Szczególne obawy mają rolnicy prowadzący działalność na obszarach formalnie należących do miast, ale zachowujących wiejski charakter.
Tomasz Kuchta z Tarnobrzega w woj. podkarpackim zwraca uwagę, że przygotowywane ułatwienia inwestycyjne nie powinny pomijać tej grupy producentów. Sam użytkuje blisko 60 hektarów i łączy produkcję roślinną z suszeniem kukurydzy oraz przetwórstwem nasion oleistych.
Wieś stała się częścią miasta. Rolnicy jednak nie przestali gospodarować
Kuchta prowadzi gospodarstwo w części miasta, która jeszcze 20 lat temu była odrębną miejscowością. Zmieniły się granice administracyjne, ale charakter tego obszaru w dużej mierze pozostał rolniczy.
Nadal funkcjonują tam gospodarstwa, prowadzi się produkcję roślinną i hodowlę zwierząt. – Gospodarujemy w Tarnobrzegu, teoretycznie na wsi, praktycznie w mieście – mówi rolnik.
Jak podkreśla, w jego najbliższej okolicy działa kilkudziesięciu rolników. Dla nich zmiana administracyjnego statusu miejscowości nie oznaczała przecież zakończenia działalności rolniczej. Nadal muszą inwestować, dostosowywać gospodarstwa do zmieniających się warunków i planować ich rozwój.
Problem polega na tym, że przepisy i programy kierowane do mieszkańców obszarów wiejskich nie zawsze obejmują osoby, których gospodarstwa znalazły się w granicach administracyjnych miast. Kuchta zwraca uwagę, że podobne sytuacje występują w wielu częściach Polski, szczególnie tam, gdzie miasta przez lata poszerzały swoje granice.
Plany ogólne a rozwój gospodarstw. Problem może pojawić się przy kolejnej inwestycji
Obawy rolnika dotyczą przede wszystkim zmian w planowaniu przestrzennym i przygotowywania przez gminy planów ogólnych. To dokumenty, które wyznaczają ramy dalszego zagospodarowania przestrzeni. Nie są one pozwoleniami na budowę ani automatycznym zakazem wszystkich inwestycji, ale mogą mieć istotny wpływ na możliwości realizacji nowych przedsięwzięć.
Właśnie dlatego rolnicy przyglądają się zapowiadanym rozwiązaniom, które mają ułatwić rozwój gospodarstw. Tomasz Kuchta zauważa jednak, że w informacjach, do których dotarł, pojawiał się przede wszystkim kontekst terenów wiejskich. To wzbudziło jego obawy, ponieważ gospodarstwa położone w granicach miast mogą znaleźć się poza zakresem planowanych ułatwień.
Rolnik zwraca uwagę, że część gospodarzy próbowała już zabezpieczyć swoje potrzeby inwestycyjne na etapie konsultacji i przygotowywania dokumentów. Sam również zadbał o możliwość realizacji hali magazynowej. Nie oznacza to jednak, że przewidział wszystkie potrzeby, które mogą pojawić się w kolejnych latach.
Rolnik chce postawić suszarnię. Same silosy i magazyny nie wystarczą
Przykład gospodarza z Tarnobrzega pokazuje, że rozwój nie kończy się na budowie magazynu czy silosu. Rolnik chciałby mieć możliwość postawienia stacjonarnej suszarni do kukurydzy, która byłaby mniej energochłonna i pozwalała ograniczyć koszty suszenia. W jego ocenie ułatwienia inwestycyjne powinny obejmować także inne obiekty i infrastrukturę potrzebną do prowadzenia działalności.
– Widziałem zalążek tego, o czym ministerstwo mówiło, czyli silosy, magazyny, no i właściwie tyle. Ale widząc, co dzieje się z kosztami suszenia, do głowy przychodzi mi pomysł, żeby postawić suszarnię stacjonarną, która jest mniej energochłonna, bardziej energooszczędna – tłumaczy.
To jednak tylko jeden z możliwych kierunków rozwoju. Gospodarstwo może potrzebować również wiaty, budynku do przetwórstwa, utwardzonego placu czy miejsca na linię technologiczną. Takie inwestycje często są ze sobą powiązane i wynikają ze zmieniającej się struktury produkcji.
