– Wystąpiłem o dofinansowanie, bo byłem młody i chciałem gospodarstwo pociągnąć dalej – wspomina dziś Grzegorz Pintal, rolnik z województwa zachodniopomorskiego.
Dziś mówi wprost: zamiast wsparcia dostał wieloletnią batalię z urzędem, utratę płynności finansowej i poczucie bezradności wobec urzędniczej machiny.
Dobry start: premia, inwestycje, rozwój
W 2016 roku Grzegorz złożył wniosek do ARiMR o premię dla młodego rolnika. Agencja przyznała mu 80 tys. zł pierwszej transzy pomocy.
– W 2016 roku został złożony wniosek w ARiMR i w tym samym roku dostałem też dofinansowanie 80 tysięcy pierwszej transzy pieniędzy – opowiada rolnik. – Zrealizowałem, kupiłem te maszyny, które zadeklarowałem w biznesplanie.
W praktyce zainwestował znacznie więcej, niż wynosiła sama pomoc. Sprzęt kupiony do gospodarstwa kosztował 182 665 zł brutto. Premia miała być impulsem do rozwoju – i tak się stało.
– Moje gospodarstwo na tą chwilę posiada 150 hektarów, 100 sztuk bydła mlecznego, z czego 50 krów dojnych – wylicza dziś.
Gdy zaczynał, w roku wyjściowym gospodarstwo liczyło 19,26 ha i nie było w nim żadnego bydła. W 2019 r. miał już 71,24 ha i 29 sztuk bydła. Rozwój szedł zgodnie z planem.
Zobowiązanie: plan nawozowy
Premia dla młodego rolnika wiązała się z konkretnymi obowiązkami. Jednym z nich było zobowiązanie do prowadzenia planu nawozowego przez pięć lat od wypłaty pierwszej transzy.
– To zobowiązanie, które rolnik wziął na siebie po tym, jak została mu przyznana premia – tłumaczy Anna Kuran, radca prawny reprezentująca Grzegorza Pintala. – Agencja wymagała sporządzenia tego planu nawozowego nie tylko dla działek, które miał on w okresie wyjściowym, natomiast dla wszystkich działek, które potem w toku realizacji zobowiązania dochodziły do jego gospodarstwa.
Dla Grzegorza samo prowadzenie planu nawozowego nie było problemem.
– Plan nawozowy i tak robiłem dla siebie, robiłem próby gleby, prowadziłem to cały czas – wskazuje.
W 2019 r., po zrealizowaniu zapisów biznesplanu, złożył do ARiMR wniosek o wypłatę drugiej transzy premii w wysokości 20 tys. zł. Wszystkie posiadane działki objął planem nawozowym. Prawie wszystkie.
0,86 hektara, które uruchomiły lawinę
Sednem sporu okazał się skrawek ziemi. W 2019 r. Grzegorz wydzierżawił od sąsiada pięć działek o łącznej powierzchni 0,86 ha. Umowa była ustna, a ziemię przejął późną wiosną.
– Sąsiad nie chciał się już na nich bawić w rolnictwo, a ja łapałem każdy hektar – opowiada. – Ta działka została nabyta po dwóch latach od skorzystania przeze mnie z premii dla młodego rolnika. Nie była uwzględniona w biznesplanie.
Te dodatkowe działki były poza projektem: nie były wpisane do biznesplanu, nie liczyły się do żadnych wskaźników we wniosku o premię. Zostały jednak zgłoszone w dopłatach bezpośrednich. Problem w tym, że przejęte tak późno w sezonie nie mogły zostać objęte planem nawozowym: nie było czasu na pobór prób, badanie gleby i opracowanie dokumentu.
– Nawet jakbym chciał, to nie mogłem fizycznie objąć ich planem nawozowym – przyznaje rolnik.
