StoryEditor

Protest rolników w Piotrkowie: „10–20 gr/kg warzyw i ziemniaków. To jest poniżej godności rolnika”

Rolnicy, którzy przyjechali do Piotrkowa Trybunalskiego na piatkowy protest, mówili nie tylko o ASF i niskich cenach skupu, ale też o rosnącej biurokracji, dopłatach obwarowanych kolejnymi warunkami i coraz trudniejszym prowadzeniu gospodarstw. Ze sceny wracało jedno pytanie: jak długo polska wieś wytrzyma presję kosztów, przepisów i rynku.

25.04.2026., 14:27h

Nie była to jednak tylko rozmowa o pieniądzach. W wielu wystąpieniach pojawiały się też szersze wątki – o bezpieczeństwie żywnościowym, strukturze rynku i kierunku zmian w rolnictwie.

Ze sceny padały mocne, bezpośrednie słowa. W kontekście ASF nie brakowało sugestii i pytań, które – jak zaznaczali mówcy – wymagają odpowiedzi. – Trzeba sobie postawić pytanie, komu zależy na tym, żeby w zagłębiu hodowlanym w centrum Polski pojawił się ASF – mówił jeden z uczestników protestu.

Duże emocje wzbudzały też ceny. Rolnicy zwracali uwagę na ogromne różnice między tym, co dostają za swoje produkty, a tym, ile płacą konsumenci. – Rolnikom proponuje się 10–20 groszy za kilogram warzyw, a w miastach płacicie za nie 3–4 złote. To ja się pytam, gdzie ta cena tak rośnie – podkreślał jeden z mówców.

Protest rolników w Piotrkowie. „Odzyskajmy niepodległość polskiej wsi”

W organizację wydarzenia zaangażowało się środowisko Konfederacji Korony Polskiej. Do Piotrkowa przyjechali rolnicy, działacze i osoby publiczne z różnych części kraju. Na scenie pojawiali się zarówno politycy, jak i rolnicy, którzy na co dzień prowadzą własne gospodarstwa.

Hasło protestu było wyraźne – „odzyskajmy niepodległość polskiej wsi”. Jak podkreślano w kolejnych przemówieniach, miało ono symbolizować sprzeciw wobec obecnego modelu rolnictwa i – ich zdaniem – rosnącej zależności od zewnętrznych regulacji.

Polityczne otwarcie protestu

Jedno z pierwszych wystąpień należało do organizatorów związanych z Konfederacją Korony Polskiej. – To nie jest tylko protest rolników. To sprawa systemowa i polityczna – mówił przedstawiciel organizatorów.

Zapowiedziano też działania bliżej samych rolników i ich problemów. – Chcemy być wśród rolników, spotykać się z nimi, rozmawiać i razem szukać rozwiązań, które naprawdę pomogą polskiej wsi – zaznaczał.

W dalszej części pojawiła się krytyka przemian po 1989 roku oraz decyzji o wejściu Polski do Unii Europejskiej. – Nie bierzemy odpowiedzialności za tych, którzy po okrągłym stole decydowali o losie polskiej wsi, a w 2004 roku oddali ją do Unii Europejskiej – mówił ze sceny.

ASF, dopłaty i rynek pod presją

Tomasz Ognisty, reprezentujący Solidarność Rolników Indywidualnych, skupił się przede wszystkim na tym, jak – jego zdaniem – zmieniają się realia prowadzenia gospodarstw i jak silna staje się presja regulacyjna.

Już na początku mówił wprost o pogarszającej się sytuacji rolników. – Coraz częściej i coraz mocniej widzimy, że polski rolnik ma po prostu coraz gorzej na polskiej wsi – zaznaczał.

Sporo miejsca poświęcił kwestii dopłat i regulacji, które – jak podkreślał – coraz bardziej wpływają na sposób prowadzenia produkcji. – Dziś mówi się nam, co mamy siać, kiedy mamy siać i jak mamy siać. A do tego jesteśmy uzależniani od dopłat. Jeśli nie zrobicie tego – zabierzemy dopłaty. Jeśli nie zrobicie tamtego – zabierzemy dopłaty – mówił, wyliczając kolejne przykłady.

W jego ocenie taki system niewiele ma wspólnego z wolnym rynkiem. – To nie jest już gospodarka wolnorynkowa – podkreślił.

