StoryEditor

Rolnicy o strategii dla polskiego rolnictwa: „Samymi postulatami systemu nie zmienimy”

Podczas konferencji „Wspólnie możemy więcej”, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Wspólna Rola, po panelu z udziałem polityków na scenę weszli ci, którzy na co dzień sprawdzają skutki tej polityki w swoich gospodarstwach. Czy ich zdaniem dla polskiego rolnictwa są jeszcze szanse na wyjście z trudnej sytuacji obronną reką?

04.03.2026., 19:27h

W drugiej debacie podczas konferencji w Dźwirzynie – prowadzonej przez Monikę Chlebosz  – głos zabrali: Stanisław Barna (Oddolny Ogólnopolski Protest Rolników, OPR), Grzegorz Majewski (Ruch Młodych Farmerów), Emil Mieczaj (Stowarzyszenie PTR), Jan Ogił (Stowarzyszenie Dla Powiatu), Jacek Zarzecki (Polska Platforma Zrównoważonej Wołowiny) oraz gospodarz konferencji, Adam Reimann (Stowarzyszenie Wspólna Rola).

W przeciwieństwie do pierwszego panelu, tu diagnoza była bardziej gorzka: brak strategii, rozdrobnione środowisko, słabe organizacje, zbyt emocjonalne protesty i brak przygotowanych rozwiązań. Jednocześnie rolnicy mówili wprost, że bez ich aktywnego udziału – i bez ich własnej zmiany – o prawdziwej strategii nie ma mowy.

„Gasimy pożary”. Rolnictwo strategiczne tylko w deklaracjach

Na pierwsze pytanie: czy polskie rolnictwo jest dziś strategiczne, czy reaktywne – odpowiedzi były jednoznaczne.

– Moim zdaniem reaktywne. Strategii żadnej nie mamy od lat. Mamy sytuację, że jak się pali, to gasimy pożary, zamiast pracować nad wypracowaniem najlepszych warunków dla polskiego rolnictwa – mówił Stanisław Barna z OPR.

Zwracał uwagę, że choć politycy w panelu wcześniejszym mówili o potrzebie strategii na 10 lat, realia są inne.

– Cele mamy te same, wszyscy się zgadzają, a nie uzyskujemy tych celów. Z roku na rok, dzięki polityce Unii Europejskiej i naszych rządów, jesteśmy w gorszym miejscu. Mamy mniejsze dopłaty, wyższe koszty, niższą opłacalność. Nie mamy stabilności ani spokoju – wyliczał.

Barna podkreślał też, że brak przewidywalności i perspektyw odbija się na następcach. – Nasze pokolenia za nami nie chcą zostawać na gospodarstwach. Widzą opłacalność, warunki pogodowe i wszystko, co się dzieje. To nie są tylko slogany – mówił, zarzucając rządzącym brak długofalowego myślenia i ciągłe wywracanie polityki do góry nogami przy każdej zmianie władzy.

Podobną ocenę przedstawił Adam Reimann.

– Działamy reaktywnie na dwóch polach. Po pierwsze: problemy, które latami narastają, nagle eksplodują i dopiero wtedy zaczynamy o nich mówić, zamiast zająć się nimi dwa, trzy, cztery lata wcześniej. Po drugie: odpowiedzi państwa też są reaktywne. Pojawia się problem społeczny i trzeba go jak najszybciej, jak najprościej „spacyfikować” – mówił prezes Wspólnej Roli.

Jego zdaniem zamiast gaszenia pożarów potrzebna jest analiza źródeł problemów i kierunków rozwoju, ale tego brakuje. – Zgłaszamy reaktywnie problemy, reaktywnie na nie odpowiadamy i tak to się w kółko kręci. Między innymi dlatego powstało to spotkanie – podsumował.

„Nie tylko żądania”. Rolnicy muszą stać się lobbystami z gotowymi rozwiązaniami

Najmocniej w roli rolników jako współtwórców strategii osadził debatę Jacek Zarzecki z Polskiej Platformy Zrównoważonej Wołowiny.

