Mieli uratować pałac. Zostali rolnikami na 360 hektarach
Teściowie w roku 2000 przyjechali do Jawor, bo chcieli uratować od ruiny stary poniemiecki pałac. A że tutaj ten pałac, tak jak większość takich obiektów, był połączony z całym kompleksem gospodarczym, no to nie mogli wydzierżawić samego budynku. I tak to się zaczęło – wspomina początki teściów na Kaszubach Ania Bartosiewicz. Dziś wspólnie z nimi i mężem gospodarują na 360 ha na ziemiach IVb i V klasy, z czego 150 ha stanowią grunty orne, 150 ha łąki i pastwiska, a 60 ha jeziora i las. Gospodarstwo od samego początku było prowadzone w ekologii, a od momentu wejścia do UE w 2004 roku potwierdza to certyfikat ekologiczny.
– Rodzice męża nigdy nie mieli styczności z rolnictwem. A przyszedł czas, że coś na tych gruntach wypadałoby zacząć robić. Nie mając więc doświadczenia, a co za tym idzie – nie chcąc ślepo dużo inwestować w produkcję roślinną, zdecydowali się na ekologię – mówi młoda rolniczka. I wydaje się, że bycie rolnikami im się nawet spodobało, ponieważ w 2012 roku postanowili wykupić gospodarstwo.
Zaczęli od owsa i gryki. Dziś uprawiają też groch, koniczynę i lucernę
Od samego początku w gospodarstwie uprawiany jest owies, który plonuje średnio 2,5–3 t/ha i gryka (1 t/ha), które naprzemiennie zajmują największy areał. Sprzedają je głównie za granicę i tak np. owies w całości trafia na rynek niemiecki, gdzie powstają z niego płatki owsiane.
– Ostatnio ze względu na panujący mikroklimat, stawiamy również na koniczynę czerwoną oraz groch. W tym roku na 16 ha zadebiutowała także lucerna. Wszystko uprawiamy z myślą o kiszonce dla bydła, a w przypadku koniczyny również o nasionach – zwraca uwagę Ania Bartosiewicz. Był taki okres, że uprawiali też kukurydzę z myślą oczywiście o zwierzętach, ale ze względu na to, że gospodarstwo jest otoczone z każdej strony lasem i tak de facto nie mają sąsiadów, presja zwierzyny leśnej jest tak duża, że musieli z niej zrezygnować. Niemniej groch świetnie ją zastępuje, dając średni plon 1,5 t/ha. W żywieniu bydła wykorzystują ok. 35% plonów całej produkcji roślinnej.
Od owiec do 90 krów. Własne bydło zaczęli hodować w 2009 roku
Na hodowlę bydła zdecydowali się natomiast dopiero w 2009 roku. Wcześniej w gospodarstwie było stado owiec, najpierw rasy czarnogłówka, a potem rasy pomorskiej zachowawczej. Jednak z powodu odchodzenia wojsk od wykorzystania wełny oraz znikomą popularność baraniny czy jagnięciny w Polsce, postanowili z tego zrezygnować. I tak kupili parę jałówek. Dziś stado bydła rasy limousine liczy 90 sztuk. Docelowo chcą je jednak zwiększyć do 120–130 krów.
– Stado też jest utrzymywane w systemie ekologicznym z certyfikatem. Ich żywienie opiera się na TMR. Dawka pokarmowa składa się z siana oraz kiszonki z lucerny. Dziennie przygotowuje się mieszankę z ok. 500 kg kiszonki objętościowej (stanowiącej ok. 30% dawki), 700 kg siana, 300 kg śruty z grochu i owsa oraz 1000 litrów wody. Łączna dzienna dawka paszy wynosi ok. 30 kg na jedną krowę. Wszystko pochodzi z naszego gospodarstwa – mówi Jim Bartosiewicz, mąż Ani. Bydło od samego początku było hodowane z myślą o sprzedaży do dalszej hodowli, jednak jak mówi rolniczka, dopiero gdy z mężem skończyli studia – biotechnologię żywności na Politechnice Gdańskiej i osiedlili się tu na stałe, to zaczęli przetwarzać swoje produkty, w tym ekologiczną wołowinę.
