Gospodarstwo oparte na płodozmianie i dbałości o glebę
Mirosław Karwala prowadzi 50-hektarowe gospodarstwo w gminie Pniewy, w powiecie szamotulskim, w Wielkopolsce. Dominują w nim rośliny białkowe, a około 25 proc. areału zajmuje lucerna, która stanowi jedną z najważniejszych upraw w strukturze gospodarstwa. W płodozmianie znajdują się również jęczmień ozimy, burak cukrowy. Gospodarstwo funkcjonuje na bardzo dobrych, ale wyjątkowo ciężkich glebach, wymagających dużej precyzji w terminach uprawy.
- To są ziemie już nie minutowe, tylko sekundowe. Jak spóźnimy się z uprawą jeden czy dwa dni, robi się beton - podkreśla rolnik. Mimo trudnych warunków gleba jest systematycznie pielęgnowana poprzez płodozmian, regularne badania oraz stosowanie dużych ilości obornika z własnej hodowli.
Poplony i ekoschematy pomagają zatrzymać wodę
W gospodarstwie od ponad 20 lat wysiewane są poplony ozime, które obejmują około 20 proc. powierzchni. Są to mieszanki czterech - pięciu gatunków wysiewane bardzo wcześnie, najczęściej po jęczmieniu ozimym i pod buraka cukrowego. Mirosław Karwala aktywnie korzysta także z ekoschematów i prowadzi gospodarstwo w systemie uprawy bezorkowej.
- Większy problem mam teraz z rozpisaniem tych ekoschematów, żeby wyjść jak najbardziej na plus - przyznaje. Jak zaznacza, kluczowym wyzwaniem pozostaje dziś niedobór wody.
- Dużo ludzi myśli, że była śnieżna zima. Guzik prawda. U mnie przez całą zimę spadło może 15 centymetrów śniegu. Żeby uratować deficyt wody, powinno spaść półtora metra - mówi rolnik.
Dzięki dużej ilości materii organicznej i dbałości o strukturę gleby jego pola lepiej znoszą jednak okresy suszy.
Azot podany na czas uratował plantacje
Tegoroczna wiosna była dla rolników wyjątkowo trudna pod względem pogody i dostępności wody. Mirosław Karwala przyznaje, że o powodzeniu upraw zdecydowały szybkie decyzje i trafienie w bardzo krótkie okna pogodowe. Pierwsza dawka azotu na zboża została wysiana dopiero 4 marca, ponieważ wcześniejsze roztopy uniemożliwiały wjazd w pole.
- Podjąłem decyzję, że skoro deszcze zapowiadali dopiero za 4–5 tygodni, to na drugi dzień pojechała reszta azotu. I myślę, że to mnie uratowało - mówi rolnik. Jak podkreśla, pierwszy większy deszcz pojawił się dopiero około 5 kwietnia. W ciągu 10 godzin spadło 51 litrów wody, ale były to spokojne, systematyczne opady, które dobrze wsiąkły w ciężką glebę.
- Gorzej byłoby przy nawałnicy, bo na tych ziemiach zbiłoby glebę niesamowicie - zaznacza.
Rolnik zwraca uwagę, że mimo późniejszego deszczu deficyt wody nadal jest bardzo duży. Po kwietniowych opadach gospodarstwo otrzymało jedynie jeszcze 9 i 2 litry deszczu.
- To jest wszystko. Mamy tak straszny deficyt wody - podkreśla Karwala.
Zabieg T1 „uratował plon”
Dużym wyzwaniem w tym sezonie była także ochrona fungicydowa zbóż. Wielu rolników zrezygnowało z zabiegu zerowego oraz T1, licząc na niewielką presję chorób. Zdaniem Mirosława Karwali był to błąd.
- Moim zdaniem należało zrobić ten zabieg. Kto opryskał T1 we wczesnych fazach, temu chyba uratowało to plon - ocenia. W jego gospodarstwie wykonano pełny program ochrony: zabieg zerowy, T1 i T2, ponieważ plantacje prowadzone są w produkcji materiału siewnego jęczmienia ozimego.
Rolnik od ośmiu lat współpracuje z firmą nasienną przy produkcji jęczmienia ozimego i przyznaje, że ta uprawa najlepiej sprawdza się organizacyjnie w jego gospodarstwie.
