Z bloku i boiska do hodowli bydła mięsnego. Jak zaczęła się ta historia?
- Rolnictwo jest dla nas wspaniałą przygodą i odkrywaniem życia na nowo. Wcześniej bowiem ani ja, ani moja żona nie pracowaliśmy na roli – mówi Robert Sówka, który nie wywodzi się z rodziny rolniczej.
- Wcześniej zawodowo grałem w koszykówkę m.in. w Resovii Rzeszów, Polonii Przemyśl i Zniczu Jarosław. Koszykówka była ważną częścią mojego życia, jeździłem na turnieje do Belgii i Francji, a nawet otrzymałem propozycję dalszego rozwoju sportowego. Ostatecznie jednak z niej nie skorzystałem. Z czasem trzeba było pójść do pracy i zająć się innymi obowiązkami – mówi Robert i podkreśla, że przez całe życie mieszkał w bloku w Dynowie. Dopiero później zbudował dom. Równolegle prowadził własną działalność gospodarczą, między innymi sklepy spożywcze i wędkarskie. Gospodarstwo znajduje się nad samym Sanem, a Robert jest również szefem klubu wędkarskiego.
- To właśnie dzięki innej działalności miałem pewien komfort finansowy, który pozwolił mi rozwijać hodowlę bez konieczności szybkiej sprzedaży każdego zwierzęcia – mówi hodowca i dodaje, że dzisiaj chciałby stopniowo ograniczać inne aktywności zawodowe i bardziej skupić się na hodowli bydła. Zaznacza, że na razie hodowla nie jest jeszcze jedynym źródłem utrzymania, ale z każdym rokiem jest do tego coraz bliżej.
Zamiast sprzedawać siano, postawił na bydło mięsne. Tak wykorzystał rodzinne łąki
Ojciec Roberta przepisał mu ziemię, którą kupił wcześniej, w czasach, gdy upadały PGR-y i niewiele osób chciało inwestować w grunty.
- Ojciec prowadził uprawy, ale nie na skalę, na której ja działam obecnie. Pomysł na bydło mięsne pojawił się dlatego, że mieliśmy dużo trwałych użytków zielonych. Trzeba było je kosić i sprzedawać materiał, co stawało się dla nas problemem. Zamiast traktować to jako balast, postanowiłem to wykorzystać – tłumaczy Sówka i podkreśla, że gospodarstwo jest mocno rozproszone. Część działek znajduje się w innych miejscowościach, po drugiej stronie rzeki i mostu. Rolnik nie dysponuje dużym, zwartym areałem, dlatego logistyka zbioru pasz bywa trudna.
- W naszych warunkach 15 ha dobrej ziemi ornej, klasy II i III, to duża wartość. Mimo to zdecydowałem się przeznaczyć część takiego gruntu na pastwisko, ponieważ rozwój stada tego wymaga – wyjaśnia.
Pierwsze krowy kupił w 2019 roku. Nie miał obory ani doświadczenia
Robert pierwsze krowy kupił jesienią 2019 r. Wówczas w gospodarstwie nie było odpowiednich budynków, ani sprzętu oraz zaplecza paszowego.
- Początek był możliwy między innymi dlatego, że na jednym z ogrodzonych terenów miała wcześniej powstać szkółka leśna. Ojciec zostawił ten obszar, a świerki, które tam wyrosły, pozostały po tamtym pomyśle. Było ogrodzenie, był teren i pojawił się impuls. Pojechałem zobaczyć bydło, spodobały mi się te zwierzęta, kupiłem pierwsze sztuki i od tego wszystko się zaczęło – wspomina hodowca. Na początku kupił jałówki oraz krowy cielne. Rozwój następował małymi krokami.
- Na początku mieliśmy tylko jeden ciągnik. Nie miałem doświadczenia w pracy ze zwierzętami ani profesjonalnej infrastruktury. Nie było obór, śrutowników, własnego zboża czy dobrze przygotowanych łąk. Miałem przede wszystkim trawę, siano i trwałe użytki zielone. Wszystkiego musiałem nauczyć się sam, na podstawie rozmów z innymi hodowcami, obserwacji zwierząt i własnych błędów – mówi Robert Sówka.
