StoryEditor

Cztery cielaki w tydzień. Hodowca z Warmii nocami patroluje stado

Cztery zagryzione cielaki w ciągu tygodnia to dla hodowcy z Warmii i Mazur nie tylko kolejna strata, ale też znak, że problem wraca mimo odszkodowań i zgłoszeń. Gdy ataki powtarzają się przy stadzie wypasanym na tak dużym areale, nocne objeżdżanie pastwisk staje się dużą uciążliwością.

25.05.2026., 14:59h

Marcin Ciok zarządza gospodarstwem w Mysłakach Małych, w którym utrzymywane jest około 300 krów matek rasy hereford (wszystkich sztuk jest około 800). Mamki z cielętami przebywają na pastwiskach. W ubiegłym roku informowaliśmy, że w okolicy jego gospodarstwa problem wilków rośnie. W wyniku ubiegłorocznego atcielak2cielakaku zostały pożarte cztery nowonarodzone cielęta, cztery kolejne padły w wyniku pogryzienia kilka dni później w wyniku sepsy.

W ubiegłym roku padło osiem sztuk

W ubiegłym roku hodowca miał formalnie uznane cztery odszkodowania. Jak zaznacza, rzeczywiste straty były jednak większe.

— Poprzednio miałem cztery uznane odszkodowania, ale wskutek działań wilków łącznie padło osiem sztuk. Cztery kolejne zauważyliśmy dopiero później w dużym stadzie. Były poranione, rozwinęła się sepsa i po czasie już nie było nawet ścieżki, żeby dochodzić odszkodowania — mówi Marcin Ciok.

Hodowca uważa, że to właśnie ten rozdźwięk między formalnie uznaną szkodą a realną skalą strat jest, jego zdaniem rolnika, jednym z podstawowych problemów. Część konsekwencji ataków widoczna jest dopiero po czasie, kiedy zwierzęta padają wskutek odniesionych obrażeń.

Ten sezon, jak przyznaje rolnik, okazał się jeszcze trudniejszy. Tylko w ciągu tygodnia stracił cztery cielaki.

— Ten rok mnie zaskoczył, bo już mam cztery zagryzienia. To są świeżo urodzone cielaki i nierzadko tego samego dnia tuż po wycieleniu — podkreśla rolnik. Nowo narodzone cielęta, nie mają szansy skutecznie się bronić, uciec ani utrzymać przy stadzie w sytuacji zagrożenia.

image
FOTO: Marcin Ciok

Odszkodowania są, ale problem zostaje

Rolnik zaznacza, że zgłasza wszystkie przypadki, a sama współpraca z instytucjami odpowiedzialnymi za procedurę odszkodowawczą nie budzi jego zastrzeżeń. Jak mówi, otrzymał zgodę na płoszenie wilków, a także należne odszkodowania. Jednocześnie podkreśla, że pieniądze nie rozwiązują istoty problemu.

— Odszkodowanie jest ważne, bo dostaję około czterech tysięcy złotych za sztukę. Dużo pomaga mi Polski Związek Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego, który wycenia wartość hodowlaną tych zwierząt. Ja nie mam zwykłego cielaka na mięso, tylko zwierzęta o konkretnej wartości hodowlanej — wyjaśnia Marcin Ciok. Zaznacza, że zaczyna to przypominać regułę, że w sezonie wycieleń pojawiają się kolejne ataki.

Odszkodowanie według niego, nie załatwia sprawy, jeśli za chwilę znowu są kolejne straty.

W praktyce oznacza to dla rolnika nie tylko straty finansowe, ale także całkowitą zmianę trybu życia. Od kilku dni sam patroluje teren nocą, próbując odstraszyć drapieżniki.

— Od trzech dni, mając dwójkę małych dzieci, od północy do czwartej nad ranem jeżdżę samochodem wokół pastwiska. Następnej nocy znowu trzeba jechać. Jeśli hodowla ma tak wyglądać, to to nie ma sensu — mówi Marcin Ciok.

Trudno zaakceptować straty

Rozmówca mocno podkreśla, że nie jest przeciwnikiem obecności wilka w przyrodzie. Jego zdaniem problem nie dotyczy samego faktu ochrony drapieżnika, lecz braku skutecznej reakcji tam, gdzie szkody stają się regularne.

— Ja nie mam problemu z wilkiem, że on jest, bo uważam, że jest potrzebny i dobrze, że funkcjonuje w środowisku. On reguluje populacje innych zwierząt. Tylko nie chcę, żeby regulował populację moich cieląt i to jest największy ból — podkreśla rolnik. Dodaje przy tym, że skala problemu nie dotyczy już wyłącznie jego gospodarstwa.

— Wokół jeziora są kempingi, są ludzie, jest normalne życie. I ja się zastanawiam, co będzie dalej, jeśli taki wilk przyzwyczaja się do obecności człowieka i do tego terenu — mówi.

image
FOTO: Marcin Ciok

350 hektarów pastwisk

Gospodarstwo, o którym mowa, obejmuje 350 hektarów samych pastwisk podzielonych na kwatery. Zwierzęta są utrzymywane w systemie wypasu rotacyjnego, a hodowca prowadzi produkcję zgodnie z zasadami rolnictwa regeneratywnego.

— Wszędzie wypasam krowy. Jestem rolnikiem regeneratywnym, sieję międzyplony, sieję rośliny okrywowe po to, żeby zwierzęta jak najdłużej przebywały na pastwisku w ciągu roku, a żebym mógł dokarmiać jak najmniej. To jest ograniczenie kosztów, regeneracja gleby i wszystko to, o czym dziś dużo się mówi — tłumaczy. Jak dodaje, jego stado codziennie dostaje nową kwaterę, a gospodarstwo jest wyposażone w mobilne poidła i infrastrukturę dostosowaną do wypasu na dużym obszarze.

— Mam około 350 hektarów. Pastwiska są ogrodzone tak, żeby krowy nie wychodziły, ale nie ma możliwości, żeby ktoś mi dofinansował pełne zabezpieczenie całego tego terenu. To jest obszar zbyt duży, trudny i naturalny — zaznacza.

Zabezpieczenia i przepisy. „Mogę płoszyć, ale tylko z 30 metrów”

Rolnik mówi wprost, że część zaleceń dotyczących ochrony stada trudno przełożyć na rzeczywistość dużego gospodarstwa. Otrzymał listę rekomendacji, a w tym roku mają pojawić się także fladry. W jego ocenie są to jednak rozwiązania niewystarczające.

image
FOTO: Marcin Ciok

— Dostałem pełną listę wszystkich