Dziś gospodarstwo Tomasza Orłowskiego kojarzy się przede wszystkim z hodowlą trzody chlewnej, ale nie zawsze tak było. Wcześniej funkcjonowało w bardziej tradycyjnym układzie, tzn. była i hodowla bydła, i trzoda, a nawet konie, które, jak sam przyznaje, były jego pasją. Z czasem jednak rzeczywistość zaczęła wymuszać wybory.
– Punktem zwrotnym okazał się ASF – wynikające z niego wymogi bioasekuracji sprawiły, że nie dało się już prowadzić wszystkiego równolegle tak jak dawniej. Gospodarstwo trzeba było podporządkować jednemu kierunkowi, tj. produkcji trzody – wspomina Orłowski. Pojawiły się ogrodzenia, zabezpieczenia, ścisłe zasady wjazdu, przechowywania słomy i organizacji całego obejścia. To nie była kosmetyczna zmiana, lecz gruntowna przebudowa sposobu myślenia o produkcji.
W odpowiednim momencie
Świnia puławska pojawiła się w gospodarstwie ok. 2014 roku. Dwa lata później Orłowski przejął gospodarstwo w całości od rodziców i od tego momentu to on zaczął odpowiadać za kierunek dalszego rozwoju hodowli.
– Była to decyzja ekonomiczna. Puławska dawała konkretne możliwości: dopłaty do rasy zachowawczej do macior i knurów (1335 zł/szt./rok), wyższą cenę sprzedaży (ok. 15% od ceny z GUS) i szansę na lepsze utrzymanie produkcji w trudnych realiach rynku – mówi hodowca.
Nie ukrywa, że to właśnie połączenie praktycznej kalkulacji i zaufania do osób, które namawiały do tej drogi, sprawiło, że zdecydował się wejść w ten system na poważnie. Aktualnie ceny loszek mogą wynosić ok. 1100 zł, natomiast jeżeli ktoś chciałby rozpocząć produkcję, mógłby mieć problem z przemieszczeniem z powodu ASF.
Nie tylko dopłata dobrostanowa
Wiele osób patrzy na świnię puławską przez pryzmat dopłat. W przypadku Orłowskiego to ważny element, ale nie jedyny. Hodowca mówi o tej rasie wprost: bez dodatkowego wsparcia finansowego utrzymanie produkcji byłoby dziś znacznie trudniejsze. Jednocześnie puławska daje coś więcej niż samą dopłatę.
– To rasa, która pozwala skorzystać z kilku filarów jednocześnie: wsparcia do ras zachowawczych, dobrostanu i wyższej ceny w określonym systemie sprzedaży do sieci Auchan, co daje szansę na utrzymanie opłacalności – podkreśla.
W pewnym momencie stado liczyło nawet 95 loch. Później, po przeliczeniu powierzchni i wejściu w system dobrostanowy, liczba ta została zmniejszona do ok. 80 macior. Taka liczba pozwala na odstawę ok. 60 tuczników miesięcznie przy sprzedaży w 7. miesiącu życia (rocznie ok. 700 tuczników).
Aklimatyzacja puławskiej w gospodarstwie
– Rasa ta bardzo źle znosi pierwszy okres aklimatyzacji. Loszki przywożone z zewnątrz są bardziej podatne na stres, dają słabsze i mniej wyrównane mioty, a ich wejście w rytm produkcji wymaga czasu i cierpliwości. Najważniejsze to przetrwać początkowe problemy – wyjaśnia Orłowski.
To doświadczenie, jak podkreśla, powtarza się w wielu stadach, choć wciąż jest zbyt słabo opisane i zbadane. W praktyce oznacza to, że hodowca, który zaczyna przygodę z puławską, nie powinien zbyt szybko się zniechęcać. Pierwsze dwa lata bywają trudne, bywało, że z 10 urodzonych prosiąt odchowywano 7–8 szt. Dopiero później, gdy w stadzie pojawia się własny materiał hodowlany, wyniki zaczynają się wyrównywać i pojawiają się nawet mioty po 15 prosiąt. Aktualnie żywo urodzonych prosiąt jest średnio 10,8, natomiast odsadzonych 9,4 szt.
Najlepsze parametry użytkowe lochy osiągają zwykle między trzecim a szóstym miotem. Wtedy widać już stabilizację. Własne loszki odchowane w tym samym gospodarstwie dają bardziej przewidywalne wyniki, lepiej odnajdują się w warunkach utrzymania i łatwiej budują powtarzalność produkcji. Krycie jest w 100% naturalnie przez 4 knury.
– Na tle ras białych świnia puławska wypada bardzo dobrze pod względem zdrowotnym. W moim gospodarstwie znacznie rzadziej pojawiają się problemy, zwłaszcza po oprosieniach, np. zapalenia wymienia, z którymi w przypadku ras intensywnych trzeba było walczyć zdecydowanie częściej – zaznacza. Przy puławskiej takie sytuacje oczywiście mogą się zdarzyć, ale są sporadyczne. To ważna różnica, bo zdrowotność stada przekłada się nie tylko na wyniki produkcyjne, tj. przyrosty na poziomie 600–700 g/dzień i mięsność 54–56%, lecz także na komfort pracy.
W grupach i bez GMO
Jednym z ciekawszych rozwiązań stosowanych w gospodarstwie jest grupowy odchów prosiąt przy maciorach.
– Prosięta po pierwszym tygodniu w kojcu porodowym i znakowaniu mogą swobodnie przemieszczać się pomiędzy maciorami. W takim układzie szybciej uczą się pobierać paszę i wodę, są bardziej wyrównane i lepiej odnajdują się w stadzie – wyjaśnia. Istotne jest też zachowanie samych macior, które w tym systemie dobrze odgrywają rolę opiekuńczą.
Z powodu wymagań odbiorcy świń (Auchan) żywienie u wszystkich hodowców odbywa się bez GMO i antybiotyków.
– Jeżeli zwierzę wymaga leczenia antybiotykiem, jest oznaczane i nie trafia do sprzedaży w tym systemie. Taka świnia kierowana jest na inny rynek – mówi hodowca. W codziennej praktyce duże znaczenie mają więc działania profilaktyczne i naturalne wsparcie organizmu zwierząt. Hodowca mówi o stosowaniu takich rozwiązań, jak czosnek, oregano czy witamina C, szczególnie w sytuacjach podwyższonego ryzyka, np. przy stresie cieplnym lub zwiększonej presji infekcyjnej w okolicy.
Podstawę stanowią własne zboża, a jako źródło białka wykorzystywana jest również mączka z bobiku 60% o zawartości białka i 3% włókna, która zastępuje soję GMO. Dla hodowcy to rozwiązanie nie tylko funkcjonalne, ale i logiczne: skoro i tak trzeba produkować bez GMO, lepiej opierać się na surowcach krajowych, które te świnie dobrze wykorzystują.
– Taki układ, tj. produkcja bez GMO i antybiotyków to obopólna korzyść dla mnie jako hodowcy, jak i sprzedającego mięso. Mamy lepszą cenę, a w zamian produkujemy produkt premium – podsumowuje Orłowski.
Ten artykuł pochodzi z wydania top świnie 08/2026
czytaj więcej
