StoryEditor

UE–Mercosur przegłosowane, gnojówka pod domem ministra. Gdzie są granice rolniczego protestu? [FELIETON]

Wolałbym napisać: „Mleko się rozlało”, ale niestety – rozlała się gnojówka. Gdyby wydarzyło się to w sezonie, na polu, nie byłoby tematu. Ale wylała się pod domem ministra Krajewskiego, który stał się jedną z pierwszych „ofiar” przegłosowanej w piątek umowy UE z Mercosur. Pytanie tylko: czy słusznie?

10.01.2026., 14:03h

Protesty rolników to zawsze emocje. Trudno się im dziwić. Są zdezorientowani tym, co dzieje się nie tylko wokół umowy UE–Mercosur, ale generalnie w rolnictwie. Świat się zmienia, toczą się wojny militarne, gospodarcze i handlowe, a ze strony Komisji Europejskiej, polskiego rządu i resortu rolnictwa słyszą głównie o nowych dyrektywach, ustawach, rozporządzeniach, nakazach i zakazach.

Słyszą o pomysłach na WPR po 2027 roku, o KSeF dla rolników, elektronicznej ewidencji środków ochrony roślin, przejściu na pełny elektroniczny kontakt z urzędami – i ciśnienie im rośnie.

Praca rolnika w polu i zagrodzie to w sezonie często kilkanaście godzin dziennie. Zimą bywa spokojniej, ale szczegółowej dokumentacji gospodarstwa nie da się „odrobić” tylko zimą. Trzeba to robić na bieżąco. Jak znaleźć na to czas? Czasem pomaga małżonek czy partner, ale oni zazwyczaj też mają swoje obowiązki w gospodarstwie albo pracę poza nim.

Znajoma księgowa powiedziała mi ostatnio, że coraz częściej przychodzą do niej zdesperowani rolnicy z prośbą, by pomogła nie tylko w prowadzeniu dokumentacji księgowej, ale całego gospodarstwa, bo oni już nie dają rady. To takie niewidzialne ramię administracji, które systematycznie dociska rolników. I to jest jeden z elementów frustracji, którą widać na protestach. Ale powodów jest więcej.

Rosną koszty produkcji rolnej – zarówno roślinnej, jak i zwierzęcej. Za swoje płody i produkty rolne rolnicy otrzymują proporcjonalnie coraz mniej. W 2025 roku nasiliło się to z uwagi na wysokie plony nie tylko w Polsce, ale też w Europie i na innych kontynentach. Gdy żywności jest więcej, konkurencja na rynkach światowych rośnie i coraz trudniej jest sprzedać polskie nadwyżki.

ASF w stadach świń, grypa ptaków i choroba niebieskiego języka u bydła tylko pogarszają sytuację krajowych hodowców. Mleko, które w ostatnich kilku latach miało w skupach dobre ceny i zapewniało opłacalność, dziś też jest tańsze i wpędza producentów w długi.

Jeśli do tego wszystkiego dołożymy fakt, że rolnictwo zmaga się z szeregiem problemów od czasów wielkiej suszy w 2018 roku, przez pandemię COVID-19, skutki wojny w Ukrainie, po wprowadzenie Zielonego Ładu, to widzimy, że umowa handlowa UE z Mercosur dla wielu jest przelaniem czary goryczy.

Nie możemy też zapomnieć o sytuacji, która coraz mocniej dotyka rolników – braku następców. Młodzi obserwują sytuację w rolnictwie i wielu z nich nie chce przejmować gospodarstw z niepewną przyszłością, uzależnioną od decyzji urzędników w Brukseli czy Warszawie. Nie chcą też pracować tak ciężko jak ich rodzice.

I nie chodzi tylko o to, że chcą wprowadzać nowe technologie i rozwiązania, by zmniejszyć zaangażowanie ludzi we wszystkie prace w gospodarstwie – z takiego podejścia akurat trzeba się cieszyć. Problem w tym, że coraz częściej mówią do rodziców: „przejmę gospodarstwo, jeśli zlikwidujemy w nim produkcję zwierzęcą”.