W dalszej części odniósł się do sytuacji w regionie piotrkowskim i problemu ASF. Jak mówił, obserwowane zjawiska budzą jego niepokój. – Nie jestem hodowcą, ale jako rolnik widzę, że w tym terenie zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy wokół ASF i padłych zwierząt, które nagle zaczęły się pojawiać w powiecie piotrkowskim – zaznaczał.

Padły też sugestie dotyczące możliwych przyczyn. – Trzeba sobie postawić pytanie, komu zależy na tym, żeby w zagłębiu hodowlanym w centrum Polski pojawił się ASF – mówił.

W jego wypowiedzi pojawiły się również odniesienia do dużych podmiotów gospodarczych. – To leży w interesie dużych koncernów i zagranicznych korporacji. Rolnicy indywidualni mają zniknąć albo zostać uzależnieni od produkcji pod wybrane firmy – przekonywał.

Ognisty zwrócił też uwagę na zmiany, jakie zaszły w przetwórstwie i handlu. – Spójrzcie, ile wokół nas zniknęło ubojni, małych piekarni czy zakładów rzemieślniczych. Stajemy się coraz bardziej zależni – i to na każdym kroku – mówił.

Dużo emocji wzbudził również temat cen. – Zobaczcie, co się dzieje na rynku warzyw. Ziemniaki, marchew, buraki. Firmy dostarczające do sieci handlowych oferują rolnikom 10–20 groszy za kilogram. To jest poniżej godności rolnika – podkreślał.

Zestawił to z cenami w sklepach. – W miastach płacicie za to 3–4 złote. To ja się pytam: gdzie ta cena tak rośnie? Od 20 groszy do 4 złotych – ile osób na tym zarabia – mówił.

W jego ocenie obecny model rynku może prowadzić do uzależnienia konsumentów. – Jeśli zlikwidujemy gospodarstwa rodzinne, mieszkańcy miast będą całkowicie zależni od żywności. A wtedy to korporacje będą decydować, co jemy, kiedy jemy i ile za to płacimy – zaznaczał.

W wystąpieniu pojawiły się też odniesienia do polityki i relacji z Unią Europejską. – Dzisiejsze czasy przypominają mi kolektywizację i moment wejścia Polski do Unii Europejskiej, która – jak się mówiło – miała przynieść same korzyści – mówił.

Odniósł się również do sytuacji w produkcji trzody chlewnej. – W przypadku tak ważnej dla tego regionu produkcji świń, Polska wytwarza dziś około 60%, a 40% musi kupować – wskazywał.

Na zakończenie podkreślił znaczenie jedności środowiska rolniczego. – Rolnicy walczą o swoją przyszłość, o swoje rodziny i gospodarstwa. Ale tak naprawdę walczymy o całe społeczeństwo – podsumował.

Handel jest przejęty przez obce korporacje

Do problemów ze sprzedażą produktów rolnych odniósł się także rolnik i przedsiębiorca Rafał Foryś. W swoim wystąpieniu skupił się głównie na tym, jak wygląda dziś rynek i jaką rolę odgrywają w nim duże sieci handlowe.

Na początku opowiedział o własnym pomyśle na skrócenie drogi między rolnikiem a konsumentem. – Pochodzę ze wsi, prowadziłem gospodarstwo rodzinne i stworzyłem portal sprzedaży bezpośredniej. To ma być łącznik między mieszkańcem miasta a rolnikiem – tak, żeby bez dodatkowych marż można było kupić zdrową, polską żywność – mówił.

Podkreślał przy tym, że zainteresowanie taką formą zakupów jest realne. – Polacy chcą kupować dobrą żywność. To ma ogromny wpływ na zdrowie. Coraz więcej osób chce jeść lokalnie, od sąsiada, wiedzieć, skąd pochodzi jedzenie – zaznaczał.

Jednocześnie studził oczekiwania wobec samej sprzedaży internetowej. – Taki portal to za mało. To wciąż skala marginalna. Dostęp do żywności powinien być powszechny, codzienny – mówił.

Jak dodawał, chodzi nie tylko o klientów indywidualnych. – To powinno trafiać także do szpitali, szkół, gastronomii, hoteli czy restauracji – wyliczał.

W jego ocenie kluczowy problem leży jednak głębiej – w samej strukturze rynku. – Handel został przejęty przez obce korporacje z zagranicznym kapitałem. I nie ma co się oszukiwać – mówił wprost.