Dlaczego wybrał bydło rasy hereford? Zdecydowały dwie cechy
Przed wyborem rasy odwiedził kilka stad w Polsce. Chciał zobaczyć różne systemy chowu, różne rasy i zrozumieć, co najlepiej pasuje do jego warunków.
- Hereford był dla mnie dobrym wyborem z dwóch powodów. Po pierwsze, zależało mi na spokojnym temperamencie, nie chciałem zaczynać od zwierząt trudnych w obsłudze. Herefordy są łagodne, spokojne i dobrze reagują na człowieka – wyjaśnia hodowca i dodaje, że drugim ważnym powodem była ekstensywność tej rasy. Hereford potrafi utrzymać dobrą kondycję i przyrosty nawet wtedy, gdy baza paszowa nie jest idealna.
Rozważał również highland cattle, bo dobrze sobie radzą w trudnych warunkach, ale rośną wolniej, często przez 3–4 lata nie osiągają takich mas jak hereford. Ponadto trzeba mieć konkretny pomysł na sprzedaż zwierząt tej rasy lub mięsa.
- Od samego początku celem była hodowla zwierząt o mocnym, międzynarodowym rodowodzie. Postawiliśmy na genetykę wysokiej jakości i dzisiaj mamy w stadzie całe linie zwierząt pochodzących między innymi z Kanady, Danii, Australii, Czech, czy Anglii – mówi Robert.
Kilogramy ważniejsze od rasy? Hodowca mówi, co liczy się przy sprzedaży bydła
W Polsce nadal brakuje kultury jedzenia dobrej wołowiny. Wielu klientów patrzy przede wszystkim na kilogram i cenę, a nie na rasę, jakość mięsa, marmurkowatość czy sposób chowu czy hodowli. Mięso hereforda wyróżnia marmurkowatość, cenione jest między innymi w Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych. Polscy konsumenci nie zawsze potrafią to docenić.
- Kiedy dzwonię do rzeźni i pytam o sprzedaż byków, praktycznie nikt nie pyta, jakiej są rasy. Liczy się to, czy byk waży 600, czy 900 kg, oraz w jakiej klasie zostanie rozliczony – mówi hodowca i podkreśla, że rolnicy często są zmuszani przez rynek do produkowania przede wszystkim kilogramów.
- Jednak intensywna produkcja oznacza wyższe koszty pasz, więcej pracy i często gorszą jakość końcowego produktu. Trzeba budować wynik na dobrej genetyce, zdrowiu, dobrej i taniej paszy oraz dobrostanie – zaznacza rolnik.
Dobra genetyka, mniejsze koszty paszy. Co decyduje o opłacalności hodowli?
Genetyka w tym stadzie jest podstawą opłacalności produkcji. Zwierzę o słabszym potencjale genetycznym gorzej przyrasta, potrzebuje więcej paszy i ponosi się większe koszty, żeby osiągnąć odpowiednią masę oraz wartość hodowlaną.
- Nie mamy wpływu na ceny paliwa, sytuację polityczną, geopolitykę czy koszty energii. Nie mamy wpływu na to, że paliwo kosztuje nawet 9 zł/l. Możemy jednak wpływać na to, jakie zwierzęta utrzymujemy, jak je selekcjonujemy i jaką paszę im zapewniamy – mówi hodowca.
Uważa, że sukces jego hodowli polega na tym, że herefordy dzięki dobrej genetyce radzą sobie nawet podczas suszy, na słabszej paszy, nie tracąc masy ciała, jak inne rasy w trudniejszych warunkach.
Ma 25 krów mamek, chce dojść do 50. Co ogranicza rozwój stada?
Obecnie jest około 50 sztuk bydła łącznie, razem z młodzieżą, jałówkami i bykami. Krów mamek jest teraz 25, ale hodowca chce dojść do poziomu około 50 szt.
- Nie chcę przekraczać tej liczby bez odpowiedniego zabezpieczenia paszowego, budynków i powierzchni pastwisk. Już teraz stado zaczyna być zbyt duże w stosunku do obecnej infrastruktury. W głównym stadzie są krowy, jałówki i młode byczki – mówi rolnik i zaznacza, że ma problemy z wydzieleniem dodatkowej powierzchni dla innych grup.