Musimy też pamiętać, że rąk do pracy w rolnictwie generalnie brakuje. Dziś dobry traktorzysta czy operator maszyn rolniczych jest na wagę złota. Nie da się wpuścić przypadkowej osoby za stery ciągnika wartego kilkaset tysięcy złotych czy kombajnu za ponad milion, bo zamiast spodziewanej pomocy rolnik będzie miał stres i straty materialne oraz finansowe.

Rolnicy widzą i czują, że jeżeli nie będą w stanie elastycznie dostosowywać się do nowych norm, reguł i sytuacji, to ich gospodarstwa stracą rentowność i opłacalność. A to oznacza dwa rozwiązania: albo trzeba będzie zaprzestać działalności rolniczej i szukać innego źródła utrzymania, albo utrzymać produkcję rolniczą, ale z dodatkowym źródłem dochodu – z pracy poza gospodarstwem, handlu czy usług.

Mamy więc ogrom negatywnych emocji, stresu i frustracji, które wylewają się nie tylko podczas protestów, ale i w Internecie. Wystarczy poczytać komentarze w social mediach, by zrozumieć, jak bardzo negatywnie wielu rolników postrzega obecną sytuację. Do tych emocji i ich manifestowania każdy ma prawo w demokratycznym kraju. Ale wszystko ma swoje granice.

I tu wracam do sprawy gnojówki wylanej pod domem ministra Krajewskiego w dniu protestu w Warszawie. W mojej ocenie ten akt desperacji rolnika, który tego dokonał, poszedł za daleko. Minister jest urzędnikiem, który ma służyć rolnikom i w tę funkcję – oprócz przywilejów – wpisane są także obowiązki: dyskusja w przestrzeni publicznej, tłumaczenie sytuacji, odpowiadanie na pytania, wchodzenie w spory polityczne. Niejednokrotnie trzeba rolników przyjąć i wysłuchać w lub przed gmachem resortu, gdzie różne sytuacje już oglądaliśmy w ostatnich latach.

Ale nachodzenie w prywatnym domu jego żony i dzieci oraz wylanie gnojówki to już zupełnie inna sprawa. Wystarczyłoby, by ten zdesperowany 35-letni rolnik, przebywający obecnie w policyjnym areszcie, pomyślał, czy chciałby, aby jego bliskich spotkała taka sama sytuacja.

Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że politycy dotknięci taką sytuacją trochę sami się do niej przyczynili. I nie chodzi mi o to, który rząd i który minister rolnictwa „doprowadził” do obecnej sytuacji z umową Mercosur. W mojej ocenie politycy sami dali przyzwolenie na takie zachowania jak to pod domem ministra Krajewskiego.

Wszyscy pamiętamy akcję wyrzucania obornika pod domami polityków, którzy popierali tzw. „piątkę dla zwierząt”. Organizował ją ówczesny lider AgroUnii Michał Kołodziejczak, który potem wystartował w wyborach do Sejmu z list Koalicji Obywatelskiej, został posłem, a po utworzeniu rządu objął – razem m.in. ze Stefanem Krajewskim – tekę wiceministra rolnictwa w resorcie kierowanym przez Czesława Siekierskiego.

Kołodziejczaka w resorcie już nie ma, na protestach rolniczych też go nie widać. Ale jego przykład może dla wielu rolników oznaczać, że takie działania są bezkarne i akceptowane.

Warto protestować i trzeba protestować, bo tylko wtedy głos rolników bywa usłyszany tam, gdzie powinien. Ale w tym wszystkim trzeba respektować prawo, zachować umiar i mieć na uwadze godność człowieka – bo o godność swoją i swoich rodzin rolnicy teraz walczą. I to jest OK.

Gnojówka pod domem ministra rolnictwa – nie jest OK.

 

Bartłomiej Czekała

 

Bartłomiej Czekała
Autor Artykułu:Bartłomiej Czekała Dyrektor Działu Rozwoju Cyfrowego i Produktów Cyfrowych
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
11. styczeń 2026 09:01