Mój mąż odziedziczył pasję do rolnictwa we krwi, ponieważ pochodzi z rodziny rolniczej osadzonej na Śląsku, a dokładnie w Pawłowicach Śląskich. Ja natomiast zetknęłam się z tą branżą dopiero biorąc z nim ślub – mówi z uśmiechem Aneta Pająk, która wraz z mężem Andrzejem i dziećmi: Julią i Brunem, prowadzą od dziesięciu lat w Wysokiej tuż przy granicy z Czechami gospodarstwo Kozia Ferma Wysoka. Dziś to, co robią, jest spełnieniem ich marzeń, jednak droga, jaką przebyli, żeby móc z czystym sumieniem tak powiedzieć, była pełna przeciwności losu. Dosłownie pełna.
Z Krakowa na Opolszczyznę. Tak zaczęła się ich przygoda z kozami
Oboje studiowali w Krakowie: Aneta technologię chemiczną na Akademii Górniczo-Hutniczej, a Andrzej budownictwo na Politechnice Krakowskiej. I choć mieli dobrą pracę, ten własny biznes zawsze mieli gdzieś z tyłu głowy. Poszli więc za ciosem, zwłaszcza że życie w mieście zaczęło ich przytłaczać. A narodziny syna były tylko kropką nad i.
– Kraków jest piękny, ale na weekend – podkreśla rolniczka, dodając: – Wróciliśmy więc najpierw w rodzinne strony męża i tam złapaliśmy, a właściwie ja złapałam rolniczego bakcyla. Zaczęliśmy nawet stawiać pieczarkarnię, kiedy teść przyniósł nam nowinę, że na Opolszczyźnie rolnik chce sprzedać 3,5-hektarowe siedlisko z budynkami. Nie zawahaliśmy się ani chwili.
– To miał być biznes życia. W ogóle nie braliśmy pod uwagę, że może się nie udać – zwraca uwagę Andrzej Pająk. Postawili na hodowlę kóz mlecznych, ponieważ w Głubczycach była mleczarnia OSM Turek, która skupowała mleko kozie. Pomyśleli więc: po co mają je ściągać z Holandii, jak mogą brać od nas. Trzeba przyznać, że plan był niezły.
– Niestety, kiedy zaczęliśmy doić swoje stado, bardzo szybko mleczarnia się zamknęła i zostaliśmy z dnia na dzień z ogromnymi ilościami mleka – mówi rolnik. A podeszli do sprawy bardzo profesjonalnie, ponieważ sprowadzili 200 kóz rasy saaneńskiej z Austrii, przerobili oborę uwięziową na wolnostanowiskową i zainwestowali w halę udojową. I to wszystko z własnych środków. Szybko więc pojawił się oddech kredytu na plecach.
– Kiedy zaczęły się zawirowania finansowe, zaczęliśmy wątpić w to, co robimy – wraca wspomnieniami Aneta Pająk. I choć udało im się z początku wysyłać mleko do Czech do suszenia, to nadal to było za mało.
Mleczarnia się zamknęła, więc ruszyli w poszukiwaniu odbiorców
– Jeździliśmy po okolicznych, rzemieślniczych serowarniach i proponowaliśmy im współpracę. Nie było to proste, bowiem większość bazowała głównie na mleku krowim. Dziś ta świadomość co do walorów mleka koziego jest już zdecydowanie wyższa. Niemniej część zaryzykowała i do dziś bierze od nas surowiec – mówi rolniczka. W ten sposób zapewnili sobie wzajemne wsparcie: przetwórcy mają zagwarantowane stałe dostawy mleka, a Pająkowie – zbyt, który w tamtym czasie był ich piętą achillesową. Za litr mleka koziego w hurcie płacą im obecnie 5 zł netto.
Własne sery były strzałem w dziesiątkę. Dziś przerabiają nawet 500 litrów mleka dziennie
Mając tak jakościowy surowiec – ich mleko jest w klasie ekstra i zawiera od 13 do 30 tysięcy jednostek tworzących kolonie na mililitr, choć norma przewiduje do 100 tys., Aneta trzy lata temu sama zdecydowała się na przetwórstwo. I to był strzał w dziesiątkę, który pozwolił zdywersyfikować ich dochody.