– Powinniśmy spojrzeć na rolnictwo przez pryzmat tego, z jakimi postulatami wychodzimy. Czy wychodzimy tylko z roszczeniami i oczekiwaniami wobec polityków, czy kładziemy na stole gotowe projekty ustaw i rozwiązania. Bo inaczej cały czas będziemy tylko stroną, która czegoś żąda – mówił.

Zarzecki apelował, by środowisko przestało wstydzić się słowa „lobbing”. – Jesteśmy lobbystami rolnictwa polskiego i europejskiego, lobbystami bezpieczeństwa państwa. I tak powinniśmy o sobie mówić – przekonywał.

Jako pozytywny przykład podał sektor wołowiny, który od 2018 r. ma własną strategię.

– To nie jest tak kolorowo, że między organizacjami się nie różnimy. Różnimy się, ale na zewnątrz staramy się mówić jednym głosem. To jest problem nas, rolników: czy my mówimy jednym zdaniem do polityków, czy jest w tym coraz więcej polityki, a coraz mniej merytoryki? – pytał.

W jego ocenie fundamentem powinna być praca nad strategiami sektorowymi.

– Nie oczekujcie od polityków, że zrobią strategie dla poszczególnych branż. To my musimy je przygotować, z udziałem instytutów naukowych, a dopiero potem przyjść do ministerstwa. Z tych strategii sektorowych powinna się składać strategia polskiego rolnictwa – tłumaczył.

Jednocześnie Zarzecki krytycznie ocenił dotychczasową aktywność środowiska przy konsultacjach publicznych. Jako przykład podał trwające prace nad przepisami dotyczącymi torfowisk.

– Do poniedziałku jest czas na konsultacje nowych przepisów. Gdzie są organizacje rolnicze, które choćby przeczytały ten plan? Dlaczego nie mówimy o tym głośno, skoro rolnictwo traktowane jest tam jak zło, które szkodzi środowisku? – pytał.

Protest jako „bomba atomowa”, którą rozmieniono na drobne

Jednym z najbardziej emocjonalnych wątków była rola protestów. Wszyscy zgodzili się, że są potrzebne, ale zdaniem części panelistów – używane zbyt często i zbyt chaotycznie.

– Z bomby atomowej, jaką są protesty i strajki, zrobiliśmy coś, do czego ludzie i politycy się już przyzwyczaili. Cokolwiek się dzieje – wychodzimy z protestem. To była najmocniejsza karta przetargowa. A żeby ją mieć, trzeba zacząć od dyskusji przy stole. Wyjście na ulicę jest ostatecznym rozwiązaniem – mówił Jacek Zarzecki.

Emil Mieczaj z PTR również zwracał uwagę na problem emocjonalności. – Jesteśmy nauczeni emocjonalnego działania. W uprawach działamy logicznie, a w działaniach społecznych wychodzą tylko emocje. Nie zgodzę się, że protesty nie mają znaczenia, ale muszą być robione racjonalnie – podkreślał.

Przypomniał protesty z 2024 r.

– Był protest, protest, protest… Nie było przerwy strategicznej, nie było rozmów z ministerstwem. Poszły emocje i wszystko popłynęło. Przegraliśmy właśnie przez emocje – ocenił.

Jeszcze ostrzej na temat mobilizacji środowiska wypowiedział się ponownie Stanisław Barna.

– Sami jesteśmy sobie winni. Jak organizujemy protesty, powinniśmy się pokazać. W Warszawie protestowało niecały procent rolników. Jak mamy tupnąć nogą, żeby rząd zaczął z nami rozmawiać poważnie? – pytał.

Barna przypomniał, że OPR we wrześniu złożył do rządu 22 postulaty – szczegółowo opisane i z propozycjami działań.

– Ile zostało zrealizowanych? Żaden. Siedzieliśmy przy stole, z ministrem Siekierskim rozmawiałem ponad 20 razy, z ministrem Krajewskim kilka. Ostatnie spotkanie w ministerstwie – wielu organizacji w ogóle nie zaproszono, bo „za dużo się dopominały” – relacjonował.