– Zaczynaliśmy w 2020 roku i właśnie od samego początku zainteresowanie mięsem jest największe – wspomina z zadowoleniem.
Pieniądze z wesela poszły na prasę. Tak zaczęli produkować własne oleje
Ale zanim była wołowina, to na początku, jakieś 8–9 lat temu, zaczynali od tłoczenia olejów na zimno: rzepakowego, lnianego i rydzowego z lnianki. Dziś już bez rzepakowego i bez żadnego hektara tej uprawy, bowiem mimo chęci ze względu na szkodniki nie dało się go uprawiać ekologicznie.
– Pieniądze z wesela zainwestowaliśmy w prasę do tłoczenia. Niestety, konkurencja na tym rynku jest tak duża, że oleje stanowią jedynie dodatek w naszym asortymencie – mówi rolniczka. Nie zniechęcając się, zaczęli stopniowo wprowadzać nowe produkty, tj. kaszę gryczaną, jęczmienną, czy jaglaną. Aż zamarzyli o czymś więcej i poszli w uprawę warzyw.
– Pomysł wziął się stąd, że jeszcze w 2006 roku tato miał propozycję uprawy warzyw ekologicznych dla HIPP, producenta słoiczków dla dzieci. Z badań gleby wyszło, że mamy całkiem niezłe ziemie. Niestety, pracując tylko wówczas jeszcze w dwójkę na gospodarstwie, nie byliby w stanie sprostać wyzwaniu, jak np. uprawa i pielenie samej cukinii na 15 ha. A w okolicy na próżno było szukać rąk do pracy – podkreśla młody rolnik. I tak te wyniki badań sprzed lat ich zmotywowały, że dziś obrabiają hektar warzyw. Uprawiają na redlinach, których rozstaw to 75 cm ziemniaki (30 arów), buraki ćwikłowe (30 arów), marchew (15 arów) i kapusty (15 arów): głowiastą białą i czerwoną, a także pekińską. Niewielką powierzchnię zajmują też pietruszka, cebula i seler.
Opóźniają siewy, nawadniają i stawiają na własne rozwiązania
Produkcja opiera się na nasionach, gdzie przykładowo obsada buraków ćwikłowych to 550–600 tysięcy, a marchwi 1,1 mln nasion na hektar. Tymczasem kapusta uprawiana jest z rozsady co 0,5 m, seler z rozsady co 0,3 m, a cebula z dymki co 5 cm.
– Siewy w naszym gospodarstwie są mocno opóźnione, bo na przełomie kwietnia/maja, co pozwala nam uporać się z zachwaszczeniem – zaznacza Jim Bartosiewicz. Zbiory, które ułatwia kombajn do zbioru warzyw naciowych marki Weremczuk, rozpoczynają się natomiast w drugiej połowie sierpnia i trwają do października.
W uprawie warzywniczej, która jest nawadniana kropelkowo, stosują środki biologiczne. Podają też 1 t azotu oraz 800 kg fosforu i potasu na hektar, a także dolistnie 15 kg magnezu/ha. Pod kapusty trafia też 40 t obornika/ha. Tym samym młody rolnik zwraca uwagę, że pH gleby w ich gospodarstwie jest na poziomie 6,5–7.
– Kiedyś mieliśmy większy miks i dodatkowo jeszcze dynię, czy cukinię, ale skupiamy się teraz wyłącznie na gatunkach, które możemy przerobić, zwłaszcza że nie mamy profesjonalnej przechowalni. Z takim zamysłem otwieraliśmy przetwórnię – zaznacza Ania Bartosiewicz. Ziemniak, który dobrze im się sprawdza w płodozmianie, jest jedyną uprawą, która nie trafia do przetwórstwa i jest sprzedawany jako surowiec. Nadwyżki natomiast trafiają do skarmiania krów.