Biuro doradcze współpracujące z Grzegorzem uznało, że w świetle przepisów nie ma to znaczenia – zobowiązanie dotyczyło działek z roku wyjściowego, a nie każdego nowego kawałka ziemi, który pojawi się w gospodarstwie. Tę interpretację później podzielił Naczelny Sąd Administracyjny.
– Taka interpretacja, jaką przyjęła Agencja, w ogóle nie ma oparcia w żadnych przepisach prawa – podkreśla radczyni Anna Kuran. – Jest też bardzo często niemożliwa do zrealizowania w praktyce. Żeby wykonać plan nawozowy, trzeba sporządzić badania gleby, które zajmują dużo czasu. Rolnik nie miał de facto możliwości w ogóle sporządzić takiego planu nawozowego dla tych późno nabytych działek.
Mimo to ARiMR uznała, że Grzegorz nie wywiązał się ze zobowiązania.
Decyzja ARiMR: zwrot pieniędzy i blokada dopłat
Konsekwencje urzędniczej interpretacji były dla gospodarstwa natychmiastowe i dotkliwe.
– Agencja wystąpiła o zwrot pieniędzy z tego powodu – relacjonuje Grzegorz. – Postawili mnie w takiej sytuacji, że 47 tysięcy zł zabrali mi dopłat bezpośrednich. Po kilku dniach urzędnicy z ARiMR wystosowali pismo, że 23 tysiące zł muszę im zapłacić w ciągu siedmiu dni.
Jak dodaje, Agencja zaproponowała „pomoc” w spłacie.
– Zadzwoniła do mnie pani, że mogę rozłożyć to na raty, te 23 tysiące. Ale mi to w żaden sposób nie pomogło – mówi. – Oddałem więc te 23 tysiące złotych ARiMR.
Druga transza premii – 20 tys. zł – nie została rolnikowi w ogóle wypłacona.
Pieniądze, które rolnik musiał oddać, były już zaplanowane w gospodarstwie.
– Po zwróceniu całych pieniędzy była trochę ciężka sytuacja w gospodarstwie, bo te pieniądze były przeznaczone na nawóz i paliwo – podkreśla. – Od tej pory w gospodarstwie wszystko mi się zawaliło i jego rozwój stanął w miejscu.
Droga przez odwołania i sądy
Od decyzji pierwszej instancji Grzegorz – przy wsparciu doradców – odwołał się do Prezesa ARiMR.
– Od decyzji Agencji zostało wniesione odwołanie do prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Warszawie, który podtrzymał decyzję organu pierwszej instancji – relacjonuje Anna Kuran.
Pozostała droga sądowa. Sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który rozpatruje skargi na decyzje centralnych organów administracji.
– Pierwszą instancją jest Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, który również utrzymał w tej sytuacji decyzję Agencji – mówi radczyni prawna.
WSA wyrokiem z 25 października 2023 r. oddalił skargę Grzegorza. Sąd przychylił się do stanowiska Agencji.
– To był moment, w którym miałem wrażenie, że państwo całkowicie stanęło po stronie urzędu, a nie rolnika – przyznaje dziś rolnik.
Prawnicy nie odpuścili. Złożyli skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
– Kolejną, dalszą drogą jest wniesienie skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego – tłumaczy Anna Kuran. – Trzeba zaznaczyć, że oczekiwanie na rozpoznanie sprawy przed Naczelnym Sądem Administracyjnym to jest około trzech lat. Dlatego też sprawa trwała tutaj naprawdę wiele lat.
Wniesienie skargi do NSA nie wstrzymało jednak egzekucji. ARiMR nadal blokowała płatności należne Grzegorzowi, a niewypłacona druga transza premii pozostała na papierze.
Przełom w NSA: rolnik miał rację
Przełom nastąpił 10 lipca 2025 r. Naczelny Sąd Administracyjny, w sprawie o sygnaturze I GSK 580/24, stanął po stronie rolnika.