Zwracał uwagę, że dla dużych sieci najważniejszym kryterium jest cena. – Najpierw liczy się cena, potem jakość, a na końcu dopiero pochodzenie – podkreślał. Przedstawił przy tym zupełnie inną hierarchię wartości. – My uważamy, że powinno być odwrotnie. Najpierw pochodzenie, potem jakość, a cena znajdzie się pośrodku – mówił.

Foryś odniósł się też do zmian w codziennych zakupach i funkcjonowaniu handlu detalicznego. – Dziś wielu ludzi pracuje w dyskontach. Podjeżdżasz pod sklep, bierzesz wózek, robisz zakupy, idziesz do kasy samoobsługowej, bo często nie ma już obsługi. To wszystko zajmuje czas, a czas to pieniądz – zauważał.

Zestawił to z sytuacją mniejszych sklepów. – W osiedlowych sklepach czy warzywniakach pracuje często więcej osób na niewielkiej powierzchni niż w ogromnych marketach, które mają po kilka tysięcy metrów – mówił, wskazując na zmiany na rynku pracy.

W jego ocenie potrzebne są konkretne zmiany przepisów, które ułatwią rolnikom działalność. – Trzeba przywrócić wolność gospodarowania rolnikom – podkreślał.

Wskazywał przy tym na konkretne bariery. – Powinna być dozwolona hodowla przyzagrodowa bez zbędnej biurokracji. Tak samo ubój we własnym gospodarstwie. Dziś to w praktyce ogromny problem – mówił.

Porównał sytuację w Polsce z innymi krajami Unii Europejskiej. – W Austrii funkcjonują rzeźnie gospodarskie, w Niemczech ubój pastwiskowy. Jesteśmy w tej samej Unii, więc dlaczego tam można, a u nas nie? – pytał.

Na zakończenie zaznaczył, że proponowane zmiany nie są skomplikowane. – Jest co robić i to nie są trudne rzeczy. Po prostu nikt się tym nie zajmuje – podsumował.

Nadmierne regulacje niszczą rolnictwo

O ekonomii w rolnictwie mówił także Bogusław Domański, przedsiębiorca związany z branżą. W swoim wystąpieniu skupił się przede wszystkim na wpływie przepisów i systemu dopłat na codzienne funkcjonowanie gospodarstw.

Już na początku odwołał się do podstawowych zasad ekonomii, formułując dość mocną tezę. – Jest takie proste prawo. Jeśli chcesz zniszczyć jakąś branżę, wprowadź do niej nadmiar regulacji i poczekaj, aż sama upadnie – mówił.

Po chwili dodał jeszcze ostrzej. – Jeśli chcesz wywołać głód, zrób dokładnie to samo w rolnictwie – zaznaczał. W jego ocenie obecna sytuacja nie jest przypadkowa i rodzi poważne pytania o decyzje polityczne. – Powinniśmy się zastanowić, czy rządzący nie znają podstaw ekonomii, czy może działają świadomie na szkodę Polaków – mówił.

Szczególnie krytycznie odniósł się do systemu dopłat, który – jak podkreślał – w praktyce stawia rolników pod ścianą. – Jeśli rolnik dostaje pieniądze dopiero po spełnieniu całej listy warunków, to to nie jest żadna dopłata. To jest narzędzie nacisku – zaznaczał.

Jak przekonywał, mechanizm ten działa w bardzo prosty sposób. – Nie spełnisz jednego wymogu – tracisz dopłatę. Nie spełnisz kolejnego – znów tracisz. To nie wspiera produkcji, tylko ją ogranicza – mówił.

Jego zdaniem skutki takiego modelu widać już od lat. – Przez lata regulacji i dopłat produkcja rolna w niektórych branżach spadła w porównaniu z latami 80. i 90. – wskazywał.

Zwracał uwagę, że kiedyś system wyglądał inaczej. – W latach 80. nie było dopłat ani tylu regulacji, a produkcja funkcjonowała. To pokazuje, że ten kierunek po prostu nie działa – podkreślał.

W dalszej części przeszedł do kwestii rynku i handlu. – Dopóki handel żywnością będzie zdominowany przez międzynarodowe sieci, nic się nie zmieni – mówił.

Jako rozwiązanie wskazywał większą swobodę dla rolników. – Trzeba stworzyć takie przepisy, żeby rolnik mógł nie tylko produkować, ale też przetwarzać i sprzedawać bezpośrednio do konsumenta – zaznaczał.

Podawał przy tym konkretne przykłady. – Zamiast sprzedawać zboże, powinien móc sprzedać mąkę. Zamiast żywca – gotowe wyroby, na przykład kiełbasy – mówił.

