W Waszulkach nie trzeba jechać do miasta, żeby spotkać się z sąsiadami, poćwiczyć jogę czy wspólnie zorganizować wydarzenie. Wystarczy założyć klapki i pójść do świetlicy. Za takimi inicjatywami stoi Anna Lewikowska, sołtyska od 15 lat, liderka społeczna i założycielka Spółdzielni Socjalnej „Sposób na Życie”. Jej zdaniem wieś nie jest miejscem, w którym możliwości się kończą. Przeciwnie — to właśnie bliskie relacje dają jej największą siłę.
Z gospodarstwa wyniosła pracowitość
Anna Lewikowska dorastała w gospodarstwie rolnym. Jej rodzice prowadzili około 30-hektarowe gospodarstwo, w którym hodowali krowy mleczne, bydło, konie, trzodę chlewną i drób. Szczególne zamiłowanie do ptactwa miała mama Anny, która trzymała kaczki, gęsi, kury i perliczki. W domu wychowywała się czwórka rodzeństwa, a obowiązki były częścią codzienności każdego z nich.
– Odkąd pamiętam, od małego wszyscy pracowaliśmy w gospodarstwie. Mieliśmy takie same obowiązki, nieważne, czy miałam osiem, czy dziewięć lat. Chodziłam do pielenia, dojenia krów i wszystkich innych zajęć, także w weekendy – wspomina.
Rodzina mieszkała z dala od sąsiadów. Dzieci mogły liczyć przede wszystkim na siebie nawzajem. Rano trzeba było samodzielnie przygotować się do szkoły, odgrzać zupę, zrobić kanapki i wsiąść na rower. Nie wszystko było dostępne, ale – jak podkreśla Anna – nie miała poczucia, że czegoś jej brakuje. To dzieciństwo nauczyło ją odpowiedzialności i samodzielności. Do dziś potrafi nie tylko zorganizować ludzi wokół wspólnego pomysłu, lecz także zakasać rękawy i zabrać się do pracy. Gotowanie i pieczenie wyniosła z domu, podobnie jak praktyczne umiejętności, które przydają się na co dzień. – Często dostaję pytanie, skąd mam tyle energii. Myślę, że ukształtowały mnie właśnie dzieciństwo i dyscyplina, która panowała w domu. Ale bardzo dużo energii dają mi też ludzie. Kiedy widzę uśmiech i to, że komuś dobrze się dzieje, sama dostaję pozytywnego napędu – mówi.
Najpierw obowiązki, potem harcerstwo
Choć pochodzi z rolniczej rodziny i ukończyła szkołę rolniczą, jej zawodowe zainteresowania poszły w innym kierunku. Z wykształcenia jest również celnikiem i logistykiem. Od najmłodszych lat marzyła o pracy w mundurze. Ważnym etapem było dla niej harcerstwo, do którego dołączyła jako dziewięciolatka. Mama postawiła jednak jasny warunek: najpierw praca w gospodarstwie, potem zbiórka. Anna nie traktowała tego jako przeszkody. Robiła, co trzeba, żeby zdążyć na spotkania. Z czasem przeszła kolejne szczeble harcerskiej działalności, prowadziła własną drużynę i została zastępczynią komendanta.
Później zaangażowała się w wolontariat Polskiego Czerwonego Krzyża. Pracowała również jako referent. Plany związane ze służbą w mundurze musiała zweryfikować sytuacja życiowa i zdrowotna. Przyszłość ułożyła się inaczej, niż zakładała, ale umiejętności zdobyte w harcerstwie i podczas pracy społecznej nie poszły na marne. W 2011 roku została sołtyską Waszulek. Miała 26 lat i była wówczas najmłodszą sołtyską w gminie Nidzica.
„Zamieszkamy tu, gdzie będą dorastały nasze dzieci”
Nie planowała kariery samorządowej. Do startu w wyborach zachęcili ją mieszkańcy, którzy pamiętali jej mamę – wcześniej sołtyskę przez kilka kadencji. W pewnym momencie pojawiła się okazja, by ktoś nowy przejął odpowiedzialność za wieś. Anna i jej mąż Krzysztof budowali wtedy dom w Waszulkach. Mieli już syna i córkę Julię. Myślała o tym, w jakim miejscu będą dorastały ich dzieci i czego będą mogły doświadczać poza własnym podwórkiem.
