StoryEditor

Rolnicy z Podlasia o skutkach upadłości Eskimosa: „Zostaniemy z niczym!”

Upadłość spółki Eskimos SA to nie tylko milionowe straty rolników, którzy nie odzyskali pieniędzy za dostarczony surowiec. To przede wszystkim realne zagrożenie dla przyszłości plantacji owoców miękkich na Podlasiu. Jeśli chłodnia w Sokółce przestanie działać, lokalny rynek może się załamać.

Arkadiusz Jakubowski
02.02.2026., 15:00h

Oni nie tylko muszą pogodzić się z poniesionymi stratami, ale też martwić się o przyszłość swoich plantacji. Szczególnie w rejonie Sokółki ewentualne definitywne zamknięcie chłodni oznaczać będzie dla lokalnych plantacji owoców miękkich katastrofę.

Regionalny gracz, kluczowy dla lokalnych dostawców

Założony w 2000 roku Eskimos SA, firma z branży przetwórstwa owoców i warzyw, nigdy nie był rynkowym gigantem. W najlepszych czasach jego udział w polskim rynku szacowany był na kilka procent. O ile więc nie można jej nazywać potentatem krajowym, to już regionalnym jak najbardziej.

Główną siłą spółki (od 2010 roku notowanej na giełdzie New Connect, co samo w sobie było potwierdzeniem potencjału firmy) było świetne umiejscowienie dwóch dużych zakładów przetwórczych i chłodni o możliwościach magazynowania po ok. 5000 ton każdy. Pierwszy zakład znajduje się w miejscowości Motoga w woj. lubelskim w powiecie puławskim, drugi w Sokółce na Podlasiu. Gwarantowało to łatwość pozyskiwania surowców, szczególnie owoców miękkich.

Eskimos wprawdzie produkował mrożonki i warzywne, i owocowe, to jednak tak naprawdę ten drugi segment rynku był dominujący. Spółka nie produkowała mrożonek pod własną flagą, ale na zlecenie, dla marek zewnętrznych. W 2021 roku wielkość produkcji wyniosła prawie 9500 ton. Towar wysyłany był do dwunastu krajów. Eskimos osiągnął przychód ponad 60 mln zł. Nieco ponad 15% pochodziło ze świadczenia usług chłodniczych, ponad 82% z produkcji mrożonek, mniej więcej po połowie warzywnych i owocowych.

image
Eskimos mroźnia upadłość Sokółka
FOTO:

Warzywa w większości przywożone były z dalszych okolic, przede wszystkim z Mazowsza. Jedynie w przypadku brokułów można powiedzieć, że obecność chłodni Eskimosa miała wpływ na powstanie lokalnych upraw tego warzywa.

Za to owoce firma kupowała głównie od lokalnych, miejscowych dostawców. Dla podlaskich plantatorów porzeczki, jagód, malin, truskawek Eskimos był poważnym, a często wręcz jedynym, odbiorcą ich produktów. Lokalizacja i dostosowana do profilu dostawców segmentacja produkcji wydawały się kluczem do sukcesu i rozwoju firmy. I to się działo, bo w 2016 roku Eskimos kupił zakład w Motodze, wzmacniając swoją rynkową pozycję.

Interwencyjny skup jabłek jako punkt zwrotny

Kondycję firmy nadszarpnął pożar jednej z hal produkcyjnych w Motodze w grudniu 2016 roku i perturbacje związane z odmową wypłaty odszkodowania. Jednak nie to przesądziło o smutnym końcu Eskimosa. Przysłowiowym gwoździem do trumny okazało się zaangażowanie firmy w 2018 roku w państwowy interwencyjny skup jabłek przemysłowych, zarządzony przez ówczesnego ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego. To był czas ogromnej nadprodukcji jabłek, cen szorujących po dnie i rosyjskiego embarga na te owoce. Rzeszom sadowników groziła plajta. Lekiem miał być skup interwencyjny. Do realizacji tego skupu wybrana została właśnie spółka Eskimos.

– Byliśmy bardzo zdziwieni – mówi Stanisław Trzonkowski, plantator z Ostrowia Północnego koło Sokółki. Był jednym z największych dostawców do chłodni w Sokółce. Prowadzi dużą plantację owców miękkich: porzeczek, aronii, rokitnika, rabarbaru. Ogólna powierzchnia upraw to 517 ha. – Eskimos nigdy przecież nie zajmował się jabłkami. To zupełnie inna specyfika niż przerób owoców miękkich.

