5 listopada przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów w Warszawie protestowali lekarze weterynarii i pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej. Ostrzegali, że bez zmian coraz trudniej będzie zapewnić ciągłość nadzoru nad produkcją żywności, zwalczaniem chorób zakaźnych zwierząt i eksportem polskich produktów.
– Kiedy w inspektoracie brakuje ludzi, te same zadania spadają na coraz więcej osób. Lekarze, którzy czekają na zapłatę, wciąż muszą ponosić koszty wykonywania zadań na rzecz państwa. W praktyce oznacza to, że kredytują państwo z własnych pieniędzy – mówił podczas konferencji prasowej Marcin Mioduszewski, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Weterynarii.
To właśnie niedobory kadrowe, problemy z finansowaniem i brak rzeczywistego dialogu z rządem sprowadziły protestujących przed gmach KPRM. W stolicy pojawili się lekarze wykonujący czynności z wyznaczenia, pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej, przedstawiciele samorządu lekarsko-weterynaryjnego oraz środowiska rolniczego.
Nie jest to wyłącznie spór o wynagrodzenia i warunki pracy. Inspekcja odpowiada za zadania kluczowe dla produkcji zwierzęcej, bezpieczeństwa żywności i możliwości sprzedaży polskich produktów na zagranicznych rynkach. Jej problemy mogą więc przełożyć się na funkcjonowanie zakładów mięsnych i gospodarstw.
"Mycie samochodów jest bardziej opłacalne niż weterynaria urzędowa"
Jednym z najpoważniejszych problemów jest coraz mniejsze zainteresowanie młodych lekarzy pracą w weterynarii urzędowej. Inspekcja traci nie tylko potencjalnych nowych pracowników, ale również doświadczonych specjalistów, którzy przez lata wykonywali zadania związane z nadzorem nad produkcją żywności.
Zwracał na to uwagę urzędowy lekarz weterynarii z północnej Polski, który w czwartek uczestniczył w proteście. Jak opisywał w rozmowie z top agrar Polska, średnia wieku wśród lekarzy wykonujących czynności urzędowe rośnie. Coraz większą część tej grupy stanowią osoby w wieku emerytalnym, natomiast lekarze około czterdziestki coraz częściej rezygnują z pracy w nadzorze.
– Średnia wieku w nadzorze urzędowym rośnie, bo po prostu młodzi lekarze nie przychodzą. Coraz więcej osób, które cały czas pracują, to osoby w wieku emerytalnym, dorabiające sobie na emeryturze. Takich w moim wieku, czyli około 40–45 lat, jest coraz mniej, bo coraz więcej osób decyduje się na odejście z pracy, odejście z wyznaczenia – mówił.
Część lekarzy przechodzi do pracy w gabinetach weterynaryjnych, inni całkowicie zmieniają profil działalności. Lekarz przytoczył przykład kolegi, który do niedawna zajmował się nadzorem nad ubojem i przetwórstwem, ale zrezygnował z wykonywania czynności urzędowych i założył firmę detailingową.
– Stwierdził, że mycie samochodów jest bardziej opłacalne niż weterynaria urzędowa – podkreślał z żalem.
Zdaniem rozmówcy jedną z przyczyn takiej sytuacji jest brak realnej waloryzacji stawek przez lata, a także niewystarczające zainteresowanie kolejnych ekip rządzących problemami środowiska. Jak wskazywali protestujący, stawki za czynności wykonywane z wyznaczenia pozostają zasadniczo na podobnym poziomie od 15 lat, mimo niewielkich korekt.
Utrata doświadczonych specjalistów może być szczególnie dotkliwa. Wiedzy i praktyki zdobywanych przez lata przy nadzorze nad ubojem, przetwórstwem i produkcją żywności nie da się szybko zastąpić. Jeśli starsi lekarze będą odchodzić, a młodsi nie będą zainteresowani podejmowaniem takich obowiązków, utrzymanie ciągłości kontroli stanie się coraz większym wyzwaniem.
Braki kadrowe mogą uderzyć w zakłady i gospodarstwa
Urzędowi lekarze weterynarii wykonują zadania niezbędne do prawidłowego funkcjonowania wielu zakładów sektora mięsnego. Nadzór nad ubojem i przetwórstwem oraz kontrola produktów pochodzenia zwierzęcego mają bezpośrednie znaczenie dla bezpieczeństwa produkcji i możliwości wprowadzania żywności do obrotu.