- Mały byczek nie może przebywać w jednej grupie z dużym, rocznym bykiem. Silniejszy zawsze wygra rywalizację o paszę, a młodsza sztuka będzie traciła. Mam obecnie grupę 6 byków, z czego jeden zostaje jako zabezpieczenie hodowlane, reszta jest przeznaczona do sprzedaży – mówi Robert.
W innych sektorach są kolejne młode sztuki, a wiosną pojawi się następna grupa. Stado rozwinęło się już do poziomu, na którym może prowadzić rzeczywistą selekcję i sprzedawać materiał hodowlany.
Rozdrobnienie działek jest problematyczne
Główne stado wypasane jest obecnie na około 8 ha. Jałówki i byki mają dodatkowo około 2 ha. Oprócz tego w gospodarstwie jest 60–70 ha trwałych użytków zielonych, z których przygotowywana jest pasza objętościowa, oraz grunty orne.
Hodowca zwraca uwagę, że największym problemem jest rozdrobnienie działek. Część łąk znajduje się w innych miejscowościach, dlatego trzeba do nich dojeżdżać, zbierać paszę i ją transportować. Potrzebne są dobrze położone pastwiska, dostęp do wody, ogrodzenia, drogi dojazdowe i odpowiednia organizacja pracy. Trzeba też pamiętać o zmianie kwater i odpoczynku oraz regeneracji runi.
- W normalnych warunkach chciałbym najpierw zebrać pierwszy pokos na siano albo sianokiszonkę, a dopiero później wpuścić zwierzęta na pastwisko. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Decyduje pogoda i liczba zwierząt – dodaje Robert Sówka.
Susza na pastwiskach. Jak hodowca radzi sobie z żywieniem bydła?
Rolnik podkreśla, że ten rok był wyjątkowo trudny ze względu na suszę. Maj zapowiadał się dobrze, padał deszcz, trawa rosła. Jednak w czerwcu, lipcu i sierpniu deszczu praktycznie nie było, a pastwiska zaczęły wysychać. Zwierzęta przebywają na pastwisku nie tylko po to, żeby pobierać trawę. Ruch jest bardzo ważny dla ich stawów, kości i ogólnego zdrowia.
- Nie chcę zamykać ich bez potrzeby, nawet jeśli w okresie suszy pastwisko nie zapewnia im pełnego wyżywienia. W tym roku już latem zacząłem podawać krowom z cielętami sianokiszonkę, żeby poprawić mleczność matek – tłumaczy Robert. Stado dostaje mniej więcej jedną belę sianokiszonki na dwa dni. Dodatkowo podawane jest siano, słoma i lizawki. Nie chodzi o nadmierną intensyfikację żywienia, ale w czasie suszy zwierzęta muszą otrzymać dodatkową paszę.
- Nie mam jeszcze idealnie przygotowanych łąk siewnych. Duża część użytków to naturalne łąki. W tym roku wysiałem 1,5 hektara lucerny, ale efekt nie był taki, jakiego oczekiwałem. Gdyby zwierzęta miały więcej lucerny, koniczyny i dobrych mieszanek, ich wygląd byłby jeszcze lepszy. Tego wszystkiego muszę się jeszcze nauczyć – mówi Robert.
Cielęta odsadzane po 6 miesiącach. Jak wygląda dalsza selekcja?
Po odsadzeniu w wieku 6. miesięcy cielęta są rozdzielane według płci na osobne grupy.
Po wstępnej selekcji i przeanalizowaniu rodowodów rodziców, trzeba również zdecydować, które zwierzęta zostaną w hodowli, które będą przeznaczone do dalszego rozrodu, a które mogą trafić do opasu. To nie jest decyzja podejmowana tylko na podstawie wyglądu. Dla Roberta liczy się pochodzenie, budowa, tempo rozwoju, zdrowie, potencjał użytkowy oraz to, czego potrzebuje całe stado.
