnej i sprawdzić, czy wszystko odbywa się uczciwie.

Nikt się nie liczy z losem hodowców

Bogusław Kołodziejczyk, producent świń z Bud Szynczyckich podkreśla, że najgorsze dla rolników jest to, że nikt się z nimi nie liczy.

- Dzwoni się do zakładu i słyszy jedną cenę, na przykład 5 złotych. A za chwilę okazuje się, że jeśli chcesz sprzedać po 4,80 zł, to wtedy można ładować. Czyli po wyższej cenie towar rzekomo jest niepotrzebny, ale po niższej nagle już się znajduje dla niego miejsce. To przecież nielogiczne. Jeśli coś jest komuś niepotrzebne, to się tego nie kupuje. Każdy normalny człowiek tak postępuje. A tutaj wygląda to inaczej — nikt niczego nie wyrzuca, bo każdy potrafi zarobić na rolniku. Jeszcze niedawno było 6 złotych, dziś jest 4,80, a za chwilę może być jeszcze mniej. Dlatego pytam wprost: gdzie są instytucje, które mają stać na straży rolnictwa? Gdzie jest ministerstwo? Gdzie są ci wszyscy, którzy tak chętnie mówią o wspieraniu gospodarstw rodzinnych? Bo w praktyce ich nie widać. Słyszymy obietnice, ale wszystko sprowadza się do jednego — do systematycznego wyniszczania gospodarstw rodzinnych, tak aby ich miejsce zajmowały duże korporacje - mówi Kołodziejczyk. 

Gospodarstwa rodzinne sobie nie poradzą 

Tomasz Wachulec zaznacza, że rynek nie działa fair w stosunku do konsumentów. Jeżeli spada cena u producenta to obniżek w sklepach nie widać. 

- Chciałbym zapytać konsumentów, czy zauważyli podobne obniżki w sklepach. Czy ceny dla klientów rzeczywiście spadły? Czy może nadal wszyscy płacą dużo, a ktoś po drodze po prostu osiąga ogromne zyski? Warto przyjrzeć się temu, kto zarabia na tej różnicy i czy te pieniądze w ogóle zostają w Polsce, czy może odpływają za granicę za pośrednictwem zagranicznych firm dominujących na rynku - mówi Wachulec.

Rolników martwi również rosnąca liczba gospodarstw zajmujących się tuczem nakładczym. 

- Rolników rodzinnych, którzy produkują tucznika za własne pieniądze i na własny rachunek, jest coraz mniej. To zmierza w bardzo niebezpiecznym kierunku. Jeśli udział tuczu nakładczego przekroczy 60% całej produkcji, to niezależni producenci mogą sobie po prostu nie poradzić. Wtedy wielu z nas stanie przed wyborem: albo wejść w tucze nakładcze, albo całkowicie zakończyć produkcję - dodaje rolnik. 

"Przy 6 zł/kg to się nie spina, a cena spadła jeszcze o złotówkę"

Jacek Wlaźniak zaznaczył, że już przy 6 zł/kg w skupie produkcja była nieopłacalna.

- Teraz cena spadła o ponad złotówkę, a mimo to nadal słyszymy to samo — że dalej się nie opłaca. Do tego celowo wstrzymuje się odbiory, a potem winą obarcza się rolników, mówiąc, że mają zbyt ciężkie świnie. Tymczasem żywiec to nie jest towar, który można odłożyć na półkę i odebrać za tydzień czy dwa, kiedy komuś będzie wygodnie. Jeśli mamy się traktować poważnie, to traktujmy się poważnie - mówi Wlaźniak. Podkreśla, że ma wrażenie, że wielu firmom zwyczajnie nie zależy na krajowej produkcji świń. 

- Być może zakładają, że brakujący towar sprowadzą z zagranicy — z Europy albo spoza niej. Mimo że świń w Polsce jest mało, nadal uderza się w tych hodowców, którzy jeszcze zostali. A przecież po każdym takim dołku cenowym część gospodarstw rezygnuje. Ilu producentów zostanie po następnym? Można odnieść wrażenie, że to wszystko zmierza do cichego wygaszania hodowli trzody chlewnej w Polsce. Słychać przecież, że duże firmy skupują głównie tuczniki kontraktowe, a nie chcą kupować od indywidualnych producentów. W mojej ocenie to celowe działanie, którego efektem ma być maksymalne obniżenie cen i wyeliminowanie niezależnych hodowców - mówi producent świń. 

Chcemy normalnie pracować i zarabiać!

Zaznacza, że rolnicy chcą po prostu normalnie pracować i móc policzyć, czy produkcja się opłaca.