– Wróciłam do domu i mówię do Krzysia: „Słuchaj, będą wybory na sołtysa. Może bym wystartowała?”. Pomyślałam, że mieszkamy we wsi, w której nasze dzieci będą spędzały czas, a nie było tu ani placu zabaw, ani takiej wspólnej przestrzeni. Chciałam, żebyśmy zrobili coś również dla nich – opowiada.
Wystartowała i wygrała. Tak zaczęło się 15 lat pracy, w której nie chodziło jedynie o sprawy urzędowe. Anna chciała, żeby mieszkańcy mieli gdzie się spotykać, wspólnie działać i czuć, że wieś jest także ich przestrzenią. Początki nie zawsze były łatwe. W miejscowości pojawiały się nowe domy, a wraz z nimi nowi mieszkańcy. Trzeba było połączyć różne środowiska i odbudować zaufanie. Jak przyznaje Anna, zażegnanie części dawnych sporów zajęło jej około ośmiu lat.
– Ludziom trzeba pokazać, że mogą ci zaufać. A jak to zrobić? Pracą. Pokazaniem, że wszystko, co chcę stworzyć, ma służyć im i tylko im – podkreśla.
Zobacz także: Z telewizyjnego studia prosto do obory. Dziennikarka pokazuje, jak wygląda praca w gospodarstwie
Wspólny ogród, plac zabaw i drzewa z historią
Jedną z pierwszych inicjatyw skierowanych do kobiet był projekt „Aranżerki”, na który grupa otrzymała grant z SEN Stowarzyszenia Edukacji Nieformalnej. Anna zebrała mieszkanki w różnym wieku i zachęciła je do wspólnego działania. Chciała, żeby projekt pozostawił po sobie coś trwałego.
Na wjeździe do Waszulek powstał skwerek z kwiatami i hortensjami. Wcześniej nie było tam podobnej aranżacji. Mieszkanki nie tylko wspólnie sadziły rośliny, ale też uczyły się, jak planować własne ogrody. Zaproszona projektantka pokazywała im, jak dobierać nasadzenia, by rośliny kwitły w różnych porach roku i tworzyły przemyślaną kompozycję.
– Dziewczyny do dziś wspominają, że to właśnie wtedy zaczęły inaczej patrzeć na swoje ogródki inaczej, dogłębniej. Nie chodziło już o to, żeby posadzić coś gdzie popadnie, ale żeby wszystko miało swój pomysł – opowiada sołtyska.
Wspólne działania przeniosły się również nad staw. W 2018 roku mieszkanki zaadaptowały tam przestrzeń i urządziły miejsce na ognisko. Później powstał Park Waszulkowski, w którym posadzono drzewa przypisane do dat urodzenia uczestniczek. Pomysł nawiązywał do horoskopu drzew. Nie wszystkie nasadzenia przetrwały, bo teren ucierpiał, gdy staw wylał, ale część drzew nadal rośnie. To nie są dla mieszkańców przypadkowe rośliny. Każde ma swoją historię i przypomina o osobach, które uczestniczyły w tworzeniu tego miejsca.
Zapraszamy do obejrzenia reportażu:
– Kiedy przyjeżdżają goście, dziewczyny zabierają ich na spacer. Pokazują: tu posadziłyśmy to drzewo, a tu robiłyśmy coś innego. I opowiadają o naszej wsi. To wszystko nie wzięło się z przypadku. To jesteśmy my – mówi Anna.
Z funduszu sołeckiego powstał również plac zabaw. Chodziło o to, by dzieci miały miejsce do wspólnej zabawy, a rodzice i dziadkowie okazję do spotkań. Bo, jak przekonuje sołtyska, własny ogródek to nie wszystko. Ważna jest przestrzeń, którą mieszkańcy mogą dzielić.
Zobacz także: Skończyła ekonomię, wybrała pole. Dziś ma 3 ha warzyw, 250 kur i własnych klientów
Do świetlicy w klapkach, nawet po pracy
Jednym z najważniejszych miejsc na mapie Waszulek stała się świetlica zbudowana dzięki zaangażowaniu mieszkańców wsi i będąca sercem tego miejsca. Zamiast opłacać ekipy remontowe, mieszkańcy sami wykonywali prace wykończeniowe i porządkowe. To tam spotykają się mieszkanki, które wspólnie ćwiczą jogę. Zaczęło się od projektu obejmującego osiem zajęć z instruktorką przyjeżdżającą z Olsztynka. Później okazało się, że grupa nie chce kończyć spotkań. Dziś joga odbywa się w każdą środę. Uczestniczki świętują kolejne rocznice wspólnych ćwiczeń, a zajęcia stały się stałym elementem ich tygodnia. Początkowo trudno było znaleźć czas – większość kobiet pracuje zawodowo, ma rodziny i codzienne obowiązki. Z czasem nauczyły się jednak planować spotkania tak, by jak najwięcej osób mogło w nich uczestniczyć.