– Dziś w ramach rolniczego handlu detalicznego jestem w stanie przerobić nawet 500 l mleka, a pamiętam, jak zaczynałam od kilku garnków 15–20-litrowych i nieśmiało machałam w nich łyżką – zwraca uwagę rolniczka. Z bardzo świeżego mleka, prosto po udoju, powstają sery podpuszczkowe, twarogi, sery dojrzewające i sery parzone, tj. ricotta. Ich ceny wahają się od 90–130 zł/kg. Oczywiście, samo mleko kozie również sprzedają w detalu za 12 zł/l. Produkty z Koziej Fermy Wysokiej można nabyć na Targu na Zielonym w Gliwicach, czy na Bazarze z Utopcem w Polskiej Cerekwi. Pająkowie co czwartek otwierają też swoje gospodarstwo na klientów, którzy przyjeżdżają do nich z odległych stron Polski, ale też z sąsiednich Czech.
– Cieszy nas to, że klienci są i co najważniejsze – wracają. Już nie zastanawiamy się, czy to, co robimy, ma sens – mówi z zadowoleniem Aneta Pająk. Nie dość, że produkty, które starają się mieć jak najświeższe, bo 2–3-dniowe, zasługują na pochwałę, to i sam sposób, w jaki prowadzą hodowlę jest godny naśladowania.
300 kóz daje nawet 600 litrów mleka dziennie. Tak wygląda ich hodowla
Obecnie mają 300 kóz, które dziennie dają ok. 600 litrów mleka. Dój odbywa się dwa razy dziennie – o 6 rano i 6 wieczorem.
– Mamy 24-stanowiskową halę udojową firmy Polanes z wygrodzeniami bok w bok. Każda koza, która wchodzi, otwiera stanowisko dla kolejnej. Dój 24 sztuk trwa ok. 10 minut – mówi Andrzej Pająk. Średnia wydajność kozy to 3,8–4,2 l mleka dziennie. Tak dobry wynik to w dużej mierze zasługa odpowiednio skomponowanej mieszanki paszowej, którą pomógł im dobrać doradca żywieniowy. A jak wskazuje rolnik, przerabiali różne sposoby karmienia – zarówno na mokro, czy na wysłodkach.
– Żywienie to był jeden z błędów, który popełniliśmy na początku. Kozy bardzo łatwo rozkarmić, dlatego trzeba robić to niezwykle rozważnie. Są podatne m.in. na wzdęcia i kwasicę, a niewłaściwie zbilansowana dawka może powodować problemy metaboliczne. Kluczowa jest odpowiednio skomponowana mieszanka, dopasowana do aktualnych potrzeb zwierzęcia. Inaczej żywimy kozę w okresie wzrostu, inaczej w ciąży, laktacji czy zasuszeniu – podkreśla hodowca, dodając: zwierzęta trzeba też stale obserwować, bo ich zachowanie bardzo dużo mówi o tym, czy dawka jest właściwie dobrana.
„Koza zje wszystko”? Nic bardziej mylnego. Dobre siano to podstawa
Dzienna dawka pokarmowa to ok. 3–3,5 kg suchej masy na głowę, wliczając w to siano, które dostają do oporu. Zwierzęta karmią ręcznie trzy razy dziennie, choć w niedalekiej przyszłości planują zakup robota paszowego.
– Dobre siano to podstawa, dlatego mamy stałych dostawców. Co ciekawe, w naszym regionie są ziemie I i II klasy, a jest problem z jego pozyskaniem – podkreśla rolnik. I choć mówi się, że koza zje wszystko, to wbrew pozorom jest bardzo wybrednym zwierzęciem, które zmuszone zjeść z głodu, zwyczajnie nie da mleka.
– Kiedy każdy kęs jest perfekcyjnie zbilansowany, a koza nie jest w stanie segregować paszy, nie mamy problemów z kwasicą, która jest największym utrapieniem hodowców. Koza zachowała wiele pierwotnych, ewolucyjnie ukształtowanych zachowań obronnych i jako zwierzę będące potencjalną ofiarą drapieżników długo może nie ujawniać objawów choroby czy osłabienia – dodaje. Dlatego też w gospodarstwie stawiają na najwyższe standardy bioasekuracji.
– Do zwierząt nie można tak po prostu wejść. Nie mówiąc już o ich głaskaniu. Każdy kontakt z obcym, co widać od razu po ich zachowaniu, jest dla nich bardzo stresujący – mówi Aneta Pająk. A dobrostan zwierząt to dla rolników podstawa. Co widać zresztą po warunkach, w jakich żyją – na takim metrażu mogłoby mieszkać nie 300, a 600 kóz.
