StoryEditor

Zaczynał od 7 sztuk, dziś ma 35 krów mamek. W Bieszczadach wystarczają mu łąki i pastwiska

Krzysztof Mordes zaczynał przygodę z bydłem od książek i rozmów z hodowcami. Dziś wraz z żoną, lekarzem weterynarii, prowadzi w Bieszczadach hodowlę czerwonych angusów, opartą na naturalnych łąkach i pastwiskach. Jak udało mu się rozwinąć stado bez ziemi ornej i dlaczego postawił właśnie na tę rasę?

01.11.2026., 19:00h

Nie znał się na bydle. Dlaczego postawił na angusy w Bieszczadach?

Droga Krzysztofa Mordesa do hodowli bydła mięsnego nie była rodzinną kontynuacją. Najpierw pojawił się pomysł wyprowadzki w Bieszczady, później zainteresowanie rasami bydła, kolejno decyzja o zakupie zwierząt, a dopiero po latach przeprowadzka na Podkarpacie. Żona hodowcy zamieszkała tam w 2017 r., on sam dołączył dwa lata później.

- Pochodzę z miasta i na początku nie znałem się na krowach. Zacząłem czytać o rasach i doszedłem do wniosku, że w naszych warunkach najlepiej sprawdziłyby się angusy, welsh black albo salersy - mówi Krzysztof Mordes. 

Wybór musiał uwzględniać nie tylko cechy użytkowe zwierząt, ale też realną dostępność materiału hodowlanego. Welsh black i salers były w Polsce bardzo nieliczne, dlatego najbardziej osiągalnym rozwiązaniem okazał się angus czerwony. Rasa dobrze wykorzystuje pastwisko, radzi sobie na słabszych gruntach i jest uznawana za stosunkowo łagodną. Ale na początku hodowca jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że z wyborem trafił prosto w dziesiątkę.

Zaczynał od 7 sztuk. Tak powstała hodowla czerwonych angusów

Pierwsze bydło zostało kupione w grudniu 2013 r., jeszcze zanim właściciele na stałe zamieszkali w Bieszczadach. Stado liczyło wówczas sześć krów, z których jedna przyjechała z małą jałówką. W praktyce początek hodowli stanowiło więc siedem sztuk.

- Pierwsze sztuki przywieźliśmy aż z Pomorskiego, ponieważ na Podkarpaciu angusów wtedy w ogóle nie było – tłumaczy hodowca.

Odległość nie była przypadkiem, lecz konsekwencją ograniczonej podaży angusów w regionie, ale również w Polsce. Udział rasy angus w hodowli bydła mięsnego w Polsce nie przekracza 10% a do tego większość stanowi angus czarny. Początkowo rozród prowadzono przy wykorzystaniu inseminacji, ale w stadzie mięsnym obserwacja rui nie zawsze jest prosta. Skuteczność była na poziomie 50%. Dlatego w następnym roku z zachodniej części Pomorza sprowadzono również byka.

- Z bykiem rozród stał się łatwiejszy, już w pierwszym roku wszystkie krowy były zacielona – dodaje rolnik.

Wprowadzenie rozpłodnika uprościło organizację rozrodu, szczególnie gdy zwierzęta przebywają przez większość sezonu na pastwiskach.

image
FOTO: Kolasińska

Dlaczego wybrał angusy? Łatwe wycielenia i mniej pracy przy stadzie

Przy wyborze rasy duże znaczenie miała łatwość wycielenia. Gospodarze próbowali też hodowli rasy piemontese, ale hodowca zwraca uwagę, że nie jest to łatwa rasa do hodowli z uwagi m.in. na trudne porody i związane z nimi straty.

- Rasy mocno umięśnione, jak piemontese, częściej mają trudności przy wycieleniach i zdarzają się tam straty. U angusów nie mamy strat porodowych, a krowy cielą się same – tłumaczy hodowca. Samodzielne wycielenia ograniczają nakład pracy oraz ryzyko strat. Masa urodzeniowa cieląt nie jest duża a przy tym cielęta wykazują się dużą żywotnością. Zazwyczaj w ciągu pół godziny po urodzeniu już piją siarę i mleko.  

image
FOTO: Kolasińska

Bez ziemi ornej, tylko łąki i pastwiska. Jak utrzymuje 35 krów mamek?

Gospodarstwo nie posiada gruntów ornych. Cała produkcja opiera się na naturalnych łąkach i pastwiskach. Właściciele uczestniczą w programach środowiskowych, co ogranicza możliwość przeorywania użytków i odnawiania zasiewów traw.

- To oznacza, że potrzeba większej powierzchni, aby wyżywić stado – mówi rolnik.