– Dziewczyny mówią, że nie chciałoby im się jechać do Nidzicy. Trzeba by się ubrać, przygotować, dojechać. A tutaj po prostu smażą kotlety, zarzucają coś na siebie i o dziewiętnastej lecą w klapkach do świetlicy – śmieje się Anna.
Grupa jest niewielka, bo pomieszczenie nie pozwala na przyjęcie wielu kolejnych osób. Kiedy jest ciepło, kobiety ćwiczą również na podwórkach i zapraszają do wspólnych aktywności dzieci. Spotkania przestały być tylko sposobem na spędzenie wolnego czasu. Mieszkanki wspierają się w codziennych trudnościach, rozmawiają o pracy i rodzinie. Anna opowiada, że dwie kobiety zdecydowały się zmienić zatrudnienie po tym, jak grupa zachęciła je do odejścia z miejsc, w których doświadczały złego traktowania.
– Czasem ktoś tkwi w jednej pracy dziesięć lat i mówi, że nie ma dokąd pójść. A my widzimy, że gaśnie w oczach. Rozmawiamy, wspieramy i zachęcamy, żeby spróbować czegoś innego. Teraz te dziewczyny są przeszczęśliwe – mówi. Mieszkanki wspólnie założyły koło gospodyń wiejskich i wymyśliły również nazwę swojej grupy: Koło Gospodyń Wiejskich „OAZA WASZULKI”. Jak tłumaczą, ma odzwierciedlać to, co znalazły w Waszulkach – miejsce wsparcia, spotkań i działania bez niepotrzebnych konfliktów.
Festyn nie musi być mały
Wspólne przedsięwzięcia mieszkańców widać również podczas wiejskich festynów. Zaczynali skromnie, od niewielkiej przyczepki, ale z każdym rokiem wydarzenia się rozwijały. Z czasem pojawiła się naczepa, a później również koncert z udziałem Jarosława Chojnackiego. Anna chciała pokazać, że wieś może być miejscem spotkań z kulturą, a mieszkańcy nie muszą jechać do miasta, żeby uczestniczyć w większym wydarzeniu. W organizacji koncertu pomógł Nidzicki Ośrodek Kultury, który udostępnił scenę. Mieszkańcy sami przywieźli ją ciągnikiem i rozstawili.
– Jeśli proszę zaprzyjaźnione organizacje czy instytucje o pomoc, staram się też coś dać od siebie. Nie chodzi o to, żeby ktoś wszystko za nas zrobił. Pożyczyli nam scenę, więc sami ją przyciągnęliśmy i rozstawiliśmy. Dzięki temu łatwiej nam współpracować – wyjaśnia.
W 2018 roku Waszulki zajęły pierwsze miejsce w województwie warmińsko-mazurskim w konkursie „Czysta i Piękna Wieś – Estetyczna Zagroda”, organizowanym przez Związek Gmin Warmińsko-Mazurskich. Dla Anny ważniejsze od samego wyróżnienia jest jednak to, co zostało po konkursie. Mieszkańcy zaczęli dbać o swoje posesje i robią to do dziś. Wspólna praca sprawiła też, że teren przy świetlicy i ogrodzie przestał być postrzegany jako oddzielny plac.
– Kiedy po festynie następnego dnia idziemy sprzątać, siadamy potem przy ognisku i chodzimy po trawie. Każdy czuje się tak, jakby to było przedłużenie jego własnego podwórka – opowiada.
Znalazła miejsce nawet tam, gdzie nie było gruntu
Sołectwo Waszulki obejmuje nie tylko samą wieś, ale także oddalone o około sześć kilometrów Robaczewo oraz Kolonię Waszulki. Łącznie mieszka tu ponad 400 osób. Anna musiała więc szukać rozwiązań dla miejsc o różnej historii i potrzebach. Szczególnie wymagające okazało się Robaczewo, gdzie znajdują się bloki i zabudowania związane z dawnym państwowym gospodarstwem rolnym. Kiedy została sołtyską, mieszkańcy nie mieli do dyspozycji wspólnej przestrzeni, którą można byłoby przeznaczyć na miejsce spotkań czy zabawę dla dzieci. Problemem był nawet brak odpowiedniego gruntu należącego do gminy. Anna nie uznała tego za powód do rezygnacji. Znalazła niewielki ogródek, ustaliła, kto jest jego właścicielem, i przez pół roku przekonywała go do wydzierżawienia terenu. Następnie poszła z pomysłem do gminy.