Nie tylko sery i mleko. Pająkowie hodują także kozy na sprzedaż
Nie tylko serowarstwo pozwoliło rolnikom zdywersyfikować ich dochody. Około 7 lat temu, chcąc podejść profesjonalnie do hodowli i mieć zdrowe kozy, które faktycznie dają mleko, Aneta zrobiła szkolenie z inseminacji. Więc oprócz tego, że dla nich zostają kozły o wybitnych cechach genetycznych, to jeszcze zostali szanowanym na rynku sprzedawcą kozłów rasowych.
– To, że mamy zamówienia na parę lat do przodu, jest tego najlepszym dowodem – mówi podekscytowana. Sprzedają półroczne zwierzęta – kozy za 1,6 tys. zł, a kozły 3,8 tys. zł za sztukę.
Inseminują najlepsze kozy. Skuteczność wynosi około 60 proc.
– Inseminujemy championki, rocznie ok. 30 sztuk. Pozostałe są kryte haremowo – podkreśla Andrzej Pająk, dodając: – Skuteczność inseminacji wynosi ok. 60%, dlatego nie ma sensu inseminować całego stada.
Na początku do inseminacji podchodzili książkowo, stosując hormonalną synchronizację rui. Dziś, oprócz wiedzy i doświadczenia, pozwalają również naturze rządzić się swoimi prawami.
– Kozy w naturalnym okresie rui, który przypada na koniec sierpnia i początek września, ustawiamy w pobliżu kozłów. Wydzielane przez nie feromony sprawiają, że w ciągu 1–2 dni kozy zaczynają wykazywać objawy rui. Podczas inseminacji zakładamy kozłowi specjalny fartuch z kredką i wpuszczamy go do stada. Kozioł zaznacza samice wykazujące zainteresowanie kryciem, dzięki czemu możemy wytypować kozy do inseminacji – opowiada Aneta Pająk. Rolnicy dysponują kamerami endoskopowymi, które pozwalają im precyzyjnie przeprowadzić cały zabieg.
Cztery grupy technologiczne zapewniają mleko przez cały rok
Stado w gospodarstwie podzielone jest na cztery grupy technologiczne, a co za tym idzie – wykoty odbywają się cztery razy w roku. Dzięki temu przez cały rok Pająkowie produkują podobne ilości mleka. A to dla stabilności, której nie mieli latami, jest dla rolników kluczowe.
– Jedna koza przeważnie rodzi jedno małe, ponieważ plenność jest na poziomie 1,8. Zdarzyły nam się już jednak czworaczki – zwraca uwagę rolnik.
Z ruiny stworzyli dobrze prosperujące gospodarstwo. Determinacja zwyciężyła
Kupując to gospodarstwo Pająkowie nie mogli przewidzieć, że aż taki scenariusz napisze dla nich życie. Bo nie ma co ukrywać, niejednemu zabrakłoby determinacji, żeby przetrwać taki poligon.
– Kupując to gospodarstwo myślałam, że będę siedzieć tylko w papierach, czy ewentualnie czasem pojadę coś załatwić. W życiu bym nie pomyślała, że będę doić, ścielić, czy inseminować kozy. Ostatnia dekada był to jednak taki czas w naszym życiu, który bardzo nas wzmocnił. I pokochaliśmy to, co robimy – mówi Aneta Pająk. Miejsce, które reanimowali, bo tak naprawdę było ruiną, dziś tętni życiem i ma przed sobą ogromne perspektywy.
– A pamiętam, jak płakać mi się chciało, kiedy pierwszy raz zobaczyłam to miejsce. Wszędzie śmieci i chaszcze – śmieje się. Ich starania nie mogły oczywiście przejść niezauważone. Gospodarstwo było wielokrotnie nagradzane, a wejście w Opolskie ze smakiem, było jednym z najważniejszych kroków na ich serowarskiej drodze, ponieważ pomogło im nawiązać wiele współpracy. Historia Anety, dla której ostatnie lata były prawdziwą lekcją życia, a mimo to bardzo twardo stąpa po ziemi, motywując też inne kobiety w regionie do działania, również została dostrzeżona. Nie dość, że przyjęła akt powołania do Forum Kobiet Powiatu Głubczyckiego, to w tym roku odebrała również nagrodę „Polka XXI wieku” za przedsiębiorczość. I choć jest bardzo skromną osobą, zasłużyła na to jak nikt inny! Ich rodzinne motto – „Zdrowie zaczyna się tam, gdzie początek ma nasze mleko” – najlepiej oddaje to, co przez lata udało im się zbudować.
Ten artykuł pochodzi z wydania top agrar Polska 9/2026
czytaj więcej
