StoryEditor

Rolnik dostał zgodę na płoszenie. „Wilk ma poczekać 30 minut?”

Marcin Ciok, hodowca bydła z Warmii, dostał zgodę na płoszenie wilków, które w tym roku zagryzły mu już sześć cieląt. Problem w tym, przepisy są oderwane od rzeczywistości i w praktyce wiążą mu ręce.

30.08.2026., 07:00h

Marcin Ciok, hodowca bydła rasy hereford z Warmii, od dłuższego czasu zmaga się z atakami wilków na cielęta w swoim stadzie. Krowy mamki z cielętami utrzymywane są na rozległych pastwiskach. W tym roku stracił już sześć zwierząt, a jedno z nich zostało pogryzione, ale udało się je uratować. To nie incydent, ale otwarta stołówka dla wilków, które wracają do gospodarstwa co roku w sezonie wycieleń.

- Praktycznie nie śpię. W nocy jeżdżę po gospodarstwie i pilnuję stada. To jest po prostu masakra – mówi Marcin Ciok. Hodowca zawnioskował do RDOŚ w Olsztynie o wydanie zezwolenia na płoszenie wilków.

Jakie zasady podano w zezwoleniu na płoszenie wilka?

Zezwolenie na umyślne płoszenie wilków na terenie obrębu Mysłaki, w gminie Miłakowo, udzielił Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie (RDOŚ w Olsztynie).

Jak wynika z zezwolenia RDOŚ, za jego realizację odpowiada wnioskodawca, natomiast czynności mogą wykonywać wyłącznie upoważnieni przez niego pracownicy gospodarstwa. Zezwolenie obowiązuje do 31 grudnia 2026 r.

Jak podkreśla RDOŚ, płoszenie i niepokojenie wilków nie może być prowadzone prewencyjnie. Działania są dopuszczalne wyłącznie w przypadku faktycznego zaobserwowania wilka na terenie objętym zezwoleniem.

Zgodnie z zezwoleniem RDOŚ dozwolone jest używanie urządzeń hukowych, w tym petard hukowych, pistoletu hukowego oraz strzelby CO₂ RAM T4E HDX 68 o energii kinetycznej poniżej 17 dżuli. W przypadku użycia strzelby można celować wyłącznie w bok lub zad zwierzęcia. Jak podkreśla RDOŚ, bezwzględnie zabronione jest celowanie w głowę wilka.

RDOŚ wskazuje również, że nie wolno korzystać z armatek hukowych ani z urządzeń, które mogłyby znacząco negatywnie oddziaływać na sąsiednie obszary chronione lub inne gatunki objęte ochroną gatunkową. W ciągu dnia urządzenia hukowe mogą być użyte maksymalnie cztery razy, z zachowaniem co najmniej 15-minutowych odstępów. W porze nocnej, czyli między godziną 22:00 a 6:00, dopuszczalne są maksymalnie dwa użycia urządzeń, w odstępie co najmniej 30 minut.

Jak wynika z zezwolenia RDOŚ, przed rozpoczęciem płoszenia należy sprawdzić teren pod kątem obecności innych gatunków chronionych. W przypadku ich zaobserwowania czynności należy niezwłocznie przerwać i można je wznowić dopiero po opuszczeniu terenu przez dane zwierzę.

RDOŚ nałożył również obowiązek sporządzenia i złożenia sprawozdania z wykonanych czynności do 15 stycznia 2027 r. Sprawozdanie powinno zawierać informacje o terminach i liczbie przeprowadzonych działań, zastosowanych metodach płoszenia, liczbie przepłoszonych wilków oraz ich zachowaniu po wykonaniu czynności, w szczególności informację, czy wilki nadal są obserwowane w okolicy.

Nie da się efektywnie skorzystać z zezwolenia

Rolnik krytycznie ocenia zasady określone w zezwoleniu RDOŚ w Olsztynie. Jak wynika z zezwolenia, w porze nocnej urządzeń hukowych można użyć najwyżej dwa razy, w odstępie 30 minut. Dodatkowo przed rozpoczęciem płoszenia trzeba sprawdzić, czy na terenie nie ma innych gatunków chronionych.

- Teoretycznie mam zezwolenie, ale w praktyce często nie mogę z niego skorzystać. W nocy wolno użyć urządzeń tylko dwa razy, a wcześniej trzeba jeszcze sprawdzić, czy w pobliżu nie ma innych chronionych zwierząt. U mnie występuje między innymi orzeł bielik. Jak mam skutecznie reagować w takich warunkach? – pyta Marcin Ciok.

Jak podkreśla RDOŚ, w ciągu dnia urządzeń hukowych można użyć maksymalnie cztery razy. Zdaniem Marcina Cioka ten limit nie odpowiada rzeczywistym problemom gospodarstwa, ponieważ wilki najczęściej atakują nocą.

- W dzień wilki rzadko atakują. Jeśli już się pojawiają, muszą być wyjątkowo zdeterminowane. Największe zagrożenie występuje w porach wieczornych albo wczesnorannych, a właśnie wtedy możliwości reakcji są najbardziej ograniczone – mówi hodowca.

