Białogrzbiete w rasie zachowawczej
W gospodarstwie Joanny i Radosława Danilewiczów znajduje się największe w Polsce stado krów białogrzbietych w rasie zachowawczej: 100 matek i tyle samo młodzieży. Poza bydłem w skład gospodarstwa wchodzi 100 hektarów gruntów ornych oraz 200 hektarów użytków zielonych. Na pierwszych uprawiane są trawy, łubin i wyka, a na łąkach robione siano i sianokiszonka dla zwierząt. Mają kompletny park maszynowy łącznie z 4 ciągnikami.
Gospodarze są w sile wieku, ale czy zastanawiają się nad przyszłością swojego gospodarstwa? Ich 18-letni syn Wojtek wprawdzie jest im dużą pomocą, ale czy wiąże życiowe plany z rolnictwem? O tym rozmawialiśmy podczas nagrania reportażu w ich gospodarstwie, które znajduje się w wielkopolskim Radolinku pod Czarnkowem.
Danilewiczowie prowadzą gospodarstwo od 2005 roku. Gdy się poznali, on pracował w korporacji a ona w ZUS-ie. Choć początki nie były łatwe, czas pokazał, że dokonali słusznego wyboru przejmując gospodarstwo. Mają dwójkę dzieci: 19-letnią Zuzannę oraz 18-letniego Wojtka. Młode pokolenie zwyczajne jest pracować w gospodarstwie i już od kilku lat zastępuje rodziców pod ich nieobecność np. gdy wyjeżdżają na krótkie urlopy.
Dalsza część artykułu pod materiałem WIDEO:
Międzypokoleniowe tarcia
A jakie były początki? Już 80 lat temu dziadek Radosława Danilewicza – Szymon, miał w gospodarstwie bydło, trzodę chlewną, konie i kury, ale tylko krowy przetrwały próbę czasu.
- Przejąłem po rodzicach 12,5 hektara i ok. 30 sztuk bydła w 2005 roku. Rok później wzięliśmy ślub i zaczęliśmy powiększać gospodarstwo. W okresie przejściowym mieliśmy ok. 100 ha, 50 sztuk bydła i swoich pracowników. Nadszedł czas ugruntowania swojej pozycji, takiej walki międzypokoleniowej. Ojciec był świetnym facetem, bo może nie dał nam wielkiego majątku, ale nauczył pracy, sumienności, rozmowy z ludźmi, wprowadził w wiele tematów. Po 5 latach wspólnego gospodarowania doszło do sprzeczki, w której ustaliliśmy, że to jest moja ziemia, moi ludzie, moje zwierzęta. Po tygodniu podaliśmy sobie rękę i dalej szliśmy ramię w ramię. Żałuję, że ojca już nie ma, bo na pewno by nam pomagał – wspomina minione czasy pan Radek.
Chłopak lubi maszyny
Radosław Danilewicz twierdzi, że chłopaki bardziej garną się do gospodarstwa a to ze względu na używane w nim duże i głośne maszyny. Potwierdza to syn Wojtek:
- Ciągnikiem po podwórzu jeździłem pierwszy raz, gdy miałem 8 lat a pierwszą pracę wykonywałem, gdy miałem 11 - układałem na polu baloty, aby łatwiej je było zwozić. Praca sprzętem jest dla mnie ciekawa i bardziej mi leży niż zwierzęta.
Wojtek zdaje sobie sprawę z tego, że rolnictwo jest złożonym zajęciem, ale praca w gospodarstwie nie jest dla niego dużym wysiłkiem. Wręcz przeciwnie – lubi pracować i nie czuje ciężaru czy obowiązku wykonywanej pracy. - Dobrze się z tym czuję i wszystko, co jest tutaj do zrobienia, jest dla mnie w porządku. (…) Jest dużo pracy, ale są z niej też przyjemności i korzyści np. pieniężne. Poza tym jest tutaj cisza i spokój. Tak jak chcesz – tak masz.
Jego hobby to samochody, przy których sam majsterkuje i którymi jeździ na wyścigi. No i trudno się dziwić, bo po wakacjach czeka go ostatni rok nauki w szkole samochodowej. Na terenie gospodarstwa ma 8 samochodów, z których 4 są już przez niego wyremontowane i gotowe do jazdy.
