Rolnik z Lubelszczyzny gospodaruje na około 6 hektarach własnych upraw, a dodatkowo pomaga teściowi prowadzącemu blisko 20-hektarowe gospodarstwo. W strukturze zasiewów dominuje rzepak, pszenica, owies i kukurydza. Jak sam przyznaje, mimo niewielkiego areału dokładnie pilnuje kosztów i na bieżąco obserwuje sytuację na polach. Po ubiegłorocznym gradobiciu, które mocno ograniczyło plony pszenicy, do nawożenia i inwestowania w uprawy podchodzi dziś znacznie ostrożniej.
Gradobicie zniszczyło plony i zmusiło do zmian
Rolnik gospodarujący na około 6 hektarach przyznaje, że ubiegły sezon mocno odbił się na jego decyzjach dotyczących nawożenia i ochrony roślin.
- W tamtym roku grad wybił mi praktycznie wszystko. Średni plon pszenicy po gradzie wyszedł półtorej tony, a sam grad wybił około 900 kg. Przy nawożeniu 170 kg azotu w czystym składniku to był strzał w kolano - mówi Arkadiusz.
Skutki gradobicia były widoczne także jesienią. Na jednej z plantacji pojawił się ogromny problem z samosiewami owsa.
Teraz skontaktowaliśmy się z rolnikiem, aby dowiedzieć się jak poszły tegoroczne zbiory.
Miniony sezon nie należał do łatwych. Susza mocno zróżnicowała wyniki na poszczególnych działkach. Najlepiej poradziły sobie pola, które miały większe zasoby wody.
Pszenica dała średnio 6 ton, ale nie wszędzie było tak dobrze
W tym roku rolnik miał około 2 hektarów pszenicy ozimej. Średni wynik wyniósł około 6 ton z hektara, choć różnice pomiędzy poszczególnymi działkami były bardzo duże.
Na najlepszych stanowiskach, które w poprzednich latach dobrze rokowały, susza zrobiła swoje. Zamiast wysokich plonów gospodarz zebrał miejscami 3–4 tony z hektara.
- Na działkach, które zawsze rokowały jak najlepiej, tam na pierwszej, drugiej klasie, wyszło w granicach 3–4 ton. Susza strasznie spaliła - mówi rolnik.
Znacznie lepiej wypadły natomiast działki po łąkach, gdzie gleba miała większą zasobność w wodę. Tam, jak ocenia gospodarz, plony mogły dochodzić nawet do 8 ton z hektara.
Jedna z takich działek miała 55 arów i dała około 4 ton ziarna. Ostatecznie rolnik przyjął średnią na poziomie około 6 ton z hektara.
Nie plon jest najważniejszy. „Tabelka jest najważniejsza”
W rozmowie z gospodarzem szczególnie mocno wybrzmiewa jedna rzecz: wysoki plon nie zawsze oznacza dobry wynik finansowy.
- Ja nie liczę na plon, tylko liczę później finanse. Tabelka jest najważniejsza. Nie sztuka nakosić 4 tony, a zostanie z tego 1000 zł - mówi.
Po podliczeniu kosztów produkcji, a także uwzględnieniu odszkodowania z ubezpieczenia związanego m.in. z negatywnymi skutkami przezimowania i wiosennymi przymrozkami, wynik okazał się dla niego zadowalający.
- Po podliczeniu wszystkiego zostałem oczywiście z ubezpieczeniem. Wyszło mi na czysto z hektara w okolicy 3000 zł - wylicza. To właśnie dlatego, mimo trudnych warunków pogodowych, rolnik ocenia sezon jako całkiem udany.
Rzepak pokazał, ile kosztuje czas
Rzepak był dla gospodarza nową uprawą. W pierwszym roku samodzielnie prowadził plantację i jak przyznaje nie wszystko poszło idealnie. Plon wyniósł średnio około 2,5 tony z hektara. Jednym z problemów były szkodniki, które wpłynęły na kondycję roślin. Rzepak przed zbiorami położył się również na części plantacji.