Taki model gospodarowania wymaga precyzyjnego dopasowania liczebności stada do bazy paszowej. Szczególnie widoczne jest to w latach suchych. W obecnym sezonie z jednego hektara uzyskiwano tylko około 10 balotów. Łąki są koszone raz w roku, zwykle od 15 czerwca, choć przy sprzyjającej pogodzie prace można rozpocząć kilka dni wcześniej.

Latem zwierzęta żywione są wyłącznie paszą pobieraną na pastwisku. Jako uzupełnienie mikroelementów podawane są lizawki. Na zimę hodowca magazynuje siano oraz sianokiszonkę.

- Mamki dostają tylko te pasze, a śrutę zbożową lub inne dodatki stosujemy rzadko, głównie po wycieleniu, gdy krowa ma mniej mleka albo pojawia się trudniejsza sytuacja – wyjaśnia hodowca.

Inaczej żywione są rozpłodniki oraz jałówki przeznaczone na remont stada. Byk otrzymuje bardziej skoncentrowaną paszę przed sezonem rozrodczym, a jałówki są utrzymywane osobno, by nie przegrywały rywalizacji o paszę przy wspólnym stole paszowym ze starszymi krowami.

image
FOTO: Kolasińska

35 krów mamek i trzy miejsca do pilnowania. Ile pracy wymaga wypas?

Obecnie na około 10 hektarach blisko domu hodowcy przebywa 15 krów, byk i 13 cieląt. Łącznie stado liczy 35 krów mamek Reszta stada przebywa na drugim pastwisku. W trakcie sezonu, stada kilkukrotnie zmieniają pastwiska. Wypas zwykle kończy się około 15 października. Wtedy zwierzęta są zganiane do obory i następuje odsadzanie cieląt od matek.

- Zimą pracy jest znacznie mniej, trzeba dwa razy dziennie nalać wody i zadać paszę. Latem jest inaczej, przede wszystkim uprawa pastwisk i łąk, bieżąca kontrola bydła, zawsze gdzieś zerwie się pastuch, rozładuje akumulator albo pojawi się inny problem – mówi hodowca.

Obecny podział stada na dwa pastwiska oraz osobną grupę jałówek oznacza nadzór nad trzema miejscami.

- Przyjechaliśmy tu by żyć w zgodzie z naturą, mieć więcej czasu dla siebie, dziecka, ale w praktyce latem jest bardzo dużo pracy – mówi hodowca. Z tego powodu gospodarze rozważają stopniowe zmniejszenie liczebności stada. Przez najbliższe dwa lata planują nie pozostawiać jałówek na remont, aby łatwiej zarządzać produkcją i ograniczyć liczbę grup.

Wilki atakują cielęta. Jak krowy bronią stada w Bieszczadach?

Najpoważniejszym problemem ostatnich lat są szkody powodowane przez wilki. W tym roku drapieżniki zagryzły trzy cielęta. Jednego z nich nie udało się odnaleźć wystarczająco szybko, co uniemożliwiło uzyskanie odszkodowania.

- Problemy z wilkami zaczęły się dopiero w latach dwudziestych. Wcześniej, nawet gdy jeszcze tu nie mieszkaliśmy, takich sytuacji nie było – podkreśla Krzysztof Mordes.

image
FOTO: Kolasińska

Hodowca obserwuje, że wilki wracają w okolice pastwisk, ponieważ wiedzą o obecności bydła, a przez teren przebiega ich szlak migracyjny. Zauważalnie zmniejszyła się też liczba jeleni i saren, natomiast dziki praktycznie zniknęły z okolicy.

Krowy mamki nie pozostają jednak bierne wobec zagrożenia.

- Potrafią bardzo dobrze zorganizować obronę, zbiegają się w grupę, ustawiają cielęta w środku, a następnie wszystkie razem ruszają z rykiem w stronę zagrożenia – tłumaczy Mordes.

Taka reakcja pokazuje naturalne zachowania stadne, ale nie daje pełnej ochrony cielętom. Pogryzione przez wilka cielę, jeśli przeżyje, to wymaga długiego leczenia, które ciągnie się czasem przez dwa miesiące i jest niezwykle pracochłonne.

W bieszczadzkiej rzeczywistości zagrożeniem są nie tylko wilki, Krzysztof Mordes wspomina też wizyty niedźwiedzia, które dla gospodarza nie były przyjemnym wydarzeniem i kończyły się sporymi stratami. Niejednokrotnie też spotykał niedźwiedzia w swojej okolicy. 

Czerwone angusy to w Polsce rzadkość. Skąd hodowca bierze nową genetykę?