Wspólne decyzje
Tego co potrafi, a potrafi wiele, nauczył się od ojca. W ich współpracy nie zawsze wszystko idzie gładko. Nieraz mają różne zdania np. na temat sposobu wykonania czegoś, ale jak mówi Wojtek „jakoś się dogadują i to jest chyba normalne”.
Jak postrzega fakt, że mają największe stado białogrzbietych w Polsce? Czy jest z tego dumny? - Jestem tego świadomy, ale nie widzę tego jako coś wyjątkowego, bo od małego były tutaj krowy i zawsze było ich dużo. A praca jest zawsze ta sama – czy jest ich 10 czy 100.
Wojtkowi nie obca jest praca przy zwierzętach: przy wycieleniach krów, kolczykowaniach cieląt, ważeniu, mierzeniu oraz przepędzaniu zwierząt na pastwiska, które wcześniej należy sprawdzić i ewentualnie naprawić.
Czy może sobie wyobrazić, że zostanie w przyszłości w tym gospodarstwie? - Przydałaby się jeszcze pomoc taty, ale wydaje mi się, że w przyszłości byłbym w stanie zająć się gospodarstwem. Nie całym od razu, ale stopniowo po kawałku. Inaczej byłoby ciężko, bo tego jest dużo. Na początku ważnym byłoby, aby wspólnie podejmować decyzje – mówi z przekonaniem Wojtek Danilewicz.
Przekazać gospodarstwo, ale kiedy?
Co musiałoby się wydarzyć, aby Wojtek mógł współgospodarzyć oficjalnie? - Na pewno będzie musiał wejść w proces decyzyjny w gospodarstwie. Jak już zacznie podejmować decyzje, brać za nie odpowiedzialność i przyłoży się tak po dorosłemu do tego, to wtedy będziemy myśleć konkretnie, jak to przeprowadzić. Na pewno będzie musiał przejść okres przejściowy – mówi Radosław Danilewicz.
Międzypokoleniowe tarcie, jakie miało miejsce pomiędzy panem Radosławem a jego ojcem, w aktualnej sytuacji z Wojtkiem jeszcze nie nastąpiło. - Ja cały czas powtarzam, że jak syn udowodni i pokaże, że potrafi, to ja bardzo chętnie dam się zdetronizować. Bardzo chętnie wezmę tobołek na plecy i pojadę na Bahamy… tylko musi pokazać, że nie zmarnuje naszej pracy – przyznaje pan Radek.
Zdaniem gospodarzy odpowiedni moment na przekazanie gospodarstwa to ten, gdy młode pokolenie wie, że chce to robić, czyli kontynuować pracę pokolenia przekazującego gospodarstwo. Przy czym pojęcie „wie” nie oznacza tylko powiedzenie tego, ale przede wszystkim pokazanie pomysłu na przejęcie, jak i pokazanie chęci i gotowości zrobienia tego kroku.
Dziewczyny w rolnictwie
Córka Zuzanna ukończyła liceum i zaocznie szkołę rolniczą, ale na razie chce wykazać się w innej dziedzinie zawodowej.
- Daliśmy jej tę możliwość, bo nie chcemy nic robić na siłę. Ale może dojdzie do tego etapu, że będzie chciała zająć się rolnictwem. Dajemy jej czas. Ona musi podjąć tę decyzję sama. Zarówno córka, jak i syn będą mieć kiedyś swoją drugą połówkę i o swojej drodze muszą razem zadecydować, a życie to zweryfikuje – twierdzi Joanna Danilewicz a jej mąż dodaje: - Ta druga połówka musi też być na okresie próbnym, bo znamy sytuację, gdzie poszło o gospodarstwo. Syn z ojcem świetnie się dogadywał, przepisał mu gospodarstwo a teraz nie ma gdzie mieszkać, bo przyszła synowa i stwierdziła, że on tutaj nie jest potrzebny.
Joanna i Radosław chcą dać dzieciom ok. 10 lat na zastanowienie się a potem? Potem będą chcieli wiedzieć na czym stoją: czy gospodarstwo zostaje w rękach rodzinnych, czy może... trzeba będzie się go pozbyć.