Poruszył też temat jakości żywności, który – jego zdaniem – ma kluczowe znaczenie. – Bez jasnych norm jakości nigdy nie będzie uczciwej konkurencji – podkreślał.

Jak tłumaczył, polscy rolnicy przegrywają z tańszą produkcją z zagranicy. – Nie da się konkurować zdrową żywnością z produktami, które są pełne wypełniaczy czy innych dodatków – mówił.

Na koniec zaznaczył, że problem ma charakter szerszy niż tylko gospodarczy. – Żeby to wszystko zmienić, potrzebne są decyzje polityczne. Bez tego nic się nie zmieni – podsumował.

„Ile my jeszcze wytrzymamy?”

Jednym z najbardziej poruszających momentów protestu było wystąpienie Lucyny Kłody, rolniczki prowadzącej gospodarstwo rodzinne. Jej słowa były osobiste, pełne emocji i wyraźnie pokazywały, jak zmiany w rolnictwie przekładają się na codzienne życie.

Już na początku zwróciła się bezpośrednio do zgromadzonych. – Powiedzcie mi, jak długo my jeszcze wytrzymamy? Ile jeszcze wytrzymamy tego, co się dzieje z naszym rolnictwem? – pytała.

Jak mówiła, problemy nie pojawiły się nagle, lecz narastały przez lata. – Rozmontowują nas kawałek po kawałku od wielu lat – zaznaczała. Zwracała uwagę na podziały wewnątrz branży. – Skłócają produkcję roślinną z produkcją zwierzęcą – dodawała.

W swoim wystąpieniu przywołała też konkretne dane dotyczące spadku pogłowia trzody chlewnej. – W 2010 roku w Polsce było prawie 15 milionów świń. Dziś nie wiem, czy jest osiem milionów – mówiła.

Podkreślała, że problemy dotykają wielu sektorów jednocześnie. – Zobaczcie, co się dzieje z ASF czy grypą ptaków. Całe kurniki są likwidowane. Jeszcze trochę i nie będzie ani kur, ani kaczek, ani jajek – zaznaczała.

Jej zdaniem konsekwencje mogą być poważne. – Będziemy wszystko sprowadzać – mówiła wprost.

Z tym wiązała także obawy o jakość żywności. – A jeśli będziemy sprowadzać, to czy będziemy wiedzieć, co jemy i skąd to pochodzi? – pytała.

– Nie wiemy, co trafia na stoły naszych dzieci i naszych rodzin – dodawała.

Odniosła się również do sytuacji poza granicami Polski. – U nas likwiduje się hodowle całymi powiatami, a kilkadziesiąt kilometrów dalej od granicy powstają ogromne fermy. U nas się nie da, a tam można wszystko – mówiła.

Podkreślała przy tym, że rolnictwo to system naczyń połączonych. – Jeśli nie obronimy hodowli, nie obronimy też produkcji zbóż. To wszystko jest ze sobą powiązane – zaznaczała. – Nieważne, czy ktoś produkuje zboże, hoduje zwierzęta czy uprawia warzywa. Jesteśmy jednością i musimy o tym pamiętać – dodawała.

W dalszej części zwróciła uwagę na regulacje, które – jej zdaniem – ograniczają swobodę rolników. – Mówi się nam, co mamy hodować, ile, kiedy i w jakich warunkach. To oznacza jedno – odbiera się nam wolność – mówiła.

Jej wystąpienie miało też wyraźny, ostrzegawczy ton. – Naród bez własnej produkcji żywności będzie narodem głodnym – podkreślała.

– A jeśli ktoś zacznie nam limitować żywność, to będzie też ograniczał naszą wolność – dodawała.

Na zakończenie zaapelowała o jedność środowiska rolniczego. – Jeśli się zjednoczymy, nikt nas nie ruszy – mówiła. I wróciła do pytania, od którego zaczęła. – Polski rolnik zawsze był wytrwały i cierpliwy. Tylko jak długo jeszcze damy radę to wszystko wytrzymać? – zakończyła.

Młode pokolenie o rosnących wymogach

Głos podczas protestu zabrał także Dominik Grabiński, młody rolnik, który skupił się na nowych przepisach i coraz większej liczbie obowiązków administracyjnych nakładanych na gospodarstwa.

Już na początku zaznaczył, że chce odnieść się do aktualnych zmian w prawie. – Chciałbym poruszyć jeden temat, który jest teraz na bieżąco – ustawę o dobrostanie zwierząt – mówił.