– Pomyślałam, że trzeba znaleźć choć kawałek gruntu. Nie mieliśmy nawet centymetra gminnego terenu, ale przecież musiało być jakieś rozwiązanie – wspomina.
Gdy udało się załatwić dzierżawę, rozpoczęło się urządzanie miejsca. Nie było pieniędzy na gotową infrastrukturę, więc Anna szukała materiałów i pomocy. Nadleśnictwo przekazało drewno, które mieszkańcy przygotowali do wykorzystania. Zbudowali huśtawkę, wigwam, zamontowali pozyskany od lokalnego stowarzyszenia kosz do koszykówki, odnowili ogrodzenie i postawili wiatę przystankową. W konkursie „Czysta i Piękna Wieś – estetyczna zagroda” w kategorii wsi popegeerowskich zajęli wtedy dziewiąte miejsce w województwie. Dziś teren ma już inny status – gmina wykupiła grunt, powstał legalny plac zabaw, a obok urządzono niewielki ogród społeczny i altankę. Z funduszu sołeckiego zamontowano również lampy, na które mieszkańcy czekali od lat.Anna podkreśla, że fundusz sołecki zawsze planuje wspólnie z mieszkańcami. Najpierw organizuje spotkanie w Robaczewie, dopiero potem rozmawia z mieszkańcami Waszulek. Nie chce, by o wydatkach decydowali tylko ci, którzy mieszkają bliżej głównej części sołectwa.
– Każdą złotówkę oglądamy. Jeśli coś kupujemy, ma być praktyczne i przydatne. Nie mogę powiedzieć ludziom z Robaczewa, że mają sobie dojechać na zebranie do Waszulek i tam dowiedzieć się, co dla nich zaplanowałam. To byłoby niesprawiedliwe – zaznacza.
Wieś potrzebuje liderów, nie narzekania
Aktywność Anny nie kończy się na funkcji sołtyski. Jest prezeską stowarzyszenia,,Robimy bo chcemy”, działa również w lokalnej grupie działania „Brama Mazurskiej Krainy” i od lat angażuje się w rozwój przedsiębiorczości społecznej. Założyła Spółdzielnię Socjalną „Sposób na Życie”, w ramach której szkoli i aktywizuje osoby chcące wrócić na rynek pracy. Jej zdaniem nie każdy musi mieć pieniądze na wynajęcie lokalu czy uruchomienie tradycyjnej firmy. Czasem wystarczy wykorzystać umiejętności, które już się ma, i zacząć działać w miejscu zamieszkania.
Sama przez dziesięć lat zajmowała się florystyką. Tworzyła bukiety ślubne i dekorowała kościoły, pracując we własnym garażu. Wie więc z doświadczenia, że brak dużego zaplecza nie musi przekreślać pomysłu. – Chodzi o to, żeby człowiek mógł wykorzystać swój potencjał i stworzyć sobie sposób na życie, a przy okazji miejsce pracy. Ktoś umie szyć, ktoś jest stolarzem, ktoś fryzjerką, ale nie stać go na lokal. Może zacząć od tego, co ma i potrafi – tłumaczy. Przez osiem lat pracowała również w Ośrodku Wsparcia Ekonomii Społecznej, gdzie pomagała tworzyć przedsiębiorstwa społeczne i spółdzielnie socjalne. W takich przedsięwzięciach najważniejsze jest dla niej nie maksymalizowanie zysku, ale stworzenie możliwości zarobkowania i pracy na miejscu.