- Najlepiej byłoby, gdybym na całym gospodarstwie miał jedną uprawę zbożową - mówi. Dwa lata temu cały areał zbóż zajmował właśnie jęczmień ozimy, a żniwa zakończyły się już 30 czerwca.
- Później były już można powiedzieć wakacje i żniwa zielone lucerny - dodaje z uśmiechem. Jak podkreśla, przy samodzielnym prowadzeniu 50-hektarowego gospodarstwa kluczowa jest dobra organizacja pracy.
Przymrozki zabrały nawet 2,5 tony plonu
Choć plantacje jęczmienia ozimego z zewnątrz wyglądają bardzo dobrze, rolnik ocenia je znacznie bardziej krytycznie. Pod koniec lutego przez trzy noce temperatury spadały nawet do –15°C, co uszkodziło wiele dobrze rozkrzewionych pędów bocznych.
- Dużo pięknych bocznych odpadło. Te trzy dni załatwiły nam robotę niesamowicie - mówi Karwala. Jego zdaniem straty mogą sięgać nawet 2,5 tony z hektara. - Komuś się wydaje, że to jest gęsty łan, ale dla mnie to jest rzadkie. Powinno być dużo więcej kłosów - ocenia.
Na razie jęczmień jeszcze dobrze radzi sobie z niedoborem wody dzięki mocnym porannym rosom, jednak rolnik przyznaje, że kluczowe będą najbliższe tygodnie i okres nalewania ziarna.
- Nie wiadomo, co będzie dalej, jak zacznie nabijać ziarno - podsumowuje.
Płodozmian i mała presja szkodników
Mirosław Karwala przyznaje, że w tym sezonie nie obserwuje większych problemów ze szkodnikami - zarówno w zbożach, jak i w buraku cukrowym. Jak podkreśla, duże znaczenie ma odpowiedni płodozmian oraz niewielki udział kukurydzy ziarnowej w okolicy.
- Burak cukrowy wraca u mnie co 4–5 lat w płodozmianie. Dzięki temu mam spokój chociażby z mszycą - tłumaczy rolnik. Jego zdaniem ograniczenie upraw kukurydzy w regionie sprawiło również, że zmniejszyła się liczba resztek pożniwnych będących miejscem bytowania szkodników. - Nie ma tej mszycy i to też nam dużo daje - dodaje.
W produkcji jęczmienia ozimego gospodarstwo korzysta z kwalifikowanego materiału siewnego. Rolnik podkreśla, że takie rozwiązanie bardzo dobrze sprawdziło się w ostatnich latach.
Rosną koszty, a opłacalność stoi pod znakiem zapytania
Rolnik przyznaje jednak, że coraz większym problemem staje się opłacalność produkcji rolnej. Mimo współpracy z firmą nasienną i zagwarantowanej ceny za materiał siewny jęczmienia ozimego sytuacja ekonomiczna jest coraz trudniejsza.
- Nie mam dziś żadnego środka do produkcji, który by staniał. Wszystko trzyma ceny albo jest jeszcze droższe - podkreśla Karwala. Jak dodaje, ceny bydła czy buraków cukrowych spadają, a koszty produkcji pozostają wysokie.
- Boję się tego roku, bo jeszcze nie wiemy nic. Dopiero jak zboże będzie na przyczepach, będzie można coś ocenić - mówi.
Gospodarz ubezpiecza ponad połowę areału, jednak także w tym przypadku widzi wiele problemów. Jego zdaniem system szacowania strat suszowych często nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji w gospodarstwach. - W zeszłym roku według raportu suszowego miałem 4 proc. suszy, a po siewie buraków pierwszy deszcz spadł dopiero po ośmiu tygodniach - podkreśla. Rolnik uważa, że obecne aplikacje i raporty nie pokazują realnej skali problemu. - Widzę, jak wszystko żółknie i obumiera, a susza dalej nie jest stwierdzona - dodaje.
