Za Odrą pełna stagnacja – już kolejny tydzień stawka za tuczniki utrzymuje się na poziomie 1,45 euro za kilogram E-klasy. Przy kursie około 4,20 zł za euro daje to ok. 6,09 zł/kg w przeliczeniu na polską walutę. To punkt odniesienia dla całej Europy i jednocześnie barometr nastrojów na rynku. Problem w tym, że ta pozorna stabilność może wkrótce się skończyć. W branży od kilku tygodni krąży scenariusz możliwych obniżek cen na początku lutego. Powód? Słaby zbyt w Europie oraz „zalanie” unijnego rynku przez hiszpańską wieprzowinę. Jeśli niemiecka giełda faktycznie ruszy w dół, fala może szybko przelać się na inne kraje, w tym Polskę.
Polska: podwyżki, zbliżenie do niemieckiego poziomu
Na krajowym rynku trzody chlewnej widać wyraźnie, że żywca jest mniej, a zakłady muszą o niego powalczyć.
– Na ten tydzień zakłady mięsne podnoszą ceny o około 30 groszy na wbc. Aktualnie stawki za E-klasę oscylują wokół 6,00 zł/kg. Oznacza to, że polskie ceny praktycznie dochodzą do poziomu niemieckiego – różnica to już tylko ok. 9 groszy – mówi nam Maciej Łagoda z Agrointegracji.
Rynek wysyła więc sygnał: zaczęliśmy doganiać Zachód. Jednocześnie w komentarzach do aktualnych notowań słychać przewidywania, że po tym ruchu może przyjść okres wyraźnej stabilizacji.
– Właśnie dlatego, że wyrównaliśmy się do rynku niemieckiego, który nadal stoi w miejscu. Nad wszystkim jednak wisi widmo potencjalnego spadku cen w Niemczech na początku lutego. Gdyby ten scenariusz się sprawdził, trudno będzie utrzymać obecny poziom w Polsce – komentuje Łagoda.
Prosięta: ceny idą w górę, rynek patrzy na przyszłość
Równolegle na podwyżki reaguje rynek prosiąt do tuczu.
– Ceny warchlaków duńskich ze statusem SPF dziś mieszczą się w widełkach 250–280 zł za sztukę, ale już słychać zapowiedzi, że w przyszłym tygodniu może to być nawet 300 zł. To jasny sygnał, że rynek spodziewa się dalszego ożywienia po stronie tuczników, mimo że obecne stawki są wciąż poniżej oczekiwań wielu producentów – wskazuje rolnik.
Wyższe ceny prosiąt oznaczają wyższy próg opłacalności tuczu. Jeśli więc giełda niemiecka faktycznie osłabnie, a za nią spadną stawki w Polsce, wielu hodowców może znaleźć się w bardzo trudnym położeniu: drogie wstawienie, tańszy odbiór.
Agrointegracja: od kilku do nawet 7 tys. tuczników tygodniowo
Z perspektywy dzisiejszego rynku skala produkcji ma coraz większe znaczenie. Agrointegracja sprzedaje tygodniowo od 3,5–4 tys. do nawet 7 tys. tuczników – w zależności od sytuacji na rynku.
– W słabszych tygodniach, takich jak obecny, gdy podaż świń jest niższa, sprzedaż spada do około 3–3,5 tys. świń, a część producentów świadomie wstrzymuje się z większą sprzedażą w oczekiwaniu na wyższe ceny – wyjaśnia Łagoda.
To dobry przykład, jak elastycznie zaczyna działać rynek: przy mniejszej podaży i widocznej szansie na podwyżki pojawia się skłonność do „przetrzymania” części partii. Jednocześnie jednak ryzyko ewentualnych spadków w Niemczech sprawia, że ta strategia wymaga sporej odwagi.
Struktura pogłowia świń: mniej stad, więcej świń w dużych gospodarstwach
W tle notowań cenowych rozgrywa się poważna zmiana strukturalna w polskiej produkcji trzody (TUTAJ). W ostatnich dniach pojawiły się dane, z których wynika, że w ubiegłym roku z mapy Polski zniknęło ponad 4 tysiące stad świń. Mimo to krajowe pogłowie delikatnie wzrosło – do około 9,3 mln sztuk.
Co to oznacza w praktyce? Maleje liczba małych i średnich stad w przedziale do 1000 zwierząt, a rośnie liczba stad powyżej tego progu. Innymi słowy – wiele mniejszych gospodarstw się wycofuje, a produkcja koncentruje się w rękach większych podmiotów, jasno widać, że zaczyna liczyć się skala.
Coraz częściej pada wprost stwierdzenie: chów kilkuset tuczników jest, a w najbliższym czasie będzie już całkowicie nieopłacalny. Rosnące koszty pracy, pasz, energii i obsługi formalno-prawnej wypychają z rynku tych, którzy nie są w stanie rozłożyć wydatków na większą liczbę zwierząt. Zdaniem Łagody kierunek jest jednoznaczny – globalizacja i tworzenie większych, wyspecjalizowanych ferm.
Skala i specjalizacja zamiast „wszystkiego po trochu”
Zdaniem praktyków przyszłość należy do gospodarstw, które postawią na specjalizację. Jeżeli ktoś produkuje tucznika – powinien skupić się na tuczu. Jeżeli warchlaka – wyspecjalizować się w odchowie prosiąt i ich sprzedaży. Próby łączenia wszystkiego w jednym, niewielkim gospodarstwie coraz częściej okazują się pułapką kosztową. W ostatecznym rozrachunku wciąż najlepiej na rynku odnajdują się stada produkcujące w cyklu zamkniętym, których zysk nie zależy od ogromnych wahań na rynku warchlaków do tuczu.
Co ważne, stada liczące powyżej tysiąca tuczników nie muszą oznaczać wielkich, anonimowych ferm przemysłowych. W wielu przypadkach to nadal gospodarstwa rodzinne. Przykład podaje Łagoda:
– Moje gospodarstwo jest rodzinne, liczy około 1200 tuczników i jest prowadzone z pokolenia na pokolenie. Dziś z takiej skali można jeszcze „dobrze wyżyć”, ale po woli pojawia się refleksja, że za 5–10 lat może być potrzebne 2000 sztuk i więcej, by utrzymać konkurencyjność – wylicza rolnik.
Co dalej z cenami?
Rynek tuczników w Polsce wyszedł delikatnie w górę i zbliżył się do notowań niemieckich. Prosięta drożeją, co świadczy o oczekiwaniach co do przyszłego popytu. Jednocześnie nad całym europejskim rynkiem wisi widmo spadków za Odrą na początku lutego, wywołanych słabym zbytem i presją taniej wieprzowiny z Hiszpanii.
Producenci, integratorzy i zakłady mięsne w Polsce będą teraz uważnie śledzić niemiecki parkiet. Od tego, czy prognozowane obniżki się zmaterializują, może zależeć, czy obecne lekkie odbicie cen w Polsce przerodzi się w dłuższy okres stabilnych, akceptowalnych stawek – czy raczej w krótką „przerwę” przed kolejną korektą w dół.
Na razie jedno jest pewne: na rynku świń zostaną ci, którzy połączą skalę, specjalizację i chłodną analizę notowań – zarówno w Polsce, jak i na kluczowych giełdach zagranicznych – dlatego zachęcamy do śledzenia na bieżąco naszych notowń.