- Wstawiam prosiaka, sprzedaję tucznika i chcę wiedzieć, czy zarobię 20, 30 czy 50 złotych. Tymczasem hodujemy przez trzy miesiące, cały czas siedząc na bombie. Niejednokrotnie mówiłem, że jeśli miałbym iść do kasyna, to miałbym większą szansę wygrać niż dziś na produkcji trzody chlewnej. Jeśli podmioty skupujące rzeczywiście opierają się na zagranicznym zapleczu, to niech powiedzą to otwarcie. Bo dziś wygląda to tak, jakby nie obawiały się żadnej kontroli, nawet w sprawie możliwej zmowy cenowej. A rolnicy naprawdę widzą, co się dzieje — potrafią zadzwonić, porównać informacje i wyciągnąć wnioski - dodaje hodowca. 

Tak źle na rynku trzody jeszcze nie było

- Tak źle na rynku trzody chlewnej, jak jest teraz, nie było przez całe moje 25 lat produkcji. I nie chodzi już nawet tylko o samą cenę, ale o to, że obecnie praktycznie żaden zakład nie jest zainteresowany naszym towarem. Z tego, co słyszę, południe Polski sprowadza żywe świnie ze Słowacji, zachód z Niemiec, a do reszty kraju trafiają elementy z Hiszpanii. I człowiek zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście tam da się produkować aż tak tanio, czy może to jest już ostatni etap wypychania nas w tucze kontraktowe czy nakładcze - dodaje Mariusz Derendaż, producent świń. Uważa, że te działania są po to by wielkie koncerny i duże zakłady zmusiły rolników do wejścia w tucze nakładcze.

- Zwłaszcza tutaj, w rejonie Piotrkowa Trybunalskiego, wielu rolników wciąż chce handlować na wolnym rynku i samodzielnie decydować o własnych pieniądzach. A tucz nakładczy oznacza zupełnie inny model — ktoś przywozi warchlaka, przywozi paszę, na końcu odbiera tucznika, a rolnik traci niezależność - dodaje producent świń. 

Giełda niemiecka decyduje o nieswoim rynku

Rolnicy podkreślają, że drażni ich tłumaczenie polskiej sytuacji niemieckim rynkiem tucznika.

- Dziś wygląda to tak, że kiedy giełda zapowiada spadki, wszystkie zakłady natychmiast reagują. Mówią: „czekamy na giełdę”, „musimy zobaczyć, w którą stronę to pójdzie”. Gdy tylko pojawia się obniżka, informacja błyskawicznie rozchodzi się po rynku — z telefonu na telefon, z firmy do firmy — i już od kolejnych godzin cena jest niższa. Ale kiedy giełda pokazuje wzrosty, wtedy nagle wszyscy się bronią. Wtedy słyszymy, że nie da się tak szybko zareagować, że trzeba poczekać do poniedziałku, że jeszcze ten tydzień musi zostać na starych stawkach. Czyli w jedną stronę wszystko działa natychmiast, a w drugą już nie - mówi Przemysław Pestka i pyta "gdzie tu jest zwykła uczciwość i normalne podejście człowieka do człowieka?".

- Ekonomia nie wybacza błędów i bardzo jasno pokazuje, dokąd to wszystko zmierza. A zmierza do tego, żeby nas zamknąć i zniszczyć - mówi rozgoryczony rolnik. 

Czy hodowcy są jeszcze potrzebni w Polsce?

- Na koniec pozostaje najważniejsze pytanie: czy hodowcy są jeszcze w tym kraju potrzebni? Czy my, jako rolnicy, jesteśmy w ogóle potrzebni? Czy istnieje Ministerstwo Rolnictwa, które powinno reagować w takiej sytuacji? Czy są przetwórcy, którzy potrafią rozsądnie podejść do hodowców? Czytałem ostatnio wypowiedź jednego z przedstawicieli przetwórców, który stwierdził, że jest im bardzo ciężko, bo rosną koszty, a cena surowca idzie w górę. Tylko jakim sposobem cena surowca idzie w górę, skoro nam płaci się coraz mniej? - mówi na koniec Janusz Terka. 

Podkreśla, że w tej sytuacji oszukiwani są nie tylko rolnicy, ale również konsumenci.

- Nam płaci się grosze, konsumenci płacą dużo, a jakość mięsa sprowadzanego z drugiego końca Europy wcale nie musi być taka, jakiej wszyscy oczekują - dodaje. 

Dorota Kolasińska
Autor Artykułu:Dorota Kolasińska
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
07. maj 2026 16:01