Choroba niebieskiego języka coraz mocniej niepokoi producentów bydła i owiec. Eksperci alarmują, że wraz z nadejściem okresu aktywności kuczmanów zagrożenie będzie rosło, a skutki dla gospodarstw mogą oznaczać nie tylko problemy zdrowotne w stadach, ale także dotkliwe straty ekonomiczne i ograniczenia w przemieszczaniu zwierząt.
Niebieski język: choroba zależna od wektora
Niebieski język to choroba wirusowa przeżuwaczy, której przenoszenie zależy od obecności wektora, czyli kuczmanów. Zakażenie nie przenosi się bezpośrednio ze zwierzęcia na zwierzę.
– To jest pierwsza choroba w Polsce, która wymaga wektora, żeby zwierzę zaraziło się, bo nie ma transmisji bezpośredniej zwierzę na zwierzę – wskazywał lekarz weterynarii Michał Hądzlik podczas konferencji "Czas na współpracę" organizowanej przez Stowarzyszenie Weterynaria Hodowcom, która odbyła się na początku marca w Wielkopolsce.
Na zakażenie wrażliwe są przede wszystkim bydło, owce, kozy i jeleniowate. W Polsce obecnie mowa jest o serotypie BTV-3. Hądzlik zwrócił też uwagę, że brak odporności krzyżowej między serotypami oznacza, iż przechorowanie lub szczepienie przeciw jednemu typowi nie daje ochrony przed innymi.
Dla ludzi bezpieczna, dla gospodarstw kosztowna
Prelegent zaznaczył, że choroba nie stanowi zagrożenia dla ludzi ani dla bezpieczeństwa żywności pochodzenia zwierzęcego.
– Nie ma żadnego zagrożenia, wszystkie artykuły pochodzenia zwierzęcego, mleko, mięso, skóry mogą być spożyte – podkreślił lekarz weterynarii. Problemem pozostają jednak konsekwencje ekonomiczne. Wskazywał na możliwość spadku produkcji mleka, kosztowne leczenie objawowe oraz utrudnienia w handlu i przemieszczaniu zwierząt.
Objawy: u owiec ciężko, u bydła coraz bardziej niepokojąco
Ekspert wyjaśniał, że u owiec przebieg choroby bywa szczególnie ciężki i wiąże się z wysoką śmiertelnością. Typowe objawy to wysoka gorączka, obrzęk głowy i języka, ślinotok, owrzodzenia oraz kulawizny.
– U bydła przebieg zwykle jest łagodniejszy, ale obecny w Polsce wariant może powodować poważniejsze objawy niż wcześniej zakładano. Podobnie jak u owiec są to zmiany na strzykach, owrzodzenia, spadki produkcji mleka, ale również ronienia, rodzenie słabych cieląt, ślinotok, łzawienie i gorączka – wyliczał Hądzlik.
Skala jest większa niż nam się wydaje
Szczególnie mocno wybrzmiał wątek skali występowania choroby w kraju. Według przedstawionych danych problem narasta od 2024 roku, ale prelegenci sugerowali, że rzeczywista skala zakażeń może być znacznie większa niż pokazują oficjalne statystyki.
– Jeżeli chodzi o zasięgi geograficzne, w naszym kraju to niebieski język występuje na 75% powierzchni. W praktyce uważam że jest to 100%” – mówił lekarz weterynarii Sławomir Koźmiński, prezes stowarzyszenia Weterynaria Hodowcom.
Ekspert ocenił również, że choroba ma w Polsce charakter endemiczny i nie należy zakładać, że problem zniknie po sezonie zimowym.
Szczepienia i walka z wektorem kluczowe dla ochrony stad
Jako dwa podstawowe filary ochrony stad Koźmiński wskazywał na szczepienia oraz ograniczanie kontaktu zwierząt z owadami przenoszącymi wirusa. Zaznaczył, że szczepienia mogą ograniczyć wiremię, zmniejszyć ryzyko objawów klinicznych i ułatwić organizację transportu zwierząt.
– To, na czym hodowcy powinni się skupić to przede wszystkim szczepić, zastosować środki odstraszające owady – podkreślał lekarz weterynarii.
W praktyce zalecał m.in. stosowanie repelentów, ostrożność przy wypasie w godzinach największej aktywności owadów, likwidację potencjalnych siedlisk kuczmanów oraz uwzględnianie karencji środków stosowanych u zwierząt.
Ryzyko dla cieląt i ostrzeżenie przed nowym sezonem
Ekspert zwrócił również uwagę na niepokojące przypadki problemów u nowo narodzonych cieląt, które mogły być skutkiem zakażenia matek pod koniec ubiegłego sezonu aktywności wektorów. Opisywano m.in. ślepotę, objawy nerwowe i wysoką śmiertelność młodych zwierząt.
– Oznacza to, że zakażenie matek ma wpływ na rozwój płodu. Za chwilę wejdziemy w sezon transmisji. Nie chcę nawet myśleć o tym, co może się wydarzyć, kiedy wirus zacznie aktywnie krążyć na zwierzętach wrażliwych. Dlatego każdy hodowca powinien rozważyć szczepienie swojego stada, koszty są niewielkie, a straty spowodowane chorobą mogą być dotkliwe – ostrzegał Koźmiński. Obecnie koszt jednej szczepionki to ok. 20-30 zł/krowę.