Ministrowie „na dwa lata” i urzędnicy silniejsi od polityków

Wątek krótkiej „żywotności” ministrów rolnictwa poruszyła prowadząca, przypominając, że często pełnią funkcję krócej niż trwa sezon wegetacyjny. To – w ocenie panelistów – mocno utrudnia budowanie ciągłości polityki.

– Ministrowie przychodzą i są traktowani w ministerstwie jako pracownicy tymczasowi przez administrację. Tam też w wielu miejscach brakuje strategii – mówił Emil Mieczaj.

Zwracał uwagę, że szefom resortu brakuje własnego, fachowego zaplecza. – Bez masy ludzi nie osiągną niczego. Mieliśmy przykład jednego z chłopskich wiceministrów. Przyszedł sam, uderzył się o ścianę i teraz się odbudowuje. Tak nie może być – oceniał.

Jan Ogił dodawał, że problem dotyczy także otoczenia ministra. – Po tym jak minister albo wiceminister dostaje dwóch kierowców i samochód, to odlatuje. Przychodzi z ludźmi, którzy mogą ładnie śpiewać, ale nie znają się na rolnictwie. Sam minister tego nie ogarnie – mówił przedstawiciel Stowarzyszenia Dla Powiatu.

Organizacje rolnicze: od „pańszczyzny” po „faryzeuszy”

Debata szybko zeszła na temat kondycji organizacji rolniczych i reprezentacji środowiska. Tu również nie brakowało ostrych ocen.

– Jesteśmy lobbystami, ale ja naszą społeczną pracę nazywam bardziej pańszczyzną, bo nikt nam za to nie płaci. Często na naszych plecach budują kariery politycy – mówił Jan Ogił. Przypominał, że jego młode stowarzyszenie ma już na koncie dwie nowelizacje ustaw (w tym ustawę o restrukturyzacji KOWR), które pomogły konkretnym gospodarstwom uniknąć upadłości.

Ogił opisywał też autorski pomysł banku rolnego – systemu pomocy zwrotnej, opartego m.in. na leasingu ziemi z możliwością wykupu po 20 latach.

– Pomysłów jest wiele, ale walka jest nierówna. Możemy mieć piękne projekty, tylko często pierwszeństwo mają „dwuosobowe związki zawodowe”, które mają stałe miejsce przy stole – ironizował.

Nie szczędził też słów krytyki wobec części działaczy.

– Mamy do czynienia z „faryzeuszami”, którzy jednego dnia idą do prezydenta i mówią, że czegoś nie podpiszą, a dwa dni później udzielają poparcia ministrowi. To też nasza wina, bo nie interesujemy się wyborami do izb rolniczych. W połowie gmin w moim powiecie nie ma pełnej obsady delegatów, ciągle te same osoby są wybierane – wyliczał.

Prowadząca zapytała wprost, czy zamiast dużych, słabo zakorzenionych struktur nie lepsze są mniejsze organizacje lokalne – takie jak Wspólna Rola.

– Miejsce jest i dla dużych, i dla małych, tak jak w rolnictwie jest miejsce dla małych i dużych gospodarstw – odpowiadał Grzegorz Majewski.

Zwracał uwagę, że różnice regionalne są ogromne, a przykład Jacka Zarzeckiego pokazuje, że nawet niewielka organizacja, jeśli jest merytoryczna i zdeterminowana, może osiągać duże efekty. – Potrzebujemy jednej dużej, silnej organizacji do ogólnopolskich spraw i wielu mniejszych, które znają lokalne problemy – ocenił.

Jak pokazać rolnictwo społeczeństwu: historia czy nowoczesność?

Spory wywołał też temat edukacji i kontaktu z konsumentem. Część panelistów stawiała na wyjazdy dzieci do gospodarstw. Inni uważali, że trzeba pokazywać przede wszystkim gotowy produkt i jakość.