Marcin Ciok zwraca również uwagę na liczbę szkód. W jego gospodarstwie odnotowano kilka przypadków w tym roku i latach poprzednich. Rolnik wskazuje, że w innych gospodarstwach liczba ataków jest jeszcze większa.

- Słyszałem o gospodarstwie pod Mrągowem, gdzie odnotowano już 19 szkód. Trudno więc mówić o pojedynczych, przypadkowych zdarzeniach – mówi.

Krytycznie ocenia także procedurę wypłaty odszkodowań. Jego zdaniem postępowanie jest zbyt długie i skomplikowane. Po sporządzeniu protokołu rolnik ma 14 dni na dostarczenie wymaganych dokumentów, następnie urząd ma do 60 dni na wydanie decyzji, a później pozostaje jeszcze oczekiwanie na wypłatę pieniędzy.

- Jeżeli przedstawiciel właściwej dyrekcji ochrony środowiska przyjeżdża na miejsce i stwierdza, że szkoda została wyrządzona przez wilka, odszkodowanie powinno być wypłacone w ciągu siedmiu, najwyżej czternastu dni. To działa, ale zdecydowanie zbyt wolno – podkreśla Marcin Ciok.

W ocenie rolnika formalne zezwolenie na płoszenie nie zawsze stanowi realną pomoc. Jak podkreśla RDOŚ, działania mogą być prowadzone wyłącznie po zaobserwowaniu wilka, a nie prewencyjnie. Jednocześnie obowiązują limity użycia urządzeń i konieczność ochrony innych gatunków.

- Z jednej strony mam zgodę na płoszenie, ale z drugiej strony zasady są tak ograniczone, że w najważniejszym momencie trudno z tej zgody skorzystać. Wilk nie czeka, aż sprawdzę cały teren, upewnię się, że nie ma tam innego chronionego gatunku i wykorzystam jeden z dwóch dozwolonych sygnałów – zaznacza hodowca.

Marcin Ciok odnosi się również do zarzutów dotyczących niewystarczającego zabezpieczenia gospodarstwa. Jak mówi, rolnikom często zarzuca się, że mają zbyt mało przewodów w ogrodzeniu. Jego zdaniem takie wyjaśnienie nie obejmuje jednak wszystkich przypadków ataków.

- Często słyszę, że mam tylko dwa przewody, a powinienem mieć pięć, i dlatego wilk przedostaje się do stada. Tylko jak wyjaśnić sytuacje, w których wilki zagryzają cielę poza ogrodzeniem? – mówi rolnik.

Zdaniem rolnika potrzebna jest szersza rozmowa z udziałem gospodarzy, służb ochrony środowiska, Lasów Państwowych oraz przedstawicieli środowiska łowieckiego. Jak podkreśla, problem dotyczy nie tylko samego zezwolenia RDOŚ, ale również skuteczności systemu reagowania na ataki, szacowania szkód i wypłaty odszkodowań.

- Nie chodzi o to, żeby ignorować ochronę przyrody. Chodzi o to, żeby przepisy dało się zastosować w rzeczywistej sytuacji, kiedy wilk atakuje stado, a rolnik musi natychmiast chronić swoje zwierzęta – mówi Marcin Ciok.

Jacek Zarzecki: Ta decyzja pokazuje kompletny absurd systemu

Do sprawy odnosi się również Jacek Zarzecki, wiceprzewodniczący Platformy Zrównoważonej Wołowiny.

- Ta decyzja pokazuje kompletny absurd systemu. Rolnik dostaje zgodę na płoszenie wilka, ale obwarowaną takimi warunkami, jakby przygotowywał operację wojskową, a nie próbował ochronić własne zwierzęta. Obecna sytuacja wygląda w ten sposób, że wilk nocą podchodzi do stada. Rolnik musi reagować natychmiast. Tymczasem państwo mówi mu: urządzenia hukowego można użyć maksymalnie dwa razy, w odstępie trzydziestu minut. Czy ktoś naprawdę oczekuje, że wilk będzie respektował harmonogram ustalony przez urząd? – podkreśla Jacek Zarzecki. Dodaje, że według niego jeszcze bardziej kuriozalny jest obowiązek sprawdzenia przed podjęciem działania, czy na terenie nie występują inne gatunki chronione.

- Czyli rolnik ma wilka przy stadzie, ale najpierw powinien przeprowadzić oględziny przyrodnicze. Jeżeli zobaczy inne chronione zwierzę, ma wstrzymać działanie. A wilk w tym czasie ma poczekać z atakiem? Przecież to kretynizm – mówi bez ogródek Zarzecki. Podkreśla, że to kolejna sytuacja, która pokazuje coś znacznie poważniejszego.