Jeżeli zabraknie osób uprawnionych do wykonywania tych czynności, problem nie ograniczy się do powiatowych inspektoratów. Może przełożyć się na organizację pracy zakładów, a w konsekwencji również na sytuację rolników dostarczających do nich zwierzęta.
– Jeżeli ta sytuacja będzie trwała nadal, potencjał eksportowy w niedługiej perspektywie może rzeczywiście być zagrożony. Ze względu na to, że lekarzy zabraknie – ostrzega anonimowy urzędowy lekarz weterynarii.
Podobne obawy wyraził podczas protestu Marcin Mioduszewski. Zwracał uwagę, że brak lekarzy w rzeźniach i przy nadzorze nad produkcją może doprowadzić do poważnych zakłóceń w eksporcie, a w konsekwencji odbić się na całym rolnictwie.
Dla hodowców sprawny nadzór weterynaryjny ma wymiar bardzo praktyczny. Od dostępności lekarzy i możliwości przeprowadzenia wymaganych kontroli zależy między innymi organizacja uboju i funkcjonowanie zakładów, do których trafiają zwierzęta z gospodarstw. Ewentualne zakłócenia mogą więc przenosić się na kolejne ogniwa łańcucha dostaw.
ASF, pryszczyca i bezpieczeństwo żywności. Inspekcja potrzebuje ludzi
Znaczenie Inspekcji Weterynaryjnej wykracza daleko poza kontrolę zakładów mięsnych. Jej pracownicy odpowiadają również za nadzór nad zdrowiem zwierząt, zwalczanie chorób zakaźnych oraz kontrolę obrotu zwierzętami i produktami pochodzenia zwierzęcego.
O skali tych zadań mówiła podczas protestu Sara Meskel, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Inspekcji Weterynaryjnej. Według danych przedstawionych przez OZZPIW w Inspekcji pracuje blisko 5,5 tys. osób, łącznie z personelem administracyjnym. Dodatkowo około 3–4 tys. lekarzy weterynarii i techników weterynarii wykonuje czynności urzędowe z wyznaczenia.
– Muszą państwo wiedzieć, że tak naprawdę grupa niecałych 10 tysięcy osób nadzoruje cały przemysł żywności pochodzenia zwierzęcego – zaznaczyła Sara Meskel.
Inspekcja kontroluje również produkty sprowadzane do Polski z państw trzecich, między innymi za pośrednictwem granicznych inspektoratów weterynarii. Jej rola jest więc istotna zarówno dla krajowych producentów, jak i bezpieczeństwa żywności trafiającej na polski rynek.
Szczególnie wyraźnie znaczenie sprawnego nadzoru widać w przypadku chorób zakaźnych. Producenci trzody chlewnej od lat mierzą się z konsekwencjami ASF, a kolejne zagrożenia epizootyczne pokazują, jak ważne są szybka reakcja, odpowiednie procedury i dostępność personelu.
Podczas konferencji Sara Meskel przypominała również o ryzyku związanym z pryszczycą. – Czy państwo sobie zdają sprawę, że takie zakażenie, na przykład wirusem pryszczycy, to jest naprawdę katastrofa dla polskiego rolnictwa? – pytała przewodnicząca OZZPIW.
W przypadku wystąpienia poważnej choroby zakaźnej konsekwencje dla hodowców mogą być bardzo dotkliwe. Ograniczenia w przemieszczaniu zwierząt, problemy ze sprzedażą czy konieczność likwidacji stad w najpoważniejszych sytuacjach pokazują, dlaczego sprawna Inspekcja jest ważna dla całego sektora produkcji zwierzęcej.
W czasie protestu zwracano uwagę, że znaczenie weterynarii urzędowej powinno być dostrzegane także w kontekście bezpieczeństwa państwa.
– Weterynaria, zamiast być takim organem, który jest obligatoryjny przy eksportach, przy zapewnieniu bezpieczeństwa żywności, jest pomijana. W obecnej sytuacji, kiedy tyle mówi się o ewentualnym konflikcie zbrojnym i konieczności zapewnienia bezpieczeństwa ludności, pomija się bezpieczeństwo żywnościowe, które jest uzależnione od Inspekcji Weterynaryjnej – mówiono.
Łączna i Sobolew ujawniły problemy organizacyjne
Problemy Inspekcji nie ograniczają się do wynagrodzeń i braków kadrowych. Ważnym tematem protestu była również organizacja interwencji dotyczących zwierząt oraz podział odpowiedzialności pomiędzy poszczególnymi instytucjami.
W komunikacie poprzedzającym protest OZZPIW wskazywał na sprawę ZOO-Farmy w Łącznej, która uwidoczniła spory dotyczące kompetencji Policji, prokuratury, Inspekcji Weterynaryjnej i organizacji społecznych.