Czerwony angus pozostaje w Polsce niszowy. Według hodowcy w związku zarejestrowanych jest około 30–35 stad tej rasy, choć faktyczna liczba stad może być wyższa. Nie wszyscy hodowcy angusa (podobnie jak i innych ras) decydują się na rejestrację w Polskim Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego, mimo że ma ona znaczenie dla dokumentacji hodowlanej potomstwa. Utrzymywanie bydła pod oceną związku wiąże się z pewnymi ograniczeniami oraz kosztami. Jednak z drugiej strony dzięki utrzymywaniu czystości rasy hodowca uzyskuje lepsze ceny przy sprzedaży oraz otrzymuje wsparcie zootechnika ze Związku.

W celu poprawy genetyki stada i wprowadzania nowej krwi hodowca przeznacza pojedyncze  krowy do inseminacji. Żona hodowcy samodzielnie inseminuje wybrane krowy, wykorzystując początkowo nasienie kanadyjskie, a później też duńskie i czeskie. Kanadyjska genetyka była w Polsce mniej popularna, co pozwalało mieć coś, czego nie mają inni.

Obecnie gospodarstwo ma już piątego byka, który pochodzi z własnej hodowli i oczywiście z inseminacji, podobnie jak i jego matka Wymusza to podział zwierząt na dwie grupy pastwiskowe i stosowanie krycia krzyżowego. Hodowca zwraca też uwagę na widoczne dziedziczenie cech fenotypowych i budowy zwierząt.

Kiedy sprzedaje odsadki angusa i dlaczego nie prowadzi opasu?

Byczki tylko sporadycznie trafiają do sprzedaży jako rozpłodniki. Popyt na reproduktory jest ograniczony, dlatego większość zwierząt kierowana jest do opasu. Właściciele nie chcą prowadzić opasu we własnym zakresie, ponieważ nie produkują zboża i musieliby kupować paszę treściwą.

image
FOTO: Kolasińska

- Lepiej, żeby robili to gospodarze, którzy mają do tego warunki i doświadczenie w tym zakresie – podkreśla hodowca. W Bieszczadach niełatwo np. o słomę czy zboża, większość upraw stanowią naturalne łąki. Rzadko kiedy uprawiane jest tam zboże.

Odsadki hodowca najchętniej sprzedaje około 15 października, po zakończeniu wypasu. Mają wtedy zwykle od sześciu do ośmiu miesięcy. Wraz z końcem sezonu pastwiskowego spada mleczność krów, a cielęta mają słabszy dostęp do paszy, dlatego dalsze utrzymywanie ich w tym systemie nie jest uzasadnione ekonomicznie. Mamki samodzielnie ulegają zasuszeniu i nie wymagają interwencji farmakologicznej.

image
FOTO: Kolasińska

Nie liczy się tylko liczba krów. Dlaczego hodowca chce zmniejszyć stado?

Historia gospodarstwa w Moczarach pokazuje, że hodowla bydła mięsnego na trwałych użytkach zielonych wymaga czegoś więcej niż odpowiedniej rasy i dobrego pastwiska. To także codzienna kontrola stada, praca z genetyką, reagowanie na komplikacje porodowe oraz funkcjonowanie w bezpośrednim sąsiedztwie dużych drapieżników. Ale jak podkreśla hodowca przede wszystkim - trzeba to lubić.

Krzysztof Mordes nie planuje rozwoju gospodarstwa za wszelką cenę. Priorytetem jest stado łatwiejsze do prowadzenia oraz utrzymanie produkcji w zgodzie z możliwościami bazy paszowej i organizacją pracy. W bieszczadzkich warunkach sukces hodowlany mierzy się nie tylko liczbą zwierząt, ale przede wszystkim zdrowiem stada, spokojnym przebiegiem wycieleń i możliwością realnej kontroli nad każdym pastwiskiem.

Za swój sukces hodowca uważa popularyzację rasy angus na Podkarpaciu.

- Niewątpliwie to rasa, która idealnie wpasowuje się w miejscowe warunki klimatyczne a dzięki temu, że wymagania paszowe ma ograniczone może być hodowana w każdym gospodarstwie. W zimie angusy najlepiej czują się mając zaledwie wiatę lub skrawek lasy by chować się przed deszczem i wiatrem. Srogi mróz czy śnieg nie są im straszne. Rozpoczęcie hodowli nie wymaga więc specjalnych inwestycji. Dlatego mam nadzieję, że będzie u nas przybywać małych stad i w przyszłości wspólnie z innymi hodowcami będziemy sprzedawać odsadki - dodaje Krzysztof Mordes.

Dorota Kolasińska
Autor Artykułu:Dorota Kolasińska
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
01. listopad 2026 19:02