Buraki zamieniają w 5 tys. litrów zakwasu rocznie. To jeden z ich hitów
Tymczasem burak całkowicie idzie na zakwas z buraka.
– Zakwas z buraka, oprócz oczywiście wołowiny, najlepiej nam się sprzedaje. Rocznie do naszych odbiorców trafia go ok. 5 tys. litrów – dodaje rolniczka. Cena dla klienta indywidualnego za butelkę 0,75 l to 22 zł. Zakwas robią także z marchewki i pietruszki z selerem. Z kapusty białej i czerwonej robią kapustę kiszoną, a z pekińskiej kimchi. Produkty te sprzedają w głównej mierze na miejscu w gospodarstwie, ale też dowożą je do sklepów na terenie Trójmiasta i Słupska. Raz w miesiącu wystawiają się z nimi również na Bazarku Natury w Krępie Słupskiej. Niemniej jeśli ktoś jest z daleka, może liczyć na wysyłkę.
Wołowinę można natomiast kupić na zamówienie tylko w gospodarstwie, jednak grono klientów jest stałe i nie poszukują nowych, ze względu na ograniczone możliwości produkcyjne.
– Bydło, które wybija na ok. 60% i osiąga masę 600–700 kg, ubijamy cztery razy w roku w ubojni z certyfikatem ekologicznym. Dążymy do tego, żeby jednak albo utworzyć swoją ubojnię na miejscu, albo jeśli przepisy wejdą w życie, korzystać z możliwości uboju pastwiskowego. To najhumanitarniejsze – podkreśla. Mięso w ubojni dzielone jest na cztery ćwierci, a dalszy rozbiór odbywa się w ich przetwórni na terenie gospodarstwa. Mięso, które dojrzewa na mokro w chłodni i jest pakowane próżniowo, dostępne jest w marcu, czerwcu, wrześniu i listopadzie. Rocznie ubijają 12 sztuk bydła, co daje 2,5 t wołowiny. Polędwica jest najdroższa – 250 zł/kg. Cena zrazówki to 64 zł/kg, mięsa mielonego 50 zł/kg, natomiast mięsa stekowego ok. 90 zł/kg. Cały asortyment sprzedawany jest w ramach rolniczego handlu detalicznego.
Obornik wraca na pola, odpady trafiają do krów. Tutaj nic się nie marnuje
– Myślę, że wyróżnia nas to, że po pierwsze mamy wszystko pod certyfikatem ekologicznym i faktycznie tę ekologię robimy od samego początku. W gospodarstwie utrzymujemy obieg zamknięty, co naszym zdaniem jest podstawą produkcji ekologicznej. Krowy dają obornik, który trafia na pola. Następnie z pól zbieramy plony, a odpady pochodzące z produkcji roślinnej, warzywniczej oraz przetwórstwa trafiają do paszowozu, gdzie są wykorzystywane do przygotowania paszy dla krów. Dzięki temu wszystko zostaje zagospodarowane i nic się nie marnuje – podkreśla Ania Bartosiewicz, dodając: po drugie, myślę, że fajne jest też to, że dążymy do tego, aby przetwarzać jak najwięcej.
I te starania Bartosiewiczów nie przeszły bez echa. W 2022 roku gospodarstwo Eko Elita zdobyło tytuł najlepszego gospodarstwa ekologicznego w województwie pomorskim, a następnie zajęło II miejsce w etapie ogólnopolskim. W 2024 roku zostali też trzecim najlepszym przetwórstwem ekologicznym w kraju. I coś czuję, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.
– Realizuję doktorat wdrożeniowy, którego celem jest usprawnienie produkcji zakwasu oraz zbadanie jego wpływu na oś jelita – mózg. Z kolei mój mąż rozpoczyna doktorat poświęcony zagospodarowaniu odpadów poubojowych i wykorzystaniu ich do produkcji kolagenu – podkreśla z uśmiechem rolniczka. Sami widzicie – pomysłom i to całkiem odjechanym, nie ma końca.