Pracownicy Inspekcji domagają się jednoznacznych zasad współdziałania. Chcą wiedzieć, kto kieruje interwencją, kto podejmuje decyzje i kto odpowiada za ich konsekwencje. Nie kwestionują prawa do krytyki ani konieczności wyjaśniania nieprawidłowości, ale sprzeciwiają się obarczaniu ich odpowiedzialnością za decyzje, na które nie mieli wpływu.
Protestujący podkreślali, że obecne trudności są również skutkiem wieloletniego braku rozmów o stanie prawnym i organizacji Inspekcji.
– To nie jest tylko kwestia wynagrodzeń, ale także stanu prawnego i organizacji pracy Inspekcji Weterynaryjnej. Dobrym przykładem są obecne wydarzenia w Łącznej, wcześniej była sprawa w Sobolewie – wskazywali.
Jeden z lekarzy w rozmowie z naszą redakcją użył też mocnego porównania, opisując sposób, w jaki – jego zdaniem – rządzący traktują środowisko weterynaryjne.
– Urzędowych lekarzy weterynarii, pracowników Inspekcji Weterynaryjnej, w ogóle całą weterynarię traktuje się jak tę pchłę, która siedzi na karku, gryzie i jest obciążeniem. Nie można się jej pozbyć, ale najchętniej by się ją strzepnęło. Zamiast potraktować to poważnie i porozmawiać z tymi ludźmi – mówił.
To ocena rozmówcy, ale dobrze oddaje frustrację części środowiska. Jak podkreślano, lekarze od lat próbują doprowadzić do spotkań z rządzącymi i chcą rozmawiać nie tylko o wynagrodzeniach, lecz także o przyszłości całego systemu.
Okrągły stół dla weterynarii. Czy rząd podejmie rozmowy?
O potrzebie długofalowych zmian mówił również Marek Mastalerek, prezes Krajowej Rady Lekarsko-Weterynaryjnej. Przypomniał, że obecny protest nie jest pierwszym tego rodzaju wystąpieniem. Jak zaznaczył, to już jego szósty protest w ciągu ponad 20 lat. W jego ocenie kolejne rządy proponowały przede wszystkim rozwiązania cząstkowe, które nie usuwały przyczyn problemów.
– Usiądźmy, okrągły stół dla weterynarii i rozwiążmy te problemy na wiele, wiele lat – apelował Mastalerek, wskazując na potrzebę rozmów z udziałem ministra rolnictwa, ministra finansów i premiera.
Wśród uczestników protestu byli również przedstawiciele środowiska rolniczego. Karol Rytel, działacz Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych Orka, podkreślał, że problemy weterynarii nie są wyłącznie sprawą jednej grupy zawodowej. Dotyczą funkcjonowania gospodarki, krajowego przemysłu, miejsc pracy i bezpieczeństwa obywateli.
– Panie premierze, panie ministrze, główny lekarzu weterynarii, trzeba siąść do rozmów i zacząć je przeprowadzać – apelował.
O skali niezadowolenia w środowisku świadczą również dane przedstawione przez OZZPIW. Do 4 listopada pod apelem związku zebrano 2223 podpisy osób związanych ze 169 jednostkami Inspekcji Weterynaryjnej. List otwarty powiatowych lekarzy weterynarii z Dolnego Śląska uzyskał poparcie przedstawicieli łącznie ośmiu województw.
Niezbędna reforma i zmiana patrzenia na środowisko
Protest odbył się w ważnym momencie, ponieważ zbliża się koniec roku, a wraz z nim podpisywanie rocznych umów na kolejny okres. Dotyczą one między innymi nadzoru nad ubojem zwierząt i przetwórstwem.
Protestujący domagają się terminowych wypłat za wykonane czynności, stabilnego finansowania Inspekcji, urealnienia stawek za zadania wykonywane z wyznaczenia oraz godnych wynagrodzeń pracowników inspektoratów. Oczekują także zwiększenia obsady kadrowej, reformy organizacyjnej, jasnego podziału kompetencji i ochrony pracowników przed groźbami, zastraszaniem oraz publicznym piętnowaniem.
Jak podkreślał Marcin Mioduszewski, środowisko oczekuje rozmów z ministerstwem rolnictwa i konkretnych działań, a nie kolejnych doraźnych deklaracji. Protestujący zapowiadają możliwość dalszych działań, jeśli dialog nie zostanie podjęty.
Krzysztof Zacharuk