W przemyśle przetwórczym z owoców miękkich produkuje się mrożonki, z jabłek przemysłowych głównie koncentrat. Na tym zasadzała się też idea skupu interwencyjnego: zebrać z rynku nadmiar jabłek, przerobić, przechować, a gdy ceny wzrosną, sprzedać.

Do przeprowadzenia takiej operacji potrzebne są pieniądze na skup i tłocznie, a nie chłodnie. A Eskimos tłoczni nie miał. Pieniądze na skup otrzymał natomiast z gwarantowanego przez KOWR kredytu z BGK. Cała "jabłkowa akcja" zakończyła się dla Eskimosa utratą płynności, długami i ostatecznie ogłoszoną w listopadzie 2025 roku upadłością. Wcześniej jednak, w 2021 roku próbowano firmę zrestrukturyzować. Eskimos miał wtedy prawie 95,5 mln zł długów, z czego 49,2 mln zł stanowiły długi wynikające z "jabłkowej interwencji".

Rolnicy na końcu kolejki wierzycieli

Największym wierzycielem Eskimosa był wówczas KOWR jako gwarant kredytu z BGK. Zaległości wobec dostawców surowca, czyli plantatorów i rolników wynosiły wtedy ponad 6 mln zł. Trudno obecnie policzyć, jak liczna jest ta grupa. W lutym 2024 roku na zwołanym w związku z programem restrukturyzacyjnym spotkaniu w siedzibie KOWR w Warszawie pojawiło się 29 plantatorów, ale poszkodowanych jest znacznie więcej. Alina Sobolewska, syndyk wyznaczony przez sąd w Białymstoku po ogłoszonej upadłości Eskimosa, mówi o ok. 200 wierzycielach, którzy zgłosili do sądu swoje wierzytelności.

Plan restrukturyzacyjny z 2021 roku dawał realne szanse na uratowanie firmy, a więc i rynku dostawców. Zakładał konwersję ok. 50% wierzytelności (przede wszystkim KOWR) na akcje, w rezultacie czego KOWR stałby się w ponad 75% akcjonariuszem spółki. Mowa była o umorzeniu ok. 18% wierzytelności spółki i rozłożeniu na raty spłaty (do 2029 r.) ok. 32% wierzytelności Eskimosa. Produkcja w obu zakładach miała zostać utrzymana, a spółka miała skorzystać z pomocy publicznej z ARP w wysokości 33 mln zł. W efekcie KOWR wspólnie z ARP SA miałyby ponad 83% w kapitale zakładowym spółki. De facto Eskimos byłby więc spółką Skarbu Państwa.

Plan sanacyjny z 2021 roku nie został jednak wdrożony w życie. Po kilku latach zastanawiania się KOWR w 2024 roku nie zgodził się na proponowane rozwiązania. Jedyną możliwą decyzją było ogłoszenie upadłości, co, jak już wiemy, stało się w listopadzie ubiegłego roku. Tym samym rolnicy w zasadzie stracili ostatnią szansę na odzyskanie swoich pieniędzy, bo w kolejce wierzycieli w procesie upadłości są na końcu.

Czy chłodnie Eskimosa uda się uratować?

Co teraz? Sprawa Eskimosa "rozjeżdża się" na dwa tory. Pierwszy to tor sądowy. Dokładnie w sylwestra 2025 roku pojawił się akt oskarżenia. Informowaliśmy o tym na naszym portalu. Dziś ważniejszy wydaje się drugi tor sprawy Eskimosa: czyli likwidacja majątku. Co planuje pani syndyk Alina Sobolewska? Rozmawialiśmy z nią na początku stycznia.