Ekoschematy dawały realny zysk, dziś coraz mniej rekompensują koszty
Przez ostatnie lata gospodarstwo Mirosława Karwali korzystało ze stabilnych cen buraka cukrowego, wysokiej opłacalności bydła mięsnego oraz dodatkowych dopłat związanych z ekoschematami i dobrostanem zwierząt.
Jak przyznaje rolnik, szczególnie pierwsze lata funkcjonowania nowych programów przyniosły bardzo wyraźny wzrost dochodów.
- Na moim przykładzie, przy 50 hektarach i około 100 sztukach bydła, same ekoschematy i dobrostany dały mi dodatkowo około 40 tys. zł dochodu- mówi. W kolejnych latach wsparcie zaczęło jednak maleć. - W zeszłym roku było już tylko 18 tys. zł, a teraz obcinają stawki za punkty. Punkty zostają te same, ale pieniędzy jest mniej - dodaje.
Rolnik podkreśla, że obecny sezon zapowiada się wyjątkowo trudny finansowo. Ratunkiem okazały się zakupy nawozów wykonane jeszcze w ubiegłym roku, gdy ceny były znacznie niższe. - Saletrę udało mi się kupić po 1390 zł, a mocznik po 1800 zł. Dziś mocznik kosztuje prawie 3 tys. zł za tonę - wylicza. Wielu rolników ogranicza obecnie nawożenie nawet o 20–30 proc., bo przy braku opadów trudno uzasadnić dalsze zwiększanie kosztów produkcji. - Możemy zostawić w ziemi dużo słomy i materii organicznej, ale bez wody nic się nie rozłoży - zaznacza.
„O glebę trzeba było dbać 20 lat temu”
Zdaniem Mirosława Karwali obecna odporność gospodarstwa na suszę to efekt wieloletniej pracy nad poprawą jakości gleby. Rolnik od lat stawia na płodozmian, obornik oraz poplony, dzięki którym zwiększa zawartość próchnicy i zdolność gleby do zatrzymywania wody.
- Tej suszy najmniej odczuwają rolnicy, którzy dbali o ziemię już 20 lat temu - podkreśla. Krytycznie ocenia natomiast wieloletnie monokultury oparte głównie na kukurydzy, pszenicy czy rzepaku. - Najlepiej było jeszcze sprzedać słomę i wszystko wywieźć z pola. Teraz ta ziemia jest po prostu wyjałowiona - mówi.
Bez kredytów i bez pogoni za nowym sprzętem
Mimo trudnej sytuacji rynkowej rolnik spokojnie patrzy na przyszłość swojego gospodarstwa. Jak podkreśla, dużą przewagą jest brak zadłużenia i ostrożne podejście do inwestycji.
- Nie mam kredytów, mam wolną hipotekę i nie muszę za wszelką cenę inwestować - zaznacza. Gospodarstwo opiera się głównie na korzystaniu z usług innych rolników i firm posiadających nowoczesny sprzęt. Dotyczy to m.in. zbioru buraków cukrowych czy prac wykonywanych ciężkimi maszynami wyposażonymi w systemy GPS.
- Ja nie jestem fanatykiem, że muszę mieć cały sprzęt u siebie. Wolę zapłacić za usługę i mieć to zrobione dobrze - tłumaczy Karwala. W jego opinii przy samodzielnym prowadzeniu 50-hektarowego gospodarstwa inwestowanie w bardzo drogie maszyny często nie ma ekonomicznego uzasadnienia.
- Mam trzy ciągniki, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby dwa pracowały jednocześnie, bo po prostu nie ma kto na nich usiąść - dodaje.
Ostrożność uratowała gospodarstwo przed dużą stratą
Ważną decyzją okazało się także ograniczenie zakupu bydła opasowego w ubiegłym roku. Po wcześniejszym boomie cenowym ceny odsadków gwałtownie wzrosły, a obecnie rynek bydła wyraźnie wyhamował.
- Bałem się zaryzykować i dziś dziękuję Bogu, że nie kupiłem całego stada. Przy obecnych cenach byłbym kilkaset tysięcy złotych w plecy - przyznaje rolnik. Obecnie utrzymuje jedynie niewielkie stado jałówek, choć i tutaj, jak mówi sytuacja finansowa jest trudna.