Nowa obora 25 × 13 m. Jak hodowca chce rozwijać stado?
Większość elementów gospodarstwa powstała własnymi siłami i metodą gospodarczą.
Obecnie krowy z cielętami mają dostęp do otwartej wiaty z obustronnym stołem paszowym. Mogą korzystać z paszy w drewnianym budynku na słomie oraz z zewnątrz wiaty. Dodatkowa pasza w formie całej beli jest umieszczana w paśniku.
Na obecnych kwaterach, ale również w budynku zaczyna brakować miejsca. Hodowca potrzebuje budynku, który pozwoli oddzielać grupy zwierząt, monitorować krowy po wycieleniu, izolować sztuki chore i przygotowywać zwierzęta do sprzedaży.
- Planujemy budowę nowej, murowanej obory o wymiarach 25x13 m. Rozważałem lekkie hale, ale nasze warunki są trudne. Często wieje, a zimą śnieg nawiewa z różnych stron. Dlatego chcę, aby ściany budynku były pełne do wysokości około 2,5 metra, a powyżej obora pozostała otwarta i dobrze wentylowana. Zależy mi na tym, by budynek dawał osłonę, ale jednocześnie zapewniał zwierzętom odpowiednią wymianę powietrza – mówi Robert. Nowa obora będzie podzielona na sektory. Co do zasady każda krowa ma mieć możliwość wyjścia na zewnątrz, ale będą też miejsca do czasowego zamknięcia zwierzęcia. Dotyczy to między innymi krów po wycieleniu, zwierząt wymagających obserwacji albo chorych sztuk.
- W tym roku planuję wydzielić 4 hektary gruntu i obsiać je z przeznaczeniem na pastwisko. Chcę, aby w przyszłym roku o tej porze zwierzęta mogły już tam wejść – mówi hodowca i dodaje, że nowy budynek to krok w stronę lepszego zarządzania stadem i rozszerzenia możliwości dalszego rozwoju gospodarstwa.
Dobór buhajów i testowanie rozpłodników
Buhaje dla Roberta są najważniejszymi zwierzętami w stadzie. Jedna krowa daje jedno cielę, natomiast jeden buhaj może wpłynąć na jakość dużej części stada. Dlatego hodowca podkreśla, że dobór rozpłodnika ma w jego gospodarstwie ogromne znaczenie.
- Nie wpuszczam młodego buhaja od razu do całego stada. Najpierw testuję go na kilku jałówkach. Obserwuję, czy jest aktywny, czy skutecznie kryje, jakie daje cielęta i czy pasuje do moich krów. Młody byk musi mieć również czas, aby się spokojnie rozwijać – mówi Robert i dodaje, że nie dopuszcza do sytuacji, w której mało skuteczny buhaj trafia do stada liczącego 50 krów i nie pokryje np. 20 sztuk. To byłaby realna strata ekonomiczna, dlatego każdy rozpłodnik musi być sprawdzony.
- W jednym przypadku testowałem buhaja na 6 jałówkach. Jeśli cielęta po nim są dobre, byk może wejść do stada głównego. Jeżeli nie spełnia oczekiwań, trzeba podjąć inną decyzję. Miałem już sytuacje, w których dobre buhaje wypadały z programu hodowlanego z powodu wypadków. Jeden byk uszkodził nogę, inny zginął w nieszczęśliwym wypadku na ogrodzeniu. Dlatego nie chcę opierać całej hodowli na jednym rozpłodniku – wyjaśnia Robert.
Linie genetyczne i pochodzenie buhajów
W stadzie są buhaje z bardzo ciekawym pochodzeniem. Jeden z nich wywodzi się z linii kanadyjsko-australijskiej. Matka pochodziła z embrionu z Kanady, a nasienie buhaja z Australii.
- Takie zwierzęta mogą poprawić niejedno stado w Polsce. W kraju są wartościowe byki, jednak często nikt o nich nie wie – mówi Robert i zaznacza, że buhaj może bez problemu kryć co najmniej do 10. roku życia.