– Naczelny Sąd Administracyjny wydał tutaj pozytywną decyzję dla rolnika i zgodził się z interpretacją przedstawioną w skardze – informuje radczyni Anna Kuran. – Sąd uznał, że zobowiązanie dotyczące planu nawozowego można wymagać tylko od tych działek, które rolnik posiadał w okresie wyjściowym. Nie ma żadnej podstawy, żeby obejmować również działki nabyte później w toku realizacji zobowiązania.
W praktyce NSA potwierdził to, co od początku twierdzili rolnik i jego doradcy: że Agencja interpretowała zobowiązanie w sposób sprzeczny z prawem i zdrowym rozsądkiem praktyki rolniczej.
Sprawa wróciła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
– Sprawa trafiła z powrotem do Wojewódzkiego Sadu Administracyjnego, którego wyrok został uchylony – wyjaśnia prawniczka. – Sąd zgodnie z wytycznymi Naczelnego Sądu Administracyjnego wydał pozytywny wyrok. Natomiast cały czas jeszcze czekamy na jego uprawomocnienie.
WSA 3 lutego 2026 r. uchylił wcześniejsze rozstrzygnięcie i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia przez ARiMR.
Pieniądz po latach to już nie ten sam pieniądz
Formalnie – sukces. W praktyce – bilans pozostaje gorzki.
– To, że wygramy, udowodnimy Agencji, że mieliśmy rację, a oni nie mieli racji, to jest jedna sprawa – zaznacza Anna Kuran. – Natomiast druga sprawa jest taka, że inna wartość jest pieniądza po kilku latach i na tym rolnik jest stratny.
Grzegorz mówi o tym bardzo konkretnie:
– Wtedy mogłem kupić za te 80 tysięcy cztery tiry nawozu, a teraz, w tej chwili, jak oni oddadzą te pieniądze, to mogę kupić tylko półtora tira nawozu – wylicza. – Teraz wygraliśmy tę sprawę z ARiMR w sądzie, ale wartość pieniądza też była inna, inflacja zrobiła swoje.
ARiMR – jak podkreśla prawniczka – nie wypłaca odsetek od kwot, które musi zwrócić rolnikowi po przegranej sprawie.
– Agencja nie wypłaca odsetek od tych zaległości, które ma zwrócić rolnikowi – mówi Anna Kuran. – Rolnik może ewentualnie wystąpić na drogę cywilną i żądać odszkodowania. Natomiast to są kolejne koszty, to są kolejne lata walki z Agencją.
Grzegorz nie ma na to ani nerwów, ani czasu.
– Nie chciałbym występować też do Agencji o inne straty, bo to będzie trwało następne lata, następne stresy i następne pieniądze – przyznaje. – Jak ma znów coś takiego trwać sześć lat, to jest to wcale mi niepotrzebne.
„Zamiast pomagać – rzucają kłody pod nogi”
Historia z premią dla młodego rolnika wpisuje się w szerszą ocenę, jaką Grzegorz wystawia systemowi wsparcia.
– Wtedy, kiedy korzystałem z młodego rolnika, to były inne przepisy, trzeba było uzyskać minimum liczbę punktów – wspomina. – Można powiedzieć, że w tamtym czasie to był jeden z najgorszych takich przepisów, które można byłoby uzyskać. Można się starać, tylko żeby troszeczkę też Agencja pomagała młodym rolnikom, a nie tak rzucała im kłody pod nogi.
Dla niego ta historia to przede wszystkim utrata zaufania do instytucji, która miała pomagać w rozwoju gospodarstwa, a nie go hamować.
„Ściana płaczu”: nie tylko jeden rolnik
W obronie Grzegorza i innych w podobnej sytuacji od lat angażuje się Stowarzyszenie Wspólna Rola. Jego prezes, Adam Reimann, podkreśla, że przypadek Pintala nie jest wyjątkiem, ale częścią szerszego problemu.
