Na niemieckiej giełdzie VEZG po ubiegłotygodniowym tąpnięciu nastało względne uspokojenie. W rozpatrywanych propozycjach ceny świń w klasie E pojawiały się w przedziale 1,40–1,50 euro za kilogram, jednak ostatecznie notowanie pozostało na poziomie 1,40 euro. Po przeliczeniu daje to około 6,06 zł/kg.
Jak wynika z naszej cotygodniowej sondy cenowej, polskie zakłady utrzymały stawki. Za tuczniki w klasie E można obecnie otrzymać średnio 5,33 zł/kg. Za żywiec rolnicy otrzymują średnio ok. 4 zł/kg, choć coraz więcej skupujących zeszło poniżej tej stawki. Niektórzy skupujący nawet podnieśli maksymalne stawki o około 10 groszy. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak sygnał poprawy. W praktyce trudno jednak mówić o przełomie. To raczej krótkotrwała reakcja zakładów na ograniczoną podaż świń niż początek trwałego odbicia.
Najnowsze notowania z zakładów są TUTAJ.
Żniwa chwilowo podtrzymują ceny
W gospodarstwach trwa sezonowe zamieszanie związane ze żniwami. Jak co roku część rolników podporządkowuje sprzedaż świń pracom polowym – niektórzy odstawiają tuczniki wcześniej, inni czekają z tym do zakończenia zbiorów i ewentualne korekty cen żywca. W efekcie zakłady mają chwilowo trudniejszy dostęp do surowca i próbują przyciągnąć dostawców nieco wyższą ceną. To jednak mechanizm krótkoterminowy. Gdy prace polowe dobiegną końca, na rynek może trafić więcej świń. Wtedy obecne podwyżki mogą szybko zniknąć, a cenniki ponownie znajdą się pod dużą presją.
Kryzys na rynku świń. Hodowcy domagają się od rządu wyrównania strat: "To już nie dołek, to krater"
Dla producentów i branży najważniejsze jest co innego: nawet obecne stawki nie zapewniają opłacalności. Kryzys trwa od wielu miesięcy, a kolejne tygodnie przynoszą gospodarstwom narastające straty. Koszty pasz, energii, pracy, weterynarii i finansowania pozostają wysokie, podczas gdy ceny skupu nie pozwalają ich pokryć. Niezależnie od skali produkcji i przyjętego modelu chowu rachunek ekonomiczny nadal się nie zamyka.
Hodowcy tracą cierpliwość
Narastające rozgoryczenie producentów coraz częściej przeradza się w ostrą krytykę resortu rolnictwa. Trudno się temu dziwić – hodowcy od miesięcy obserwują spadek rentowności, kurczące się marże i rosnące ryzyko dalszego zadłużania gospodarstw. Oczekują nie kolejnych deklaracji, lecz konkretnego planu ratunkowego. Bo pomoc jest potrzebna natychmiast, choć jej uruchomienie nie jest prostą decyzją krajową. Polska, związana unijnymi zasadami pomocy publicznej, nie może samodzielnie wprowadzić dowolnego programu wsparcia. Konieczne jest uzasadnienie nadzwyczajnej sytuacji i zgoda Komisji Europejskiej.
Dlatego minister rolnictwa powinien zabiegać o wspólne rozwiązanie na poziomie Unii. Kryzys nie dotyczy wyłącznie Polski – problemy z opłacalnością produkcji trzody chlewnej występują w wielu państwach członkowskich. To argument za stworzeniem europejskiego mechanizmu pomocy, a nie jedynie krajowej interwencji.
Stawką jest przyszłość rodzinnych gospodarstw
Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, w najbliższym roku z rynku może zniknąć wiele gospodarstw. I choć przyzwyczailiśmy sie do tego trendu, ten rok będzie pod tym względem wyjątkowy. Najbardziej zagrożone są niewielkie rodzinne stada oraz te, które inwestowały na kredyt i dziś nie mają finansowej poduszki bezpieczeństwa. Rolnicy obawiają się, że przy utrzymujących się stratach ich aktywa mogą zostać przejęte przez duże firmy przetwórcze lub koncerny spożywcze. Oznaczać to będzie dalszą koncentrację produkcji i osłabienie rodzinnego, niezależnego modelu hodowli. Nie jest to wyłącznie problem ekonomiczny rolników. Produkcja żywności w coraz większym stopniu trafiałaby pod kontrolę dużych podmiotów, co ograniczałoby bezpieczeństwo i niezależność całego państwa.
Dzisiejsza podwyżka o kilka groszy nie zmienia więc obrazu rynku. Niemieckie notowania stoją w miejscu, polskie cenniki lekko drgnęły, ale hodowcy nadal produkują poniżej kosztów. Bez realnej interwencji kryzys nie wyhamuje – będzie jedynie stopniowo eliminował kolejne gospodarstwa.