- Wymiana rozpłodnika nie wynika wyłącznie z wieku. Najczęściej decyduje o niej to, że jego córki pozostają w stadzie. Przy ograniczonej liczbie grup i niewielkim areale trzeba unikać bliskiego pokrewieństwa – dodaje rolnik. Wyjaśnia, że nie może po prostu sprzedać wszystkich córek dobrego buhaja, bo chce rozwijać stado podstawowe. Zaznacza, że jednocześnie nie jest łatwo kupić dobre jałówki. Wyhodowanie dobrej jałówki hodowlanej lub dobrej krowy to proces wieloletni.
Krycie naturalne, ale inseminacja niewykluczona
W stadzie obecnie prowadzone jest krycie naturalne. Proces inseminacji wymaga stałej obecności, wiedzy i odpowiedniego zaplecza, a hodowca podkreśla, że jeszcze nie jest na to gotowy.
- Żeby skutecznie inseminować, trzeba być przy stadzie, obserwować ruje i reagować w odpowiednim momencie. To praca właściwie przez całą dobę. Jeśli powiększę stado do około 50 krów, chcę rozwijać ten kierunek – mówi Robert i zwraca uwagę, na to, że problemem w jego regionie jest niedobór lekarzy weterynarii specjalizujących się w bydle. Hodowla wymaga szybkich reakcji i Robert musiał nauczyć się wielu rzeczy sam, jak chociażby pomocy przy porodzie.
Selekcja to proces, który trwa całe życie
Hodowca zaznacza, że selekcja nigdy się nie kończy.
- Już dziś widzę, które byki mają większy potencjał do opasu, a które warto zostawić jako zwierzęta hodowlane. W hodowli nie da się osiągnąć ideału, ale trzeba do niego dążyć. Każda decyzja dziś wpływa na to, co będzie za 3, 5, a nawet więcej lat, to długotrwały proces – mówi hodowca. Zaznacza, że trzeba określić już na początkowym etapie doboru zwierząt, co chcemy poprawiać - łatwość wycieleń, mleczność, przyrosty, budowę, jakość mięsa czy odporność na trudniejsze warunki. Nie da się poprawić wszystkiego naraz.
- Razem z moim krowami uczestniczę w wystawach zwierząt hodowlanych – w stadzie mamy już kilkanaście tytułów czempionów i wiceczempionów zdobytych na regionalnych i ogólnopolskich imprezach w różnych kategoriach. W poprzednim roku zdobyłem tytuł Rolnika Roku powiatu rzeszowskiego oraz drugie miejsce na szczeblu wojewódzkim w konkursie Mistrzowie Agro – zaznacza hodowca.
Dobre byki hodowlane kosztują 15–16 tys. zł. Klienci nawet ze Słowacji
Dzisiaj gospodarstwo jest już na takim etapie, że ma możliwość sprzedaży różnych grup zwierząt m.in. odsadków, jałówek, jałówek cielnych, krów cielnych oraz byków rozpłodowych.
- Za dobre byki z wysoką wartością hodowlaną trzeba zapłacić 15–16 tys. zł. Miałem już klientów nawet ze Słowacji – mówi rolnik i dodaje, że byk rasy hereford jest w pełni rozwinięty i gotowy do krycia około 15. miesiąca życia.
- Moimi klientami są zarówno doświadczeni hodowcy, jak i osoby dopiero zakładające stada. Część klientów likwiduje produkcję mleczną, ale nadal ma budynki i chce kontynuować działalność. Są też gospodarstwa, które wcześniej zajmowały się końmi. Szukają innego kierunku produkcji, mają ziemię, budynki albo pastwiska. W przypadku nowych hodowców staram się poświęcać czas na rozmowę. Nie chcę po prostu sprzedać zwierzęcia i zapomnieć o sprawie. Chcę, żeby kupujący wiedział, co kupuje, jak ma prowadzić zwierzę, czym je żywić i jakie ma możliwości – wyjaśnia hodowca.
Dzisiaj odsadki można kupić za 8–9 tys. zł/szt. Przy tej cenie trzeba pamiętać, że przed hodowcą zostaje jeszcze rok odchowu, później ciąża i kolejne miesiące oczekiwania na cielę. Na efekt ekonomiczny można czekać około 2,5 roku. Dlatego hodowca zaleca raczej kupno jałówki cielnej lub krowy cielnej nawet kilkuletniej, żeby znać jej historię np. dotyczącą łatwości wycieleń, jakości potomstwa i zachowania w stadzie, ale też w stosunku do człowieka.