– Hasło takie łapiące, „ŚCIANA PŁACZU”, zostało wymyślone po to, żeby zainteresować tematem wszystkich tutaj zebranych, zarówno polityków, jak i dziennikarzy, jak i organizacje społeczne – wyjaśnia. – Są to bardzo skomplikowane tematy, związane przede wszystkim z wsparciami realizowanymi przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Chcemy wskazać, jak to wszystko wygląda i pokazać też, że w wielu przypadkach Agencja po prostu nie stosuje prawa, wymyśla to prawo po swojemu i odkręcenie jej interpretacji jest bardzo ciężkie.
Według Reimanna rolnicy, którzy decydują się walczyć, latami „obijają się” o sądy.
– Obijamy się o wojewódzkie sądy administracyjne, to jeszcze nie jest problem, ale czasami musimy też obijać się o Naczelny Sąd Administracyjny – mówi. – To trwa latami, postępowania trwają dwa, trzy lata i chcemy na to zwrócić uwagę.
To właśnie z takich doświadczeń zrodził się pomysł powołania Stowarzyszenia Wspólna Rola.
– Pomysł na powstanie Stowarzyszenia Wspólna Rola jest taki, że miałem – ja i rolnicy – poczucie, że jest bardzo duży problem z prezentacją głosu rolnika produkcyjnego, rolnika towarowego – tłumaczy prezes. – Czyli tego, który produkuje na rynek i który się utrzymuje ze sprzedaży tej produkcji, że dochód jego z tej sprzedaży stanowi istotny albo główny dochód.
Reimann zwraca uwagę, że ten typ gospodarstw jest w mniejszości.
– Tego głosu rolnika nie ma z tego względu, że ci rolnicy stanowią w naszym przekonaniu mniejszość w grupie miliona dwustu tysięcy rolników w Polsce – ocenia. – Niestety z racji tej, że stanowią mniejszość, a większość stanowią prawdopodobnie rolnicy nieprodukcyjni bądź małoprodukcyjni, wszyscy politycy, organizacje społeczne są nastawione na słuchanie ich głosu.
Stowarzyszenie chce więc – jak mówi – „połączyć siły i prezentować głos rolnika produkcyjnego w jak najszerszej skali”.
Wyrok to nie wszystko
Sprawa Grzegorza Pintala formalnie zmierza ku końcowi: po wyroku NSA i ponownym orzeczeniu WSA ARiMR będzie musiała jeszcze raz rozpatrzyć jego sprawę, a zajęte środki mają zostać zwrócone.
Ale po tej historii pozostają pytania: kto odpowiada za lata blokowania środków na podstawie interpretacji, którą sąd kasacyjny uznał za niezgodną z prawem? Kto zrekompensuje rolnikowi stracone możliwości inwestycyjne, stres i utratę zaufania do instytucji państwa?
– Ciężko mówić tutaj o całkowicie pomyślnym, szczęśliwym finale – przyznaje mec. Anna Kuran. – Rolnik najprawdopodobniej otrzyma te zajęte mu środki z powrotem, ale na tym jest stratny.
Grzegorz Pintal podkreśla, że jego historia jest ostrzeżeniem dla tych, którzy – jak on kiedyś – ufają, że państwowe wsparcie ma służyć rozwojowi gospodarstwa. I pytaniem do całego systemu: czy młody rolnik, który decyduje się zaufać instytucjom, może być pewien, że w razie wątpliwości przepisy zostaną zinterpretowane na podstawie prawa i zdrowego rozsądku, a nie wbrew nim.
Teraz rolnik czeka na uprawomocnienie ostatniego wyroku. Jeżeli ARiMR nie złoży odwołania do NSA, to będzie musiała wypłacić mu pieniądze, które zatrzymała lub kazała oddać. Jeżeli jednak złoży odwołanie, na pomyślny finał tej sprawy trzeba będzie czekać kolejne miesiące, a może i lata.
Poprosiliśmy ARiMR o informacje lub komentarz w tej sprawie. Gdy tylko go otrzymamy uzupełnimy go poniżej w tym materiale.
Bartłomiej Czekała