- To był pierwszy rok, kiedy osobiście uprawiałem rzepak. Uczyłem się cały czas, także troszeczkę robaka przespałem - przyznaje gospodarz.
Problemem był również nierównomierny przebieg dojrzewania. Górna część roślin była już gotowa do zbioru, podczas gdy niżej znajdowały się jeszcze zielone łuszczyny. Czekanie na ich dojście spowodowało, że część wcześniej dojrzałych łuszczyn zaczęła się otwierać.
- Z góry było wszystko suche do koszenia, a doły były zielone. Trochę przeczekałem i jak ten dół doszedł, góra niestety się trochę pootwierała. I się posypało opowiada.
„Trzynaście razy jeździłem po ścieżkach”
Doświadczenie z rzepakiem doprowadziło rolnika do jeszcze jednego wniosku. Przy jego gospodarstwie i pracy zawodowej czas poświęcony na uprawę ma ogromne znaczenie.
- Jak dobrze liczyłem, to chyba trzynaście razy jeździłem po ścieżkach łącznie po rzepaku. Dla mnie po prostu czas. Mam pracę na etat - tłumaczy.
Dlatego w kolejnym sezonie rzepaku prawdopodobnie nie będzie. Dodatkowym problemem okazała się awaria ciągnika. Przy rzepaku terminowość wykonania prac jest szczególnie ważna, a opóźnienie siewu może przełożyć się na późniejsze problemy.
Owies bez nawożenia też dał 3 tony
Na jednym z pól gospodarz uprawiał również owies ekologiczny. Plon wyniósł około 3 ton z hektara. W tym przypadku nakłady były bardzo ograniczone. Pole zostało jedynie odkwaszone wiosną. Nie stosowano nawożenia ani standardowych zabiegów ochrony roślin. - To był owies ekologiczny, także tam nie było praktycznie żadnych zabiegów. Jedynie było odkwaszane z wiosny, żadnego nawożenia, nic - mówi.
Uprawa ma również określone zadanie w gospodarstwie. Pole znajduje się na ziemi torfowej, a owies jest tam traktowany jako element przygotowania stanowiska.
Kukurydza ma ponad 3,5 metra. Sprzedać na zielonkę czy zebrać na ziarno?
Największym znakiem zapytania pozostaje kukurydza. Została zasiana na bardzo mokrej działce, która w tym sezonie okazała się dla gospodarza dużym atutem.
- To jest taka łąka, że ja tam się C-330 topiłem kiedyś, a w tym roku zasiałem normalnie kukurydzę. Kukurydza jest bardzo dobra po prostu - mówi.
Rośliny mają ponad 3,5 metra wysokości i dobrze zawiązały kolby. Kukurydzą zainteresowany jest również sąsiad prowadzący produkcję bydła, który chce kupić ją na zielonkę.
Rolnik stoi więc przed decyzją: sprzedać bardzo dobrze wyglądającą kukurydzę na zielonkę czy pozostawić ją do zbioru na ziarno.
Problemem są koszty i organizacja zbioru. Gospodarz nie posiada odpowiedniej przystawki do własnego kombajnu, dlatego musiałby wynająć maszynę. Ziarno trzeba byłoby następnie wywieźć około 15 kilometrów. Do tego dochodzi pogoda.
- Boję się, że jak będzie mokra jesień, to po prostu nie wjadę kombajnem - przyznaje.
580 zł za tonę mokrej kukurydzy. Rynek może jednak wszystko zmienić
Kalkulację dodatkowo komplikuje zmienność cen. W rozmowie rolnik wskazywał, że mokra kukurydza była wyceniana na około 580 zł za tonę.
Jego zdaniem potencjalnie wyższy przychód ze sprzedaży ziarna może wyglądać atrakcyjnie na papierze, ale nie można zapominać o kosztach zbioru, transporcie oraz przede wszystkim własnym czasie.
- Zawsze może być lepiej na ziarnie, ale rynek też tak się zmienia, że to jest nie do przewidzenia po prostu - zauważa.