– Za mało czytamy emocje społeczeństwa. Nakręcamy się we własnej bańce, a potem mówimy: „wy nas nie rozumiecie”. Jak mają nas rozumieć, skoro my często nie rozumiemy ich? – mówił Jacek Zarzecki.

Przywołał badania opinii publicznej zlecone przez Platformę Zrównoważonej Wołowiny.

– 90% społeczeństwa uważa, że rolnicy powinni być chronieni w kontekście umowy z Mercosurem, a produkty z krajów trzecich muszą spełniać te same standardy. Czy my to konsumentom komunikujemy? – pytał.

Jego zdaniem kluczem jest edukacja – od przedszkola.

– W USA 6% społeczeństwa myśli, że mleko czekoladowe pochodzi od brązowych krów. Nas to śmieszy, ale za chwilę przestanie, jeśli nic nie zrobimy. Musimy pokazywać, skąd się bierze żywność, że nie z półek sklepowych – ostrzegał.

Adam Reimann częściowo się z tym nie zgodził.

– Nie wierzę, że samo przyprowadzanie dzieci do gospodarstw coś zmieni. Ludzi nie interesuje, jak powstaje piórnik czy telewizor. Interesuje ich gotowy produkt. Musimy dotrzeć do nich z produktem, który będzie atrakcyjny – mówił.

Jego zdaniem rolnicy powinni raczej budować przewagę na jakości i systemach jakości. – Musimy pokazać, że polski rolnik potrafi wyprodukować coś wyjątkowego, czego nie ma gdzie indziej – podkreślał.

Grzegorz Majewski z kolei bronił potrzeby otwierania gospodarstw. – Nie mogę się zgodzić, że nie trzeba pokazywać, jak wygląda rolnictwo. Problem w tym, że wielu ludzi wciąż widzi nas przez pryzmat wsi sprzed 30 lat. Trzeba im pokazać nowoczesne hale udojowe, warunki dobrostanu, precyzyjne maszyny. Nie wstydźmy się tego, co osiągnęliśmy w 20 lat – apelował.

Zwracał też uwagę, że rolnicy sami wpadli w „komfort” sprzedaży hurtowej. – Zarzucamy konsumentowi, że woli kupić wszystko w jednej sieciówce. Ale my też wolimy sprzedać wszystko do hurtowni, w dużej partii. Gdy mówię: zróbmy kawałek pola na samozbiory, spróbujmy sprzedaży bezpośredniej, słyszę: „ale to trzeba stać na rynku, dowozić do automatu”. Jeśli damy tylko żądania, a nie damy nic od siebie, przegramy – podsumował.

Jan Ogił przypomniał z kolei rosnącą popularność zagród edukacyjnych. – To często po prostu gospodarstwo sprzed 25 lat: kilka owiec, krów, koni, drób. Ludzie płacą po 30 zł od osoby, żeby godzinę pooglądać, pokarmić zwierzęta, zabrać jajko. To pokazuje, jak wielka jest potrzeba kontaktu z takim „podstawowym” rolnictwem – mówił.

Stracone 30 lat i pętla kredytowa

Stanisław Barna przypomniał historię swojego regionu, żeby pokazać, jak wiele infrastruktury wiejskiej zostało utracone.

– W moim Reczu była mleczarnia, GS-y, masarnia, piekarnia. W mojej wsi każdy miał krowę, świnie, na podwórku był obornik i studnia. Dziś w Zeliszewie nie ma ani jednej krowy, ani jednej świni. W Reczu nie ma piekarni. Straciliśmy przemysł przetwórczy, straciliśmy bogactwo narodowe, które powinno tętnić – mówił.

Opisał też własne gospodarstwo.

– Przejąłem po ojcu 11 ha, C‑360, drewnianą przyczepę i Poznaniaka. Dziś mamy 400 ha, ale gospodarstwo jest w głębokim kryzysie finansowym. Z buraków cukrowych zdjęto 17,5 euro na tonie, w nowej kampanii kolejne 2,5 euro. To dla mnie pół miliona złotych mniej. Z ARiMR przyszła decyzja – 130 tys. zł mniej dopłat niż rok temu. W Słupsku rolnicy wysypują setki ton ziemniaków jadalnych na pole. To jest nienormalne – podkreślał.