Dlaczego historia krowy jest ważniejsza niż sam wygląd?
Hodowca podkreśla, że każda krowa ma własną historię. Jedna może na pierwszy rzut oka wyglądać gorzej, ale mieć świetne mleko, dobre pochodzenie i wyjątkowe cielęta.
- Mam w stadzie krowy, które wyglądają niepozornie, ale po nich cielęta są nawet o 30% większe, zdrowsze i szybciej rosną. Są krowy z dużą produkcją mleka, które wymagają większej uwagi po wycieleniu, bo trzeba pilnować ich wymienia. Dla jednego hodowcy będzie to wada, ale dla drugiego może to być ogromną zaleta – mówi Robert.
Dodaje, że kupujący często patrzą na wygląd, a nie pytają o kartę hodowlaną, pochodzenie, historię wycieleń czy zachowanie zwierzęcia. Tymczasem wystarczy spojrzeć w dokumenty, aby zobaczyć, jak dana krowa się zacielała, czy miała problemy i jakie ma pochodzenie. Ważny jest świadomy wybór nowego właściciela.
Czego brakuje polskiej hodowli bydła mięsnego? Hodowca wskazuje problem
Robert jest również w zarządzie Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego i jest członkiem Podkarpackiej Izby Rolniczej.
- Należę do związku, ponieważ chcę coś zmieniać. Uważam, że związek wykonuje ważne zadania, przede wszystkim prowadzi księgi hodowlane i ocenę wartości użytkowej. To jednak za mało, jeśli chcemy budować silną polską hodowlę. Brakuje profesjonalnego doradztwa w hodowli – mówi hodowca i zaznacza, że w jego ocenie potrzebny jest system informatyczny, który pozwoli łatwo znaleźć wartościowego buhaja. Powinien istnieć aktualny katalog rozpłodników, gdzie będzie informacja o ich pochodzeniu, wynikach oceny, potomstwie i miejscu, w którym się znajdują.
- Dzisiaj zdarza się, że bardzo dobry byk jest w małym gospodarstwie na Podkarpaciu, a nikt w kraju o nim nie wie, bo nie ma dostępu do takich informacji. Wiele rzeczy odbywa się pocztą pantoflową i nie dociera w każdy zakątek kraju – zaznacza hodowca.
Ma również ciekawe spostrzeżenie dotyczące buhajów.
- Chciałbym, aby ocena buhajów miała realne znaczenie. Jeśli rozpłodnik uzyskuje punktację poniżej określonego poziomu, nie powinien być dopuszczany do rozpłodu. To wymusiłoby selekcję i ograniczyło powielanie słabszej genetyki w Polsce – dodaje Robert.
Córka planuje oborę na 40 krów. Rodzinne gospodarstwo ma kolejne plany
Robert Sówka chce rozwijać hodowlę spokojnie, bez przypadkowych decyzji. Nie chodzi o to, żeby mieć jak najwięcej zwierząt. Chodzi o to, żeby mieć zwierzęta zdrowe, dobrze dobrane, o wysokim potencjale genetycznym, dopasowane do warunków gospodarstwa i opłacalne ekonomicznie.
Hodowla bydła mięsnego wymaga czasu, cierpliwości i konsekwencji. Rolnik podkreśla, że nie ma sensu siedzieć, narzekać i udawać, że nic się nie da zrobić. Trzeba pracować, obserwować zwierzęta, uczyć się na błędach i konsekwentnie budować swoje stado.
- Naszą miłość do rolnictwa staramy się zaszczepić w dzieciach. Córka Maja złożyła wniosek o premię dla młodego rolnika, a jako kobieta ma w tym naborze wysoką punktację. Już planuje budowę obory na około 40 krów, a w gospodarstwie pomaga także syn Radek, który bieganie na pastwiskach przeplata z bieganiem po boisku piłkarskim – mówi Robert.
