W regionie działa około 1100 gospodarstw utrzymujących świnie. Ryzyko ASF jest tu realne i bardzo wysokie, tym bardziej że dzików nie brakuje, a pożywienia mają pod dostatkiem – chociażby w uprawach kukurydzy. Gdy więc w lesie pojawia się martwy, oskórowany dzik zakażony wirusem, sprawa natychmiast wykracza poza zwykłą interwencję weterynaryjną. Na miejscu pojawia się policja, prokuratura, a nawet ABW. Pojawia się też podejrzenie, że to nie był „zwykły” przypadek, tylko celowe podrzucenie tuszy.
To nie był typowy przypadek
Rolnicy od dawna alarmowali, że mają do czynienia z podobnymi sytuacjami. Zgłaszali je, ale jak mówią – nikt nie traktował tego poważnie. Ich zdaniem takich przypadków w skali kraju było znacznie więcej, tylko służby wcześniej je lekceważyły. Tym razem sprawa wypłynęła, bo znalazł się ktoś, kto nie odpuścił.
– Gdyby nie determinacja Janusza Terki, pewnie i ten przypadek nigdy nie ujrzałby światła dziennego – mówi producent tuczników Bogusław Kołodziejczyk z okolic Piotrkowa.
Powiatowy lekarz weterynarii, Konrad Dereń, potwierdza, że nie był to „typowy” przypadek padłego dzika. To rzeczywiście była oskórowana tusza, najprawdopodobniej przywieziona w to miejsce, a nie zwierzę, które zdechło tam naturalnie. W jaki sposób dzik znalazł się w lesie – to miało wyjaśnić dochodzenie służb. I właśnie tu zaczyna się największa frustracja rolników.
Tusza była niezabezpieczona!
Ludzie z terenu liczyli na przełom. Po raz pierwszy ktoś oficjalnie przyznał, że mamy do czynienia z podrzuconym dzikiem. Ale – jak podkreślają – powiedzieć to jedno, a przeprowadzić rzetelne postępowanie to drugie. Janusz Terka zwraca uwagę, że już w pierwszych godzinach po znalezieniu tuszy popełniono jego zdaniem kluczowy błąd: nie zabezpieczono w całości materiału dowodowego. Dzik został potraktowany zgodnie z „standardową procedurą weterynaryjną” – pobrano próbkę, reszta została zutylizowana, czyli spalona.
– Jeśli tuszy nie ma, to na czym służby mają pracować? – pyta rolnik. I dodaje, że gdyby policja, ABW i prokuratura faktycznie potraktowały sprawę priorytetowo, inaczej wyglądałoby zabezpieczenie dowodów.
Dziś wiemy już, że śledczy nie potwierdzili scenariusza sabotażu ani „wschodniej dywersji”, o której w grudniu mówił minister rolnictwa Stefan Krajewski. ABW wycofała się ze sprawy, a postępowanie przekazano Państwowej Straży Łowieckiej i policji w Piotrkowie. Według oficjalnej wersji najbardziej prawdopodobne jest to, że był to efekt działalności kłusowników, którzy mogli zostać spłoszeni podczas oprawiania zwierzęcia w lesie. Na tę wersję rolnicy patrzą z dużą nieufnością. Minęły dwa miesiące, a – jak mówią – efektów prac służb nie widać, nawet nie wiadomo oficjalnie, kto zgłosił dzika przez mapę zagrożeń.
Realne straty i strach
Tymczasem konsekwencje dla okolicznych gospodarstw są bardzo konkretne. Choć choroba dotyczy na razie wyłącznie dzików, lokalni producenci od kilku tygodni otrzymują za tuczniki około 5% mniej niż rolnicy spoza strefy. Przy obecnych, wciąż niezadowalających cenach skupu każda taka obniżka to cios w opłacalność.
– Rolnik niczym nie zawinił, a ma trudności ze zbytem. Zakłady mięsne ewidentnie to wykorzystują i obniżają ceny – mówi Kołodziejczyk. Z goryczą dodaje, że może być „dumny”, bo wokół ogniska ASF wprowadzono żółtą strefę – jego gospodarstwo znalazło się na obszarze objętym restrykcjami z powodu choroby u dzików. Teraz rolnicy mają się cieszyć, że jeśli przez trzy miesiące nie pojawią się kolejne przypadki poza strefą „zero”, to ograniczenia zostaną zniesione.
Nastroje na wsi są coraz bardziej nerwowe. Choć w grudniu wprowadzono na tym terenie dodatkowe odstrzały sanitarne, rolnicy łapią się za głowę, patrząc na skalę problemu. Liczby, które padają, są alarmujące: w samej strefie „zero” znaleziono około 40 dzików, do tego 30 kolejnych biega po okolicy. To daje około 70 dzików na obszarze 25 kilometrów kwadratowych, czyli mniej więcej 3 dziki na 1 km². Rekomendowany poziom, przy którym populacja mogłaby być względnie pod kontrolą, to 0,1 dzika na kilometr kwadratowy.
– Przekroczyliśmy tę wartość o 300% – wylicza Terka.
Rolnicy nie rozumieją, dlaczego – ich zdaniem – znów bardziej chroni się dziki niż ich chlewnie. W ich oczach sytuacja jest prosta: jeśli wirus jest już w lesie i na polach, przeniknie w końcu do stad świń, niezależnie od tego, jak restrykcyjnie będzie przestrzegana bioasekuracja. Dlatego krytykują zakaz polowania na dziki w strefie objętej zakażeniem ASF u dzików.
Jedno z pytań, które najczęściej pada wśród hodowców, brzmi dziś: dlaczego ten obszar nie został ogrodzony? Dlaczego nie powstała żadna fizyczna bariera, która ograniczyłaby migrację chorych zwierząt? Inspekcja Weterynaryjna broni swoich decyzji, powołując się na wspomnianą analizę ryzyka, ale dla gospodarstw, które patrzą na swoje chlewnie, kredyty i kontrakty, to tłumaczenie brzmi coraz mniej przekonująco.
Pełna historia „dzika zero”, kulisy działań służb, emocje rolników i argumenty lekarzy weterynarii układają się w mocny, wielowątkowy obraz tego, jak wygląda walka z ASF widziana z pola, z lasu i z biura powiatowego lekarza. W naszym reportażu w lutowym wyadniu "top świnie" możesz prześledzić tę sprawę krok po kroku – od pierwszego zgłoszenia, przez wejście ABW, po obecne śledztwo i realne skutki dla cen tuczników oraz przyszłości lokalnych gospodarstw.
Ten artykuł pochodzi z wydania top świnie 2/2026
czytaj więcej