Jak podkreślał, jego zdaniem proponowane regulacje rozmijają się z deklarowanym celem. – Mam wrażenie, że tylko nazwa mówi o dobrostanie zwierząt. W samej ustawie trudno znaleźć coś, co rzeczywiście dotyczy dobrostanu – zaznaczał.

W jego ocenie rolnicy muszą przygotować się na kolejne ograniczenia. – Nadchodzą następne restrykcje, nowe normy i kolejne wymagania. Tylko pytanie – czy my tego chcemy jako rolnicy? Nie – mówił wprost.

Dużo miejsca poświęcił też rosnącej biurokracji. – To już jest po prostu biurokracja. Pojawiają się kolejne numery identyfikacyjne, nowe obowiązki w weterynarii, kolejne książki, które trzeba prowadzić – wyliczał.

Zwracał uwagę, że przekłada się to na codzienną pracę. – Jeśli ktoś naprawdę pracuje w gospodarstwie, to i tak musi siedzieć na miejscu i zajmować się papierami – dodawał.

W jego opinii skala obowiązków zaczyna realnie ograniczać działalność rolników. – Musimy z tym walczyć. Nie możemy pozwolić, żeby biurokracja wygrała na polskiej wsi – podkreślał.

Odniósł się też do samego protestu i jego znaczenia. – Właśnie dlatego tu jesteśmy – żeby pokazać, że zależy nam na polskim rolnictwie i że są ludzie, którzy chcą coś zmienić. Że jest jeszcze nadzieja – mówił.

Na zakończenie zwrócił uwagę na szerszy kontekst, jakim jest bezpieczeństwo żywnościowe kraju. – Polska musi opierać się na rolnictwie i musi być w tym zakresie suwerenna – zaznaczał.

– Jeśli stracimy suwerenność żywnościową, to w praktyce stracimy państwo. Bo kto nas wyżywi, jeśli nie my sami? Nikt nie da nam jedzenia z własnej lodówki – dodał wprost.

„Pół roku i nikt tego nie wyjaśnił”

Do sytuacji w regionie piotrkowskim odniósł się także Janusz Terka – rolnik od lat zaangażowany w działania środowiska i organizację protestów. W swoim wystąpieniu skupił się przede wszystkim na ASF oraz – jak podkreślał – braku skutecznej reakcji ze strony państwa.

Na początku zaznaczył, że mówi z perspektywy praktyka. – Jestem rolnikiem, który urodził się, mieszka i pracuje na ziemi piotrkowskiej – podkreślał.

Zwrócił też uwagę na znaczenie regionu dla produkcji trzody chlewnej. – Powiat piotrkowski to miejsce, gdzie produkuje się wysokiej jakości wieprzowinę. To jeden z liderów w tej branży – mówił.

W dalszej części przeszedł do problemu ASF, który – jego zdaniem – szczególnie mocno dotknął ten obszar. – Mamy końcówkę 2025 roku i nagle w tym zagłębiu trzody chlewnej pojawia się ASF. Ktoś w bardzo sprytny sposób to tutaj „podrzuca” – mówił.

Zwracał uwagę na zapowiedzi działań ze strony instytucji państwowych. – Słyszymy deklaracje, że sprawa zostanie wyjaśniona, że służby będą działać – zaznaczał.

Po chwili dodał jednak z wyraźną frustracją:

– Mamy zaraz maj. Minęło pół roku i żadna ze służb tej sprawy nie wyjaśniła – podkreślał.

W jego ocenie to pokazuje szerszy problem. – To mówi wszystko o tym, w jakim miejscu jesteśmy jako rolnicy – mówił. Jak dodawał, rolnicy często czują się ignorowani. – Dużo się o nas mówi, ale w praktyce instytucje państwowe niewiele robią albo nie chcą zrobić – zaznaczał.

Odniósł się także do relacji między rolnikami a decydentami. – Czasem jesteśmy wyśmiewani, słyszymy, że się nie znamy. Tylko jak można powiedzieć rolnikowi, że nie zna się na rolnictwie? – pytał.

Podkreślał też skalę codziennych problemów. – Rolnik powinien móc pracować, a nie bez końca walczyć z urzędami, zakazami i nakazami – mówił.

W jego wypowiedzi pojawiła się również krytyka sposobu tłumaczenia decyzji przez instytucje. – Państwo ciągle zasłania się tym, że „takie są przepisy unijne” – zaznaczał. – To jest po prostu hipokryzja władzy – dodawał.

