StoryEditor

Rodzinne chlewnie znikają. Rolnik: „Ten biznes sam się wygasza”

W polskiej produkcji świń narasta problem, którego nie załatwi ani lepsza koniunktura, ani kolejna dopłata: coraz mniej jest następców gotowych przejąć chlewnie. Jakub Napierała, rolnik z Wielkopolski mówi wprost, że rodzinne gospodarstwa trzodziarskie znikają, a ich miejsce coraz szybciej zajmuje zintegrowana produkcja dużych firm.

30.03.2026., 19:00h

Dlaczego młodzi nie chcą przejmować chlewni?

– Dziewięćdziesiąt procent moich klientów to rolnicy 55+. Młodych prawie nie ma. Nawet duzi gospodarze, którzy biorą ode mnie lochy, mają dzieci – ale te dzieci nie chcą przejąć chlewni. Ten biznes powoli się sam wygasza – mówi Jakub Napierała, producent świń z Wielkopolski. 

Małe gospodarstwa znikają, a integracja rośnie

Równocześnie widzimy coś zupełnie odwrotnego: małe, rodzinne gospodarstwa znikają, a duzi integratorzy się bardzo rozwijają. – I nie ma co się oszukiwać – przed tą integracją nie uciekniemy. Duży kapitał pisze nam prawo, ubiera swoje interesy w piękne hasła o dobrostanie, komforcie zwierząt, "nowoczesnej produkcji". A potem powstają przepisy, z których wynika, że niby robimy bardzo dużo dla dobrostanu i zdrowia świń. Tyle że w praktyce – często to tylko ładne zdania w uzasadnieniu ustawy – wskazuje rolnik.

„Świnia w Excelu” kontra gospodarstwo, które żyje z produkcji

On krajową produkcją widzi inaczej.

– W moim gospodarstwie, gdzie jestem właścicielem, zwierzęta mają się lepiej właśnie dlatego, że jestem przy nich codziennie. Widzę od razu, jeśli coś jest nie tak. Dbam o nie z powodów bardzo prostych: ludzkich, humanitarnych – mówi Napierała.

A w korporacji? Tam, jego zdaniem, świnia to tylko wiersz w Excelu. Linijka w tabelce, którą da się podmienić, sprzedać, zamknąć.

– U mnie to są żywe zwierzęta, które lubię, moja praca, moje życie. Coś dużo więcej niż komórka w arkuszu kalkulacyjnym – dodaje rolnik.

I właśnie dlatego uważa, że małe, rodzinne gospodarstwa są strategiczne dla Polski. Nie modne, nie "romantyczne" – strategiczne. Spójrzmy na to, co dzieje się na naszej wschodniej granicy. Nie musimy nawet głośno mówić słowa "wojna", żeby zrozumieć, jak jesteśmy krusi. Przyzwyczailiśmy się do wygody: prąd, dostawy, logistyczne łańcuchy poukładane co do godziny. Wystarczy, że ktoś zakręci kurek z energią albo transportem – i całe to "nowoczesne" rolnictwo może  stanąć.

– A takie gospodarstwo jak moje dalej będzie produkować. Mamy agregat, mamy własne zboże, własny obornik, własne świnie. Rodzinna ferma, nawet w kryzysie, jest w stanie wyżywić okolicę. Koncern – nie. Koncern w razie wojny po prostu wyłączy produkcję, zamknie bramę, wyjedzie tam, gdzie spokojniej, i wróci dopiero wtedy, gdy będzie się to znowu opłacać – uważa producent. Jego zdaniem rolnik rodzinny nigdzie nie pojedzie – bo tu ma dom, ziemię i ludzi, których trzeba nakarmić.

ASF i strefy: dla jednych problem, dla innych tańszy surowiec

Do tego dochodzi ASF.

– Powiem coś niepopularnego, ale tak to widzę: jeśli duża firma ma w regionie swoje fermy i ubojnie, to strefa ASF wcale nie musi być dla niej końcem świata. Wręcz przeciwnie – w takiej strefie świnie są po prostu tańsze. Wszystko jest badane, mięso zdrowe, ale rolnik z czerwonej strefy nie ma wyjścia, musi sprzedać taniej – wylicza Napierała.

Czasem to jest złotówka mniej na kilogramie niż po drugiej stronie drogi, gdzie nie ma ASF. Dla małego gospodarza to być albo nie być, dla integratora – "promocja" na żywiec.

Co znika razem z rodzinną chlewnią

Dziś, zdaniem rolnika, jesteśmy w takim punkcie: z jednej strony wielka integracja, kapitał, który pisze prawo pod siebie, ASF, strefy, kredyty, rezygnujący rolnicy. Z drugiej – starzejące się pokolenie producentów świń, dzieci, które nie chcą przejmować chlewni, i setki małych gospodarstw, które tak naprawdę są naszą polisą ubezpieczeniową na trudne czasy.

– Przed nami bardzo ciężka robota: naprawić to, co przez lata popsuliśmy w myśleniu o żywności. Przez długi czas mięso było stygmatyzowane, spychane na dół piramidy żywienia. Dziś okazuje się, że to, co produkujemy, jest jedną z najcenniejszych rzeczy – bo bez tego żadna gospodarka, żadna armia, żadne społeczeństwo nie funkcjonuje. Widzę, że ta "piramida" zaczyna się odwracać – mówi Napierała i dodaje – Jeśli ludzie się obudzą, zrozumieją wartość dobrej, uczciwej produkcji zwierzęcej, wtedy jeszcze jest szansa dla takich jak ja – dla rodzinnych, niezależnych gospodarstw trzodziarskich. Nieidealnych, czasem zmęczonych – ale zakorzenionych tu, w Polsce, i gotowych zostać, gdy inni spakują Excela i wyjadą.

Anna Kurek
Autor Artykułu:Anna Kurek

redaktor „top agrar Polska”, zootechnik, specjalistka w zakresie hodowli trzody chlewnej.

Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
01. kwiecień 2026 09:45