Na początku 2026 roku w Polsce działały 43 574 stada, utrzymujące 9,29 mln świń. I niemal wszystko, co wydarzyło się w 2025 roku, prowadzi do jednego wniosku: produkcja trzody przestaje być rozproszona. Coraz bardziej przypomina system oparty na wąskiej grupie dużych, wyspecjalizowanych producentów, którzy w coraz większym stopniu przejmują ciężar podaży. Jak wynika z analizy danych ARiMR, którą przygotowało GOBARTO, reszta – niezależnie od tego, czy mówimy o małych chlewniach, czy o całkiem solidnych gospodarstwach rodzinnych – stopniowo wypada z gry.
Granica 1 000 świń stała się granicą przetrwania
W całym segmencie do 1 000 świń rynek się cofa. Spada zarówno liczba stad, jak i pogłowie. Najmocniej kurczą się przedziały, które przez lata były uznawane za „bezpieczne” i towarowe: od kilkudziesięciu do kilkuset sztuk.
Efekt liczbowy jest bezlitosny:
- segment 51–100 świń stracił niemal 38 tys.,
- przedział 21–30 świń – ponad 16,6 tys.,
- 31–40 świń – kolejne 16,1 tys.,
- nawet gospodarstwa 101–1000 świń zanotowały spadek pogłowia.
W tym samym czasie wydarzyło się coś, co zmienia całą narrację rynku. Sytuacja rynkowa doprowadziła do tego, że chów nawet kilkuset tuczników przestaje być już buforem bezpieczeństwa.
Presja kosztowa, rosnące wymogi bioasekuracji, potrzeba inwestycji i coraz mniejsza tolerancja rynku na półśrodki sprawiają, że produkcja w tej skali traci ekonomiczne uzasadnienie. Efekt? Jednoczesny spadek liczby stad i pogłowia w całym segmencie do 1 000 świń. To już nie jest chwilowe wahnięcie – to realne kurczenie się tej części rynku.
Duże fermy przejmują wszystko: produkcję, ryzyko i odpowiedzialność
Wzrost pogłowia w 2025 roku ma jedno źródło i jedno tylko miejsce: większe gospodarstwa. To one nie tylko zrekompensowały straty pozostałych segmentów, ale faktycznie „udźwignęły” krajowy wzrost liczby świń. Bez nich bilans rynku byłby jednoznacznie ujemny.
To fundamentalna zmiana. Oznacza, że dziś stabilność podaży wieprzowiny w Polsce zaczyna zależeć od relatywnie niewielkiej grupy producentów, którzy operują na większą skalę, mają dostęp do kapitału i potrafią zarządzać produkcją jak przedsiębiorstwem, a nie jak dodatkiem do gospodarstwa.
Mapa trzody się rozjeżdża. Jedne regiony oddają produkcję, inne ją przejmują
Równolegle zmienia się geografia rynku. Coraz wyraźniej rysują się regiony, które tracą znaczenie – tam likwidacja stad nie jest już kompensowana koncentracją – oraz województwa, które utrzymują i przejmują rolę produkcyjnych centrów.
To nie jest kosmetyczna korekta, lecz trwała przebudowa. Produkcja skupia się tam, gdzie istnieją warunki do rozwoju dużych ferm: infrastruktura, zaplecze paszowe, doświadczenie i skala. Czas pokaże, czy zatem w pozostałych regionach chów trzody staje się działalnością schyłkową.
Jedna liczba mówi wszystko: nie ma ani jednego województwa „na plusie”
Najbardziej wymowny jest jednak inny fakt. W 2025 roku w żadnym województwie w Polsce nie przybyło stad trzody chlewnej. Nawet tam, gdzie pogłowie rośnie, liczba gospodarstw spada. To jasny sygnał, że koncentracja nie jest lokalnym problemem ani chwilowym trendem – to ogólnokrajowy kierunek, który się utrwala.
Czy to nowy porządek? Wszystko wskazuje na to, że polska produkcja trzody chlewnej weszła w etap, w którym pytanie nie brzmi już „czy rynek się skoncentruje”, ale jak szybko i jak głęboko to nastąpi. Model oparty na dużych, profesjonalnych gospodarstwach przestaje być jedną z opcji – staje się dominującą rzeczywistością.
Dla części producentów to zła wiadomość. Dla innych – jasny sygnał, w którą stronę trzeba iść, jeśli chce się zostać w branży na dłużej. Jedno jest pewne: rok 2025 zapisze się jako moment, w którym polska trzoda definitywnie zmieniła swoją strukturę.