- Resort klimatu i środowiska nie rozumie rolniczej rzeczywistości, której dotyczą podejmowane przez niego decyzje. Można świetnie znać przepisy dotyczące ochrony gatunków, ale jeżeli nie rozumie się, jak funkcjonuje gospodarstwo, stado i człowiek odpowiedzialny za zwierzęta, to później powstają właśnie takie dokumenty – mówi Zarzecki i podkreśla, że obowiązkiem rolnika jest dbanie o dobrostan i bezpieczeństwo bydła.

- Ale kiedy pojawia się drapieżnik, ten sam rolnik dostaje instrukcję, ile razy może odstraszać, w jakim odstępie i pod jakimi dodatkowymi warunkami. Nie można jedną ręką nakazywać rolnikowi chronić zwierząt, a drugą wiązać mu ręce, kiedy próbuje to robić. Dlatego trzeba wreszcie poważnie postawić pytanie, czy sprawy ochrony gatunkowej mające bezpośredni wpływ na produkcję rolniczą nie powinny znajdować się w kompetencji ministra rolnictwa albo przynajmniej wymagać jego realnego współdecydowania. Decyzji dotyczących gospodarstw nie można podejmować tak, jakby rolnictwo było tylko jednym z elementów krajobrazu. To są przedsiębiorstwa, zwierzęta, odpowiedzialność ludzi i ich pieniądze – mówi Zarzecki i zaznacza, że „z punktu widzenia rolników trudno dziś wskazać resort bardziej antyrolniczy niż Ministerstwo Klimatu i Środowiska”.

- I nie chodzi o samą ochronę przyrody, bo rolnicy sami ją chronią. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ochrona przyrody jest projektowana bez zrozumienia rolnictwa, a konsekwencje urzędniczych decyzji ponosi wyłącznie gospodarz. Wilk nie zna Kodeksu postępowania administracyjnego. Nie wie, że następna petarda przysługuje za trzydzieści minut. Nie interesuje go, któremu ministrowi podlega RDOŚ. To rolnik zostaje sam z wilkiem, stadem i odpowiedzialnością – dodaje Zarzecki i podkreśla, że uważa, że kompetencje muszą iść tam, gdzie jest również odpowiedzialność za skutki.

- Jeżeli decyzja bezpośrednio dotyczy produkcji zwierzęcej i bezpieczeństwa stada, minister rolnictwa nie może być w tej sprawie petentem resortu klimatu. Powinien być gospodarzem tych rozwiązań – mówi Zarzecki.

Marcin Możdżonek: Nie ma żadnej strategii wobec gatunków sprawiających kłopoty

W tej konkretnie sprawie ważny głos zabrał również Marcin Możdżonek, prezes Naczelnej Rady Łowieckiej Polskiego Związku Łowieckiego.

- Cała ta sytuacja pokazuje jak w soczewce, że resort środowiska ma priorytety rozłożone gdzie indziej niż dobro rolników. Procedura odstraszania wilka jest tak zagmatwana, że wręcz niewykonalna, a nawet jeśli jakimś cudem rolnik nie złamałby nieracjonalnych obostrzeń w niej zawartych, to szansa na powodzenie jest bliska zeru – zaznacza Marcin Możdżonek, który wcześniej wielokrotnie podkreślał, że rozmowy w resorcie klimatu, które są na styku rolnictwa i ochrony przyrody są nieefektywne, a wypracowanie wspólnych i mądrych zapisów, które zmienią prawo tak aby każda strona była zadowolona jest prawie niemożliwe. Pisaliśmy o tym TUTAJ.

- Trudno mi uwierzyć, że ktoś wpadł na taki pomysł, ktoś go zatwierdził, a kolejna osoba wdrożyła. Nie trzeba być hodowcą, przyrodnikiem, leśnikiem czy myśliwym, żeby stwierdzić absurd tych regulacji. Problem z gatunkami konfliktowymi, jak w tym przypadku wilk, pokazuje brutalną rzeczywistość, w jakiej żyjemy. Nasze państwo nie ma żadnej strategii wobec gatunków sprawiających kłopoty. Wajcha została przesunięta w skrajną stronę ochrony dzikich zwierząt za wszelką cenę. To droga donikąd. Rolnicy, hodowcy i społeczeństwo już traci, a na końcu ucierpi sama przyroda – podkreśla prezes NRŁ.

Sytuacja jest trudna do zrozumienia, ale również trudna do zmiany. Rolnicy od lat proszą o zmiany w prawie w zakresie gatunków chronionych, które wyrządzają szkody. Przepisy od lat są takie same, a znacząco zmienił się model hodowli, wymagania dobrostanowe, ale też wzrosła populacja wilka. W Polsce są miejscowości, w których wilki pojawiają się stale w gospodarstwach i nikt z tym nic nie robi, poza wypłatą odszkodowania, choć też nie zawsze. Czasami oprócz straty zwierzęcia, RDOŚ potrafi stwierdzić, że wilk zaatakował z winy rolnika – bo zostawił otwarte drzwi w oborze w gorącą letnią noc.

Dorota Kolasińska
Autor Artykułu:Dorota Kolasińska
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
30. sierpień 2026 08:01