Podczas niedawnego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony i Rozwoju Polskiej Produkcji Rolnej w Sejmie wybrzmiał jednoznaczny przekaz: jeśli rolnik nie może inwestować na własnej ziemi, zagrożone jest bezpieczeństwo żywnościowe kraju.
Projekty grzęzną w procedurach i protestach
Coraz więcej inwestycji rolniczych napotyka na bariery administracyjne, protesty mieszkańców (często przyjezdnych z miasta) i wieloletnie postępowania odwoławcze.
Problem dotyczy nie tylko dużych ferm, ale również budowy magazynów, suszarni, biogazowni rolniczych czy zakładów przetwórczych – czyli inwestycji związanych z produkcją żywności i rozwojem gospodarstw.
– Gdzie ma polski rolnik inwestować, jak nie na polskiej ziemi? Albo to prawo własności faktycznie posiadamy, albo jest to zwyczajna fikcja – mówił Jan Ogił, prezes Stowarzyszenia dla Powiatu i inicjator posiedzenia.
Rolnik z Podlasia: wszystkie opinie są pozytywne, a inwestycja stoi
Jednym z najbardziej wymownych przykładów była historia Łukasza Harasima, rolnika z gminy Sidra w województwie podlaskim.
Wraz z rodziną prowadzi gospodarstwo od pokoleń. Produkuje mleko, drób i zboża, a także świadczy usługi transportowe dla sektora rolnego. Planuje budowę fermy drobiu w pobliżu własnych zabudowań.
Jak podkreślał, raport oddziaływania na środowisko uzyskał pozytywne opinie wszystkich instytucji. – Chcę inwestować, chcę produkować żywność w jak najlepszy sposób – mówił.
Mimo to postępowanie wydłuża się po konsultacjach społecznych. – Myślę, że największym utrudnieniem są sąsiedzi, bo de facto wszystkie opinie są pozytywne – wskazywał rolnik.
Mieszkańcy protestujący przeciwko inwestycji podnoszą przede wszystkim kwestie uciążliwości zapachowych, zwiększonego ruchu pojazdów oraz obawy o spadek wartości nieruchomości.
GDOŚ: protest nie może blokować inwestycji
Piotr Otawski z Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (GDOŚ) podkreślił, że obowiązujące przepisy nie pozwalają odmawiać wydania decyzji środowiskowej wyłącznie z powodu sprzeciwu części mieszkańców.
– Sam fakt istnienia konfliktu społecznego nie jest podstawą do odmowy wydania decyzji – zaznaczył.
Jak wyjaśnił, decyzja środowiskowa nie zastępuje planowania przestrzennego i nie może być wykorzystywana jako narzędzie do rozstrzygania lokalnych sporów.
– Jeżeli gospodarka wodna, gospodarka wodnościekowa i gospodarka odpadami wypełniają normy przewidziane polskim prawem, organ nie może odmówić wydania decyzji tylko z tego powodu, że jest konflikt społeczny – podkreślał.
Jednocześnie zwrócił uwagę na przewlekłość postępowań.
– Średnia rozstrzygania spraw w obszarze środowiska to czasami nawet ponad trzy lata – mówił, odnosząc się do spraw trafiających do sądów administracyjnych.
Decyzje środowiskowe mają trafić do starostów
Przedstawiciele GDOŚ proponują przeniesienie wydawania decyzji środowiskowych z poziomu gmin do powiatów.
Według danych zaprezentowanych podczas posiedzenia w wielu małych gminach na prowadzenie postępowań środowiskowych przeznacza się zaledwie 0,1–0,2 etatu, a rocznie wydawana jest jedna lub dwie decyzje.
– W wielu miejscach przed wyborami samorządowymi wydawanie decyzji środowiskowych ustaje – przyznał Piotr Otawski.
Zdaniem przedstawicieli GDOŚ oddzielenie procesu decyzyjnego od lokalnych napięć społecznych może zwiększyć przewidywalność inwestycji rolniczych.
Młodzi rolnicy: polska wieś nie może stać się skansenem
Podczas debaty podkreślano, że Polska należy do krajów Unii Europejskiej o wysokim udziale młodych rolników. Jednocześnie uczestnicy posiedzenia zwracali uwagę, że bez możliwości rozwoju gospodarstw ten potencjał może zostać szybko utracony.
– Rolnik chce wybudować oborę? Protest. Chce postawić magazyn lub suszarnię? Protest. Chce uruchomić biogazownię? Protest. Chce rozwinąć przetwórstwo rolne? Kolejne miesiące procedur i odwołań – wyliczał Bartosz Wieczorek, przedstawiając stanowisko młodych rolników z Warmii i Mazur.
– Polska wieś nie może stać się skansenem. Musi być miejscem produkcji żywności, miejsc pracy i miejsc inwestycji – podkreślał.
Nie tylko protesty. Rolnicy obawiają się niestabilności rynku
Uczestnicy debaty zwracali uwagę, że rozwój gospodarstw utrudniają nie tylko procedury administracyjne, ale także rosnąca niepewność ekonomiczna.
Kamil Kowalski, producent ziemniaków z Warmii i Mazur, mówił o wielomilionowych nakładach i gwałtownym załamaniu rynku.
– Nie jesteśmy w stanie myśleć o przyszłości, jeżeli w tym momencie nie mamy pieniędzy na spłatę kredytów – podkreślał.
Rolnicy wskazują, że przeciągające się procedury oznaczają wzrost kosztów budowy, ryzyko utraty dofinansowania i trudności ze spłatą zobowiązań.
– Rolnicy nie oczekują specjalnego traktowania. Oczekują stabilnych zasad, które pozwolą im odpowiedzialnie rozwijać swoje gospodarstwa – mówił Kowalski.
Czego oczekują rolnicy?
Podczas debaty najczęściej powtarzały się następujące postulaty:
- skrócenie czasu wydawania decyzji środowiskowych i ograniczenie przewlekłych postępowań,
- uproszczenie procedur administracyjnych,
- stabilne i przewidywalne przepisy prawa,
- skuteczna ochrona gruntów rolnych przed niekontrolowaną zabudową,
- jasne zasady lokalizacji inwestycji rolniczych.
Kiedy wejdą nowe przepisy?
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi pracuje nad ustawą o ochronie rolniczych funkcji produkcyjnych wsi.
Projekt ma ograniczyć konflikty wokół tzw. immisji, czyli oddziaływań związanych z prowadzeniem działalności rolniczej, takich jak zapachy, hałas czy ruch pojazdów.
Do projektu wpłynęło ponad 400 uwag zgłoszonych podczas konsultacji społecznych. Obecnie są one analizowane, a w najbliższym czasie projekt ma trafić do Stałego Komitetu Rady Ministrów.
Jeśli projekt zostanie przyjęty przez rząd, dalsze prace legislacyjne będą prowadzone w Sejmie.
Retransmisję posiedzenia zespołu można obejrzeć tutaj.
Krzysztof Zacharuk