– Nie został jeszcze złożony plan likwidacyjny, ponieważ nie mam sporządzonego oszacowania majątku ani sprawozdania finansowego – mówi A. Sobolewska. – Myślę, że plan złożę na początku lutego. Na pewno jednak chciałabym w postępowaniu upadłościowym sprzedać oba zakłady, czyli w Motodze i Sokółce, jako oddzielne jednostki. Każdy z tych zakładów ma potencjał, zarówno gospodarczy, jak i ludzki. W mojej ocenie to dobre zakłady, w dobrych lokalizacjach, które potrzebują dobrego inwestora i kogoś, kto będzie umiał tym zarządzać. Mam nadzieję, że taki się znajdzie. Wtedy w krótkim czasie uzyskamy jakieś konkretne środki, które będą podlegały podziałowi dla wierzycieli. Natomiast jeżeli nie uda się tych zakładów sprzedać w takiej formie, trzeba będzie się zastanawiać nad sprzedażą poszczególnych części, co nie rokuje za dobrze dla wierzycieli.

Znalezienie kupców na zakłady to jedyna szansa na ich dalsze funkcjonowanie.

image
Stanisław Trzonkowski, plantator z Ostrowia Północnego koło Sokółki. Był jednym z największych dostawców do chłodni w Sokółce. Prowadzi dużą plantację owoców miękkich: porzeczek, aronii, rokitnika, rabarbaru.
FOTO:

– Najgorsze, co mogłoby się stać, to wyłączenie chłodni i spuszczenie z instalacji amoniaku. Potem nikt już tego nie będzie w stanie odtworzyć – mówi Stanisław Trzonkowski. Jako dostawca surowca jest wierzycielem, firma zalega mu ok. 500 tys. zł, ale obecnie bardziej martwi go zagrożenie funkcjonowania chłodni Eskimosa w Sokółce. Jest dostawcą rokitnika, którego zbiór odbywa się w specyficzny sposób, a zebrane owoce muszą być szybko zmrożone. Ale nie tylko ze względu na rokitnik chłodnia w Sokółce ma dla niego znaczenie strategiczne.

– W zasadzie w promieniu ponad 100 km nie mamy podobnego obiektu o takich zdolnościach, który mógłby zastąpić nam chłodnię w Sokółce – mówi.

Wcześniej zrezygnowaliśmy z dostaw do chłodni w Ełku, Białymstoku i Chojnach, przechodząc do jednego odbiorcy, do Eskimosa. Dziś tamte zakłady już nie funkcjonują. W efekcie w naszym regionie została właściwie jedna chłodnia, właśnie w Sokółce i szkoda, by również ona upadła.

– Wtedy zostaniemy praktycznie z niczym – mówi Józef Budnik z miejscowości Grodziszczany w gminie Dąbrowa Białostocka. Z firmą Eskimos współpracował od samego początku jej działalności, to jest łącznie ponad 22 lata. Ma plantację porzeczki czarnej i czerwonej o łącznej powierzchni blisko 12 ha. Przez lata regularnie dostarczał surowiec do Eskimosa (oprócz porzeczki także jagodę czarną i malinę), prowadził też dla Eskimosa skup truskawek, dostarczając rocznie bardzo duże ilości surowca, rzędu 400–500 ton. Firma zalega mu ok. 70 tys. zł.

Bez chłodni lokalna produkcja może zniknąć

Ciągnące się od kilku lat kłopoty Eskimosa z wypłacalnością miały wpływ na strukturę rynku rolnego w regionie. W okolicach Sokółki istniała duża baza producentów warzyw, głównie brokułów. Jednak gdy na zapłatę trzeba było czekać nawet i rok, rolnicy zaczęli stopniowo rezygnować z tej produkcji. W regionie wciąż jednak działa sporo plantatorów owoców miękkich – truskawek, porzeczek, aronii, malin. Zapewne dlatego, że na odbudowę plantacji owoców, w przeciwieństwie do warzyw, potrzeba kilku lat. Ale i tak owoców miękkich w ostatnich latach ubywa w regionie. Niemal całkowicie umarła już na przykład marka truskawki korycińskiej, choć w tym przypadku swoje dołożyły też kłopoty z pozyskaniem osób do zbioru owoców.