Zwracał uwagę na pułapkę inwestycyjną.

– W 2021 r. kupiłem ciągnik za prawie milion złotych. Biznesplan wtedy wyglądał dobrze. Dziś ten biznesplan można podrzeć i wyrzucić. Spłacam kredyty i nie widzę, żeby rząd rozwiązywał nasze postulaty, zamiast się biernie przyglądać – mówił.

Podziały w środowisku: „jeden za wszystkich” tylko na Zachodzie?

Na zakończenie Monika Chlebosz zapytała panelistów, czy rolnicy – podzieleni politycznie, branżowo i regionalnie – są jeszcze w stanie mówić jednym głosem i szukać kompromisów.

Stanisław Barna odpowiadał, że dialog jest możliwy, ale brakuje skuteczności. – Z politykami od lewa do prawa rozmawiamy. Cel mamy ten sam, ale nie potrafimy się dogadać, nie potrafimy przejść od słów do realizacji – stwierdził.

Grzegorz Majewski był jeszcze bardziej pesymistyczny. – Jeżeli nic nie zrobimy – a na razie wygląda, że nie jesteśmy w stanie – sytuacja będzie jeszcze gorsza. Może dopiero wtedy zaufamy sobie nawzajem i zaczniemy lobbing, o jakim tu mówimy. Nie tylko żądania, ale dawanie czegoś od siebie. Tylko że wielu z nas może już tego momentu nie doczekać – oceniał.

– Przez lata byłem w Solidarności Rolniczej, a Solidarność to jeden obok drugiego, nigdy przeciw sobie. A dziś? O dwunastej krzyczymy „chłopi razem”, a o osiemnastej „zdrajcy, bolszewicy” – ironizował Emil Mieczaj.

Jan Ogił przywołał obraz z protestu w Suchowoli. – Ktoś z przechodniów powiedział: „widzi pan, jest jedność”. A zaraz dodał: „wystarczy, że przetarg w KOWR-ze ogłoszą” – i znów podziały. Prawica, lewica, zbożowcy kontra hodowcy, u nas na Podlasiu jeszcze dodatkowo: ci, co mleka nie odstawiają, to „nie rolnicy”. Podziałów jest mnóstwo, ale rozmawiać trzeba – podsumował.

– Rolnictwo nie ma barw politycznych, potrafimy rozmawiać z każdym – mówił Jacek Zarzecki. – Ale nie poruszyliśmy najważniejszego: my nie potrafimy współpracować sami ze sobą. Sąsiad z sąsiadem, rolnik z rolnikiem. Nie potrafimy zakładać grup producenckich, spółdzielni, wspólnie kupować i sprzedawać. Z tym mamy największy problem – dodał.

Adam Reimann zakończył debatę z nutą ostrożnego optymizmu. – Słuchając tego wszystkiego, jest mi po ludzku smutno. Brzmi to, jakby się nic nie dało zrobić albo bardzo mało. Ale nie damy się. Będziemy robić swoje, próbować zmieniać myślenie rolników, polityków i społeczeństwa. Jeśli nie będziemy myśleć pozytywnie, nie osiągniemy nic – podkreślił.

Debata rolników na konferencji „Wspólnie możemy więcej” pokazała, że diagnoza kryzysu jest bardzo ostra, ale potencjał do merytorycznego lobbingu, do przygotowywania konkretnych rozwiązań i do odbudowy zaufania – wciąż istnieje. Pytanie, czy środowisko zdąży go wykorzystać, zanim presja ekonomiczna i globalna konkurencja wypchną z rynku kolejne gospodarstwa.

Bartłomiej Czekała
Autor Artykułu:Bartłomiej Czekała Dyrektor Działu Rozwoju Cyfrowego i Produktów Cyfrowych
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
04. marzec 2026 20:01