To podejście dobrze pokazuje sposób, w jaki gospodarz patrzy na produkcję roślinną. Nie wystarczy policzyć ceny sprzedaży. Trzeba uwzględnić wszystkie koszty i sprawdzić, ile rzeczywiście zostaje w kieszeni.
Na około 5 hektarach już 15 tys. zł przychodu
Na moment rozmowy rolnik miał już za sobą zbiory około 1,5 hektara rzepaku i 2 hektarów pszenicy. Łączny przychód z około 5 hektarów oceniał na około 15 tys. zł. Po odliczeniu kosztów spodziewał się, że zostanie mu około 7 tys. zł.
To wynik osiągnięty bez dopłat bezpośrednich. Gospodarz dzierżawi bowiem część gruntów, a dopłaty pobierają ich właściciele.
- Ja nie pobieram dopłat, bo są po prostu dzierżawy i właściciele tych gruntów pobierają dopłaty - wyjaśnia.
Jak dodaje, przy obecnym sposobie gospodarowania dodatkowe płatności mogłyby mieć dla niego duże znaczenie, zwłaszcza że większość działek prowadzi w systemie uproszczonym, bezorkowym.
U teścia pszenica dała 4–4,5 tony po zaledwie 100 kg saletrzaku
Ciekawy przykład pojawia się również w gospodarstwie teścia rolnika, który gospodaruje na znacznie większym areale - około 20 hektarów. Tam gleby są bardziej zróżnicowane. Występują klasy od II do IV, a pola mają mozaikowaty charakter. Część znajduje się na wzniesieniach, gdzie susza szczególnie mocno ograniczała potencjał plonowania. Mimo tego pszenica dała około 4–4,5 tony z hektara. Co ciekawe, nawożenie azotowe było bardzo oszczędne.
- Jedyne, co zastosował z nawożenia azotowego, to tylko 100 kg saletrzaku. Zabrał w granicach 4–4,5 tony - mówi gospodarz.
Jego zdaniem taki wynik pokazuje, jak trudno dziś patrzeć wyłącznie na wysokość plonu. Przy bardzo wysokich kosztach nawożenia dodatkowa tona ziarna nie zawsze musi przełożyć się na większy zysk.
- Jak ktoś celował w 8–9 ton i nasypał tego nawozu po pół tony na hektar, a wiadomo, jakie mamy ceny nawożenia, to może wyszedł na tym po prostu lepiej ten, który nawoził mniej - zauważa.
Na tych samych mozaikowatych polach bardzo mocno widać było natomiast różnice w kukurydzy. Na górkach rośliny miały około 1,5 metra, podczas gdy w zagłębieniach dochodziły do blisko 3 metrów.
O ile pszenica pozytywnie zaskoczyła, o tyle rzepak na polach teścia wypadł bardzo słabo. Problemem ponownie okazały się słabsze stanowiska, ograniczone nawożenie oraz szkodniki.
Co zasieje w przyszłym sezonie?
Po doświadczeniach z tego roku gospodarz ma już wstępny plan na kolejny sezon. Najważniejszą uprawą pozostanie pszenica ozima. Pszenica może stanowić nawet około 80 proc. jego zasiewów. W planach pozostaje również owies, tym razem z poplonami. Ostateczny areał kukurydzy będzie natomiast zależał od tego, jak zakończy się obecny sezon. Jeżeli kukurydza z mokrego stanowiska okaże się opłacalna, rolnik rozważa zwiększenie jej areału. Choć rzepak może być dochodową uprawą, gospodarz na razie z niego rezygnuje. Nie dlatego, że uważa go za nieopłacalny. Problemem jest organizacja pracy.
- Rzepak jest fajną uprawą dochodową, ale strasznie trzeba o niego dbać -podkreśla.
Przy pracy na etacie trzynaście przejazdów po plantacji, konieczność pilnowania terminów i dodatkowe koszty sprawiają, że bilans przestaje wyglądać tak atrakcyjnie.
Patrycja Bernat