W nieco lepszej sytuacji są plantatorzy, którzy dostarczali i dostarczają owoce do zakładu w Motodze.

image
plantacja porzeczki Stanisław Trzonkowski, plantator z Ostrowia Północnego koło Sokółki Eskimos
FOTO:

– Tutaj, w województwie lubelskim sytuacja wygląda inaczej – mówi Krzysztof Kozak z miejscowości Stary Pożuk koło Puław. Prowadzi 7-hektarową plantację jagód, porzeczki i agrestu. Większych strat związanych z Eskimosem udało mu się uniknąć, firma zalega mu ok. 3000 zł. – W promieniu 2–3 km od Motogi funkcjonuje kolejny zakład. W okolicach działa blisko dziesięć chłodni, ponieważ jest to region intensywnych upraw jagodowych. W przypadku całkowitego zamknięcia chłodni w Motodze wielkiej tragedii by nie było. Gorzej jest z Sokółką. Ich sytuacja będzie zdecydowanie nie do pozazdroszczenia.

Warto jednak walczyć o utrzymanie jednego i drugiego zakładu. Raz zamkniętej chłodni raczej się już nie da odbudować. A tymczasem w obliczu zagrożenia zalewem żywności z krajów Mercosur czy Ukrainy, to przetwórstwo może być kołem ratunkowym dla polskich rolników. To dlatego każda infrastruktura przetwórcza jest szczególnie cenna. Tym bardziej, że popyt na mrożonki rośnie.

Kto przejmie zakłady po Eskimosie?

Na razie oba zakłady należące do Eskimosa funkcjonują, przerabiając surowiec z ubiegłego roku. Od wielu lat zakładami kieruje Janusz Chojnowski, którego plantatorzy bardzo cenią za kompetencje, fachowość i mimo wszystko niezakłóconą działalność operacyjną obu zakładów.

– Prowadzimy normalną produkcję: przetwarzamy owoce i warzywa oraz świadczymy usługi pakowania dla innych firm. Przerabiamy do 1000 ton miesięcznie – mówi J. Chojnowski. – Oba zakłady są sprawne technologicznie, nie są zdekapitalizowane. Zakład w Motodze po pożarze został w 2017 r. odbudowany. Ma trzy tunele i zdolność zamrożeniową do 150 ton na dobę. Z kolei, jeśli chłodnia w Sokółce zostanie zamknięta, producenci owoców będą mieć potężny kłopot. To wynika ze specyfiki tej branży.

Specyfikę tę tłumaczy Wiesław Błocki, prezes BWB Podlasie, spółki będącej grupą producentów owoców i warzyw. Zarządza areałem 1600 ha. Uprawy to porzeczka, aronia, ziemniak, marchewka, buraczek ćwikłowy, selery, kalafiory, brokuły, papryka i zboża. W ramach grupy produkują łącznie ok. 10 tys. ton różnych owoców i warzyw. Byli i są bardzo dużym dostawcą surowca do chłodni Eskimosa.

– W przypadku owoców potrafi być ogromna zmienność cen na rynku – mówi W. Błocki. – Podam przykład porzeczki, czy to świeżej, czy przerobionej na koncentrat. W zależności do stopnia przetworzenia i czasu, ceny mogą się wahać od 1 euro do 12 euro, czyli dwunastokrotnie. Porzeczka w skupie może być po 40 groszy, a może być też nawet i po 10 złotych. Tajemnica w naszej branży tkwi przede wszystkim w możliwościach przechowania tego, co się wytworzy: surowca czy półproduktu. A do tego niezbędne są chłodnie.

W tzw. sprawie Eskimosa najważniejsze jest teraz, by majątek w postaci dwóch zakładów znalazł nowego lub nowych właścicieli. W tym kierunku szły założenia planu restrukturyzacyjnego, którego nie zaakceptował KOWR, w tym kierunku będą szły też poczynania pani syndyk.

– My też rozpuszczamy wici w naszym środowisku – mówi S. Trzonkowski. – Zainteresowanie jest.

Jednym z potencjalnych kupców jest na pewno grupa BWB. Tym bardziej, że obecnie nie dysponuje chłodnią, a jedynie przechowalniami, tzw. zerówkami, w których minimalnie można osiągnąć zero stopni Celsjusza, niemożliwe jest mrożenie przemysłowe. Pytany o plany zakupu którejś z chłodni Eskimosa prezes Błocki nie zaprzecza, ale dodaje:

– Wszystko zależy od ceny – mówi.

W 2021 roku wartość zakładu w Motodze wyceniono na 20,5 mln zł, w Sokółce na 15,5 mln zł. Wartość ruchomości wynosiła 19,6 mln zł.

Arkadiusz JakubowskiArkadiusz Jakubowski
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
02. luty 2026 15:02