– Silosy i magazyn to jest gdzieś tam podstawa, ale mamy teraz bardzo mocne nakierowanie na przetwórstwo. Czasami jakikolwiek budynek gospodarczy, który miałby służyć tym celom, mógłby nie być objęty tymi ułatwieniami – zauważa Kuchta.
Jego zdaniem przepisy powinny uwzględniać rzeczywiste potrzeby gospodarstw, a nie ograniczać katalog możliwych inwestycji do kilku z góry wskazanych obiektów.
60 hektarów, słabe gleby i uprawa roślinna
Tomasz Kuchta użytkuje blisko 60 hektarów. Jak przyznaje, gospodarstwo funkcjonuje na słabych glebach, co mocno wpływa na wyniki produkcyjne. Między innymi z tego powodu działalność przeszła gruntowną zmianę profilu. Z czasem postawiono na produkcję roślinną, ale później zaczęto szukać sposobów na zwiększenie dochodowości posiadanych gruntów.
Rolnik przywołuje przykład strat z jednego z sezonów. Według jego szacunków sięgały one 50–60% plonów, podczas gdy aplikacja suszowa wskazywała 3%. To jego ocena sytuacji w gospodarstwie, pokazująca różnicę między lokalnymi doświadczeniami producenta a wynikiem systemowego narzędzia.
– Kilka lat temu narodził się pomysł, że może nie ma sensu tak na siłę próbować powiększać areał, tylko spróbować zwiększyć dochodowość tego, co już dzisiaj mamy – opowiada.
W ten sposób rodzina zaczęła szukać dodatkowych możliwości zarabiania na własnej produkcji. Jednym z kierunków stało się przetwórstwo nasion oleistych.
Zamiast sprzedawać tylko surowiec, postawili na własne oleje
Gospodarstwo nie ogranicza się do produkcji płodów rolnych. Rodzina Kuchty od kilku lat przetwarza własne nasiona oleiste na oleje i rozwija bezpośrednie kanały sprzedaży, również przez internet. Działalność pod marką Rolnik Serwuje pozwala skracać łańcuch dostaw i zwiększać wartość produktu, zanim trafi do odbiorcy.
To ważny element strategii gospodarstwa. Zamiast koncentrować się wyłącznie na zwiększaniu liczby hektarów, rolnicy starają się rozwijać kolejne etapy działalności – od uprawy, przez suszenie, po przetwarzanie i sprzedaż.
Rozwój oznacza jednak nie tylko zakup maszyn i urządzeń. Często konieczna jest także infrastruktura techniczna, a ta wymaga przejścia procedur administracyjnych i uzyskania odpowiednich zgód.
Rok oczekiwania na pozwolenie. W tym czasie potrzeby mogą się zmienić
Jednym z problemów, na które zwraca uwagę rolnik, jest czas potrzebny na załatwienie formalności. Jak mówi, z jego wiedzy wynika, że w jego rejonie oczekiwanie na pozwolenie budowlane może wynosić około roku. W tym czasie sytuacja rynkowa i potrzeby gospodarstwa mogą się jednak znacząco zmienić.
Kuchta podkreśla, że planowanie inwestycji w rolnictwie nie zawsze jest możliwe z wieloletnim wyprzedzeniem. Gospodarze analizują opłacalność różnych kierunków, rozmawiają w rodzinie i próbują wybrać najlepszą drogę. Kiedy już podejmą decyzję, mogą natrafić na kolejne bariery administracyjne.
– Dużo energii na co dzień w rodzinie przeznaczamy, aby obrać wspólną drogę, w którym kierunku chcielibyśmy iść. Gdy przyjmujemy strategię, okazuje się, że dopiero zaczynają się bariery natury administracyjnej, których zwykły rolnik nie jest w stanie sforsować – mówi.
W jego ocenie problemem jest również konieczność przewidywania wszystkich przyszłych inwestycji już na etapie przygotowywania dokumentów. Gospodarstwo może dziś planować halę magazynową, a za dwa lata potrzebować wiaty, suszarni albo miejsca na nową linię przetwórczą.
– Nie byliśmy aż takimi wizjonerami kilka miesięcy temu, że może za dwa lata przydałaby się tutaj wiata czy właśnie suszarnia stacjonarna – zauważa Tomasz Kuchta.