Sporo miejsca poświęcił samemu ASF, wskazując na jego skalę i konsekwencje. – Mówiło się, że sytuacja jest pod kontrolą. Nic bardziej mylnego – podkreślał. – My z ASF-em walczymy, ale go nie zwalczamy. To stało się ogromnym biznesem – mówił.

Zwracał też uwagę na koszty, jakie ponoszą rolnicy. – Każdy, kto pracuje przy zwalczaniu ASF, dostaje wynagrodzenie. A rolnicy za to wszystko płacą – zaznaczał.

Na koniec odniósł się do szerszego kontekstu rynku żywności. – Żywność z drugiego końca świata ma dziś szeroko otwarte drzwi – mówił.

– Na polskiej wsi coraz trudniej zobaczyć krowę czy świnię. To zaczyna być egzotyczne – zauważył. Swoje wystąpienie zakończył wyraźnym wnioskiem. – Jeśli chcemy mieć polską żywność i być niezależni, musimy zmienić politykę rolną – podsumował.

„W warunkach Unii Europejskiej to się nie uda”

Na zakończenie protestu głos zabrał obecny n aproteście eurodeputowany Grzegorz Braun. Już na początku podkreślił znaczenie rolnictwa dla państwa. – Pomyślność Polski to pomyślność polskich gospodarzy – mówił.

W jego wystąpieniu rolnictwo pojawiało się nie tylko jako jedna z gałęzi gospodarki, ale jako fundament bezpieczeństwa i stabilności kraju. – Bez samowystarczalności, bez bezpieczeństwa żywnościowego nie będzie normalnego życia – zaznaczał.

Nawiązując do wcześniejszych wypowiedzi rolników, wskazywał, że problemy takie jak regulacje, struktura rynku czy napływ importowanej żywności nie są – jego zdaniem – przypadkowe ani ograniczone tylko do jednej branży.

Jak przekonywał, wynikają one z szerszego modelu funkcjonowania państwa i jego relacji międzynarodowych. W tym kontekście przedstawił jednoznaczną ocenę możliwości zmian. – W warunkach Unii Europejskiej to się nie uda – podkreślił.

W jego opinii postulaty, które pojawiały się podczas protestu – większa swoboda dla rolników, odbudowa krajowej produkcji czy ograniczenie wpływu dużych podmiotów – nie są możliwe do zrealizowania w obecnym układzie instytucjonalnym.

Mniej biurokracji, więcej niezależności

Choć wystąpienia różniły się tonem, ich przekaz był spójny. Rolnicy mówili przede wszystkim o jednym: coraz trudniej normalnie pracować. Wskazywali na rosnącą biurokrację, wysokie koszty i problemy ze sprzedażą w realiach, które – ich zdaniem – coraz mniej przypominają wolny rynek.

W tle tych głosów pojawiał się szerszy niepokój – o przyszłość gospodarstw rodzinnych, napływ żywności z zagranicy i realną opłacalność produkcji. Wielokrotnie powracał postulat większej swobody działania i ograniczenia regulacji, które – jak podkreślano – zamiast pomagać, coraz częściej utrudniają funkcjonowanie.

To, co łączyło większość wypowiedzi, to także pytanie o kierunek zmian. Nie tylko w rolnictwie, ale szerzej – w całym systemie, który wpływa na to, jak produkuje się i sprzedaje żywność w Polsce.

To dopiero początek

Organizatorzy nie mają wątpliwości – protest w Piotrkowie Trybunalskim to nie jednorazowe wydarzenie, ale część większego ruchu. Zapowiedzieli kolejne spotkania i dalszą mobilizację środowiska rolniczego.

– To jest tylko jeden z przystanków w naszej walce – podkreślali ze sceny.

Jakub Dobrosz
Autor Artykułu:Jakub Dobrosz

Jakub Dobrosz - redaktor prowadzący portalu Warzywa.pl, autor publikacji o rynku warzyw, uprawie, dofinansowaniach i polityce rolnej. Od 2021 roku przygotowuje artykuły, reportaże i analizy poświęcone najważniejszym wyzwaniom producentów warzyw. W pracy opiera się na danych instytucji naukowych, administracji publicznej oraz literaturze eksperckiej. Jego teksty ukazują się również w Topagrar.pl i Tygodnik-rolniczy.pl.
Kontakt: [email protected]

Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
25. kwiecień 2026 15:00