Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90., kiedy ojciec obecnej właścicielki kupił 75 hektarów ziemi po SKR w okolicy Krotoszyna, a dokładniej w Konarzewie.
– Tacie od początku marzyło się, że w tym miejscu będzie stała obora – wspomina hodowczyni Alina Kaczała-Szymczak. W tamtym czasie ok. 70 krów na łańcuchach utrzymywanych było w kilku budynkach, 500 metrów od rynku w Krotoszynie, gdzie nie było już możliwości rozwoju gospodarstwa. Przełom nastąpił w 2003 roku. Wtedy w Konarzewie powstała nowa obora wolnostanowiskowa i formalnie przekazano część gospodarstwa młodemu pokoleniu.
– Zaczynaliśmy od 30 krów i 30 hektarów. Część ziemi i zwierząt przekazali mi rodzice, resztę dokupiliśmy. Rok później wzięliśmy ślub – opowiada gospodyni. Jej mąż Tomasz, choć z wykształcenia elektryk, szybko odnalazł się w rolnictwie. Naturalnie podzielili obowiązki: ona zajęła się stadem, on produkcją roślinną. – Mogę przy krowach robić wszystko, a mąż najlepiej czuje się w polu. I tak to działa do dziś – mówi właścicielka.
Rodzina jako fundament
Gospodarstwo, choć formalnie przekazane młodszemu pokoleniu, w praktyce wciąż opiera się na współpracy całej rodziny. Ojciec właścicielki codziennie pojawia się w oborze, aktywnie uczestnicząc w jej funkcjonowaniu.
– To jest nadal nasze wspólne gospodarstwo. Mój tata jest tu codziennie, zna każde zwierzę, wszystko zauważy – podkreśla hodowczyni. To właśnie wsparcie rodziny pozwoliło na stopniowy rozwój i podejmowanie kolejnych inwestycji. Przez lata rytm dnia wyznaczała hala udojowa. Sam dój zajmował właścicielce nawet 9 godzin dziennie.
– W 2024 r. uruchomiliśmy zupełnie nową oborę, naprzeciwko starych budynków, po drugiej stronie drogi. Zdecydowaliśmy się wtedy na 5 robotów udojowych firmy Lely, a ok. 2 miesięcy temu wstawiliśmy szóstego robota, by jeszcze bardziej usprawnić dój – opowiada rolniczka. Wprowadzenie robotów udojowych całkowicie odmieniło pracę przy zwierzętach. Dziś obsługa całej obory zajmuje ok. 2 godzin dziennie.
Poukładana produkcja
Aktualnie gospodarstwo liczy ok. 330 krów, z czego 280 jest w doju (śr. wydajność dzienna to 45 l na krowę), mleko z gospodarstwa skupowane jest do Danone. Co istotne – całe stado zostało wyhodowane na miejscu.
– Nie kupiliśmy ani jednej sztuki do nowej obory. Wszystkie krowy i jałówki pochodzą z naszego gospodarstwa, część z nich jest również sprzedawana do dalszej hodowli – podkreśla hodowczyni. To efekt wieloletniej pracy hodowlanej i konsekwentnego podejścia do rozrodu. Gospodarze wypracowali także własne rozwiązania organizacyjne. Stado utrzymywane jest bez podziału na grupy żywieniowe, co – jak pokazuje praktyka – ogranicza stres zwierząt i stabilizuje produkcję. Nietypowym rozwiązaniem w produkcji mlecznej jest także naturalne krycie jałówek.
– Dla mnie najważniejsze jest to, że dzięki temu sposobowi krycia mam pewność, że wszystkie sztuki są cielne – tłumaczy hodowczyni. Jednocześnie dobór buhajów odbywa się pod kontrolą doradców, aby utrzymać odpowiedni poziom genetyczny. Produkcja roślinna jest ściśle powiązana z potrzebami stada. Dominują kukurydza i zboża, a kluczowym celem jest zabezpieczenie odpowiedniej ilości kiszonki.
W nowym budynku oprócz automatycznego systemu doju, wszystko inne również działa w automacie – robot do podgarniania, robot do czyszczenia rusztów, kurtyny i wentylacja.
– Od niedawna testujemy także jako jedno z dwóch gospodarstw w Polsce system automatycznego zraszania krów w robotach. Jesteśmy bardzo zadowoleni z jego użytkowania, bo niższy stres cieplny zapobiega spadkowi wydajności – mówi właścicielka. W gospodarstwie bardzo dużą wagę przywiązuje się również do profilaktyki zdrowotnej, stado zabezpieczone jest szczepieniami przed wszystkimi najważniejszymi chorobami zakaźnymi. Podstawą produkcji jest również dobrze zorganizowany odchów cieląt, rozpoczynający się od odpajania każdego noworodka siarą, poprzez indywidualny odchów w budkach. Kluczem dobrego startu jest odpowiedniej wielkości porodówka na słomie z separatką dla cieląt.
Wyzwania i rozwój
W gospodarstwie dorastają trzy córki. Choć już dziś pomagają i coraz lepiej odnajdują się w pracy przy zwierzętach, rodzice nie narzucają im przyszłości.
– Na pewno w starym systemie doju nie chciałabym nawet, żeby zostały w gospodarstwie przy takim trybie pracy. Nie naciskamy, każda sama zdecyduje, co będzie dalej robić. Najstarsza córka chętnie zajmuje się programami do zarządzania stadem – mówi z uśmiechem gospodyni. Nowoczesne warunki pracy sprawiają, że rolnictwo może być dla młodego pokolenia znacznie atrakcyjniejsze niż jeszcze kilkanaście lat temu.
Mimo nowoczesności i wysokiej wydajności gospodarstwo, jak wiele innych, zmaga się z trudną sytuacją rynkową. Niskie ceny mleka i rosnące koszty produkcji sprawiają, że opłacalność znajduje się na granicy.
– Nie liczymy nawet strat, bo to nic nie zmieni. Trzeba po prostu robić swoje – przyznaje gospodyni. Właśnie dlatego właściciele nie planują już dalszego powiększania stada. Zamiast tego skupiają się na stabilizacji produkcji.
Ten artykuł pochodzi z wydania 6/2026
czytaj więcej