Rolnik porównuje tę sytuację do prowadzenia firmy. Przedsiębiorca może określić cel na najbliższe dziesięć lat, ale nie musi z góry wiedzieć, jaką dokładnie drogą go osiągnie. Podobnie powinno być w gospodarstwie, którego potrzeby zależą od cen, opłacalności upraw, dostępnych technologii i sytuacji na rynku.
Rolnicy w granicach miast też prowadzą gospodarstwa
Zdaniem Kuchty problem nie dotyczy wyłącznie Tarnobrzega. Wskazuje on na miasta, które w ostatnich dekadach rozszerzały swoje granice administracyjne. W ich obrębie pozostały tereny o typowo rolniczym charakterze, a wraz z nimi gospodarstwa, które nadal produkują żywność i potrzebują warunków do inwestowania.
– To nie dotyczy tylko Tarnobrzega. To Warszawy też dotyczy, Poznania i każdego innego większego czy mniejszego miasta – podkreśla.
W rozmowie przywołuje również przykład terenów położonych niedaleko stolicy, gdzie widać budynki gospodarskie, silosy zbożowe i obiekty związane z produkcją rolną. Ich właściciele mogą formalnie być mieszkańcami miasta, choć charakter ich działalności pozostaje taki sam jak w gospodarstwach położonych na wsi.
To ważne rozróżnienie: o potrzebach inwestycyjnych gospodarstwa nie powinien decydować wyłącznie administracyjny status miejscowości. Liczy się również to, czy na danej działce rzeczywiście prowadzona jest produkcja rolna i czy planowana inwestycja ma z nią związek.
Co na to ministerstwo rolnictwa? Gminy mają decydujący głos
Plany ogólne przygotowują i uchwalają gminy. Resort rolnictwa nie sporządza tych dokumentów, może natomiast zabierać głos w sprawach dotyczących rolnictwa i zgłaszać uwagi do proponowanych rozwiązań.
Z punktu widzenia gospodarstw ważne jest to, czy rozwiązania uwzględnią różnorodność inwestycji potrzebnych do prowadzenia produkcji. Rolnicy potrzebują nie tylko silosów i magazynów, ale również obiektów do suszenia, przetwarzania, przechowywania oraz infrastruktury towarzyszącej.
Nie oznacza to postulatu całkowitej dowolności w zabudowie. Rozwój gospodarstw powinien uwzględniać ład przestrzenny i lokalne uwarunkowania. Chodzi jednak o to, by zasady planowania nie zamykały drogi do uzasadnionych inwestycji tam, gdzie produkcja rolna jest już prowadzona.
"Jeśli nie idziemy do przodu, trzeba się cofać"
Tomaszowi Kuchcie zależy, aby w pracach nad nowymi przepisami (pisaliśmy o tym w lipcu) uwzględniono sytuację gospodarstw, które znalazły się w granicach administracyjnych miast, ale nadal funkcjonują jako gospodarstwa rolne.
Jego główny postulat dotyczy działek i siedlisk, na których już dziś prowadzona jest produkcja rolna. Powinny one zachować możliwość dalszego prowadzenia działalności i rozbudowy gospodarstwa, w zakresie uzasadnionym jego potrzebami. Nie chodzi o wskazanie rolnikom jednej listy dopuszczalnych inwestycji, lecz o pozostawienie im przestrzeni do reagowania na zmieniające się warunki gospodarowania.
– Czasami jest tak, że w ciągu kilku tygodni zmieniają się warunki gospodarowania i pojawiają się nowe pomysły, co byśmy chcieli zrobić. W takiej sytuacji okazuje się, że jesteśmy całkowicie zamknięci na jakikolwiek rozwój, a bez rozwoju wiadomo, że trzeba się cofać, jeśli nie idziemy do przodu – mówi rolnik.
Dla gospodarstw takich jak to prowadzone przez rodzinę Kuchty możliwość inwestowania nie jest dodatkiem, ale warunkiem utrzymania konkurencyjności. Zmieniają się technologie, koszty produkcji i możliwości sprzedaży. Jeśli przepisy nie będą nadążać za tymi zmianami, część rolników może mieć problem nie tylko z rozwojem, ale nawet z dostosowaniem istniejącej działalności do nowych realiów.
Krzysztof Zacharuk