Młodzi też mogą zmieniać wieś
Anna nie chce, by lokalna aktywność kończyła się na pokoleniu dorosłych. Dlatego wraz ze stowarzyszeniem zorganizowała projekt „Waszulkowa Strefa Młodzieży”. Przez pół roku młodzi ludzie z sołectwa i innych części gminy uczestniczyli w szkoleniach na społecznych instruktorów młodzieżowych. Celem było pokazanie im, że nie muszą czekać, aż ktoś zorganizuje dla nich czas. Mogą sami wymyślać inicjatywy, angażować rówieśników i tworzyć przestrzeń, w której dobrze się czują. Młodzież samodzielnie przygotowała zabawy andrzejkowe dla najmłodszych, a później spotkanie dla swoich rówieśników z grami i aktywnościami integracyjnymi. Pojawiły się też kolejne niewielkie pomysły. Obecnie młodzi mogą uczestniczyć w zajęciach w ramach projektu „Mazurska Akademia Lokalnej odporności”. Zaplanowano m.in. wyjazd na strzelnicę, zajęcia survivalowe w lesie i warsztaty poświęcone zagadnieniom pożarniczym. Ważną częścią programu jest również przygotowanie do radzenia sobie z zagrożeniami cyfrowymi, rozpoznawania fałszywych informacji i trudnościami w relacjach rówieśniczych.
– Chcemy pobudzić w młodzieży wolontariat i tworzenie pomysłów. Pokazać im, jak mogą odnaleźć się na wsi, w swoim małym miejscu, i jak mogą stworzyć tu własną przestrzeń. Chcemy ich motywować, działać i wierzyć w nich – mówi Anna.
„Wieś to nie jest zamknięta przestrzeń”
W 2025 roku mieszkanki Waszulek zgłosiły Annę do ogólnopolskiego konkursu dla sołtysów. Sama od dawna znała tę inicjatywę, ale – jak przyznaje – nie mówiła nikomu, że marzy o takim wyróżnieniu. Koleżanki z grupy jogowej zaskoczyły ją informacją o zgłoszeniu zaledwie dwa dni przed koniecznością podpisania zgody. W konkursie trzeba było przedstawić konkretne działania, inwestycje i rozwój samego lidera. Anna mogła opowiedzieć o wielu latach pracy: od wspólnych nasadzeń i placów zabaw po inicjatywy dla kobiet, młodzieży i osób wracających na rynek pracy. To mieszkanki, które na co dzień uczestniczą w tych działaniach, uznały, że warto ją zgłosić. Dla sołtyski najważniejsze pozostaje jednak to, co dzieje się między ludźmi. Nie uważa, że na wsi wszystko przychodzi łatwo. Trzeba znać procedury, śledzić uchwały, rozumieć dokumenty i tłumaczyć je mieszkańcom. Często dzwonią do niej z pytaniami o plan ogólny gminy czy sprawy, które trudno samodzielnie rozszyfrować w urzędowych materiałach. – Sołtys musi wiedzieć, z czego może skorzystać, a z czego nie. Musi obserwować, co się dzieje, znać procedury i umieć wyjaśnić mieszkańcom, co oznaczają konkretne zmiany. Nie mogę po prostu powiedzieć: idźcie do gminy i się dowiedzcie – mówi.
Przez trzy kadencje przewodniczy również konwentowi sołtysów w gminie Nidzica. Innym osobom pełniącym funkcję sołtysa powtarza, żeby nie tracili wiary w ludzi, ale też sami dawali przykład i inicjatywę. Jej zdaniem największym potencjałem polskiej wsi są relacje. W mieście można mieszkać drzwi w drzwi z sąsiadem i go nie znać. Na wsi łatwiej wyjść na zewnątrz, spotkać się przy ognisku, porozmawiać i przy okazji wymyślić coś wspólnego. – Nie zgadzam się z myśleniem, że wieś jest zamkniętą przestrzenią i nie ma tu możliwości. Widzę ogromny potencjał. Mamy relacje, możemy się spotkać, porozmawiać, a przy okazji rodzą się pomysły. Może nie mamy ławki, to ją zrobimy. Może trzeba coś zorganizować dzieciakom – wylicza.
Anna Lewikowska nie twierdzi, że każda inicjatywa musi od razu porwać całą wieś. Przeciwnie: najczęściej zaczyna się od kilku osób. Potem ktoś zobaczy, dołączy, zapyta o kolejne spotkanie. Tak, krok po kroku, powstaje wspólnota. A kiedy w środę zbliża się godzina dziewiętnasta, część mieszkanek Waszulek odkłada codzienne obowiązki i idzie do świetlicy. Nie muszą jechać do miasta ani organizować wielkiego wyjścia. Wystarczy, że mają blisko siebie miejsce i ludzi, z którymi chcą spędzać czas. Dla Anny właśnie na tym polega siła wsi.
fot. Szymon Śliwiński