Mimo problemów Mirosław Karwala podkreśla, że najważniejsze jest rozsądne gospodarowanie i dobra organizacja pracy. - Nie wszystko trzeba mieć na własność. Czasami lepiej współpracować z innymi i skupić się na tym, co naprawdę przynosi zysk- podsumowuje.
Lucerna jako filar gospodarstwa
- Co do lucerny powiem tak: same korzyści - mówi rolnik, oprowadzając po swoich polach. W jego gospodarstwie lucerna zajmuje dziś około 15 ha i od kilku lat jest jednym z najważniejszych elementów płodozmianu.
Jak podkreśla, uprawa daje mu kilka przewag jednocześnie. Z jednej strony zapewnia dodatkowe dopłaty za rośliny białkowe i zróżnicowaną strukturę upraw, z drugiej pozwala ograniczyć koszty oraz lepiej organizować pracę.
- Lucernę zasiejemy raz na 3–4 lata. Nie ponoszę kosztów corocznego zakładania plantacji. A całe gospodarstwo, jak jest powyżej 20% białkowych, dostaje dodatkowo kasę - mówi.
Rolnik zwraca uwagę również na poprawę gleby. Jego zdaniem pola po kilku latach lucerny „odpoczywają”, co przekłada się na lepszą strukturę ziemi i większą odporność na suszę.
Rekordowy zbiór i zaskoczenie rolnika
W tym roku gospodarstwo zanotowało rekordowy wynik z pierwszego pokosu lucerny.
- Co roku zbieraliśmy 32–33 bele z powierzchni 3 ha. W tym roku mieliśmy 51 bel. To prawie dwa razy więcej - mówi Karwala.
Rolnik podkreślab także, że technologia produkcji nie zmieniła się od lat. - Od trzech lat jeździ ta sama prasa, ten sam rolnik odbiera, ta sama waga beli. Nie wiemy, co było przyczyną - mówi. Podejrzewa jednak, że wpływ mogła mieć poprawa jakości gleby po kilku latach spokojniejszego użytkowania pola.
Coraz trudniejsza ekonomia
Mirosław mówi wprost, że ostatnie lata mocno zmieniły sytuację na wsi.
- Od wojny w Ukrainie dużo pól się nie może podnieść i dużo rolników też się nie może podnieść - mówi. W jego ocenie wielu gospodarzy ograniczyło nawożenie fosforem, potasem czy siarką, aby ratować płynność finansową. - Nagle okazało się, że coś tam w tej ziemi mają i zaczęli ograniczać nawożenie praktycznie do zera - tłumaczy.
Sam regularnie wykonuje badania gleby i dzięki temu wie, gdzie może jeszcze ograniczać koszty.
- 20% gospodarstwa jest badane co roku. Widzę, na co mogę sobie pozwolić - wyjaśnia rolnik.
Karwala nie ukrywa frustracji związanej z rosnącymi cenami środków produkcji. - W nocy by mnie ktoś obudził i kazał powiedzieć jedną rzecz, która spadła ze środków produkcji rolnej, to chyba nic nie jesteśmy w stanie wymienić - mówi.
Burak cukrowy to oczko w głowie
Drugą ważną uprawą w gospodarstwie pozostaje burak cukrowy.
- Nie było roku, żeby nie było buraka cukrowego - zaznacza i wspomina, że nawet pracę dyplomową w technikum rolniczym pisał właśnie o buraku. Choć dziś opłacalność jest niższa niż kilka lat temu, nadal traktuje tę uprawę wyjątkowo. - Burak zawsze był takim oczkiem w głowie. Wspomina też trudny sezon w 2023 roku.
- Buraki kopałem 6 stycznia, w Trzech Króli. To był ewenement - mówi.
Coraz więcej biurokracji
Jednym z największych problemów jest dla niego nadmiar formalności. - Za chwilę na swoim polu nie będę mógł zrobić niczego bez udokumentowania tego - mówi. Rolnik uważa, że kontrolowany powinien być przede wszystkim końcowy efekt produkcji. - Niech sprawdzają końcowy efekt, czy nie ma pozostałości. Ale dokumentów mamy za dużo.
Mimo wielu obaw gospodarz podkreśla, że w rolnictwie nadal najważniejsze pozostaje rozsądne planowanie.
