Owce przy pasie startowym
Leszczyńskie lotnisko zajmuje około 100 hektarów i leży na obrzeżach 55-tysięcznego miasta. W majowe przedpołudnie miejsce to pachnie świeżą trawą i kwitnącymi ziołami. W hangarze H1 spotykamy się z Maciejem Musielakiem, pilotem, który jedzie z nami po terenie lotniska w stronę miejsca wypasu owiec.
- Proszę włączyć światła alarmowe - mówi siedzący obok mnie mężczyzna. Jest elegancko ubrany, w białą koszulę i spodnie w kant. - To teren lotniska, więc musimy zachować środki ostrożności - dodaje, patrząc pod słońce przez charakterystyczne piloterskie okulary.
Po kilkunastu minutach docieramy na rozległą łąkę, na której widać dziesiątki owiec. Nad stadem właśnie startuje samolot, a obok czekają na nas gospodarze, Paulina i Szymon Klupś, oraz ich pies Maggi, border collie.
Skąd wziął się pomysł wypasu owiec na lotnisku w Lesznie
Lotnisko w Lesznie jest jednym z największych tego typu obiektów w Europie. Pomysł wypasu owiec zrodził się około 7–8 lat temu z inicjatywy prezesa Michała Graczyka.
- 100 hektarów łąki trzeba regularnie kosić i można to robić na różne sposoby, a to wcale nie jest łatwe, bo to bardzo duży obszar. Owce pomagają nam nie tylko w koszeniu trawy, ale też ją nawożą - wyjaśnia pilot. Przyznaje też, że stado na lotnisku tworzy wyjątkowy, niemal romantyczny obraz.
100 hektarów trawy i podzielone kwatery dla stada
Na terenie lotniska wydzielane są kolejne kwatery, dzięki czemu zwierzęta mają zawsze świeżą trawę, a lotnisko regularnie utrzymuje równą, „skoszoną” powierzchnię.
Paulina i Szymon poznali się 20 lat temu. Ona zakochała się w jego bujnej czuprynie i lokach, z wzajemnością. Pani Paulina ukończyła studia licencjackie na kierunku zarządzanie finansami przedsiębiorstw, a pan Szymon został informatykiem.
W 2009 roku wyjechali razem na dwa lata do Szkocji, potem na kilka miesięcy wrócili do Polski, by się pobrać, a następnie jako małżeństwo wyjechali do Walii. Pracowali tam w gospodarstwie, w którym utrzymywano owce. To właśnie wtedy owce stały się największą pasją pani Pauliny. Tam nauczyła się wszystkiego, co związane z ich prawidłowym utrzymaniem.
W 2018 roku wrócili do Polski, do Żytowiecka koło Gostynia, i założyli własne stado. Na początku stado liczyło 150 sztuk, dziś jest ich już ponad 700. Wśród zwierząt dominują rasy wielkopolska i romanowska, znane z wysokiej plenności.
- Romanowskie kryjemy trykiem texel, a wielkopolskie trykiem wielkopolskim - wyjaśnia Paulina. Dodaje, że często pojawiają się trojaczki, czworaczki, a nawet pięcioraczki, które trzeba najpierw dokarmiać siarą, a później mlekiem w proszku dla jagniąt.
Na własność mają jedynie 31 arów, ale w okolicy dzierżawią 13,5 hektara, na których przygotowują siano i sianokiszonkę na czas pomiędzy wypasami na lotnisku.
- Kiszonka jest dobrą paszą dla owiec, ale musi być wysokiej jakości. Nie może być zbyt mokra, jak dla krów, ale też nie za sucha - podkreśla rolniczka.
Wypas od wiosny do jesieni i codzienna opieka nad stadem
Pierwsze sygnały o możliwym wypasie na leszczyńskim lotnisku pojawiły się w 2018 roku, podczas jednej z kontroli. „Mąż zapytał: gdzie, kiedy, za ile i dlaczego tak drogo” wspomina Paulina. Szymon dodaje z uśmiechem: „No taka prawda, bo przecież ciągle chodzi o pieniądze. Powiedziałem, że nie ma wody, nie ma prądu, nie ma ogrodzenia”.
Wkrótce potem spotkali się z prezesem lotniska, ustalili warunki współpracy i w 2019 roku po raz pierwszy przywieźli owce do Leszna.
Zwierzęta trafiają na lotnisko możliwie wcześnie wiosną, ale termin zależy od pogody. W tym roku, ze względu na niskie temperatury, brak opadów i opóźnioną wegetację, owce dojechały dopiero pod koniec kwietnia. Zwykle wracają do owczarni w listopadzie, choć gospodarze wspominają, że pierwszy sezon wypasu zakończył się dopiero dzień przed Bożym Narodzeniem.
Bardzo ważne jest także regularne odrobaczanie zwierząt. Jagnięta poddaje się temu zabiegowi co 28 dni przez pierwsze trzy miesiące życia, a matki 3–4 razy w roku.
Opłacalność chowu owiec
Szymon Klupś zna powiedzenie z lat 70. „Kto ma owce, ten ma, co chce”. Zna też jego nowszą, mniej przychylną wersję: „Kto ma owce, ten jest baran”, ale nie zgadza się z takim podejściem. Co roku 40–50 sztuk jarek przeznaczają na remont stada, a reszta trafia na sprzedaż, z którą, jak podkreśla, nie ma problemu.
Jagnięta szybko przybierają na wadze i już w wieku czterech miesięcy ważą średnio 45 kg. Przy cenie około 15 zł za kilogram żywej wagi trudno dziwić się, że Szymon z dumą mówi o wyborze właśnie takiej formy chowu owiec.
Urlop na lotnisku?
Gospodarze codziennie przyjeżdżają do stada. Trzeba sprawdzić zdrowotność zwierząt, uzupełnić paszę dla jagniąt, obejrzeć ogrodzenie, skontrolować poidła i regularnie przygotowywać nowe kwatery wypasu.
Pytam o czas dla siebie i o urlop. Paulina uśmiecha się i mówi spokojnie, z wyraźnym zadowoleniem:
„Urlop? To jest nasz urlop. Odpoczywamy tutaj i żyjemy tym. A czas dla siebie mamy, bo to właśnie jest najwspanialsze w tej pracy: jesteśmy małżeństwem, robimy to, co kochamy, i robimy to razem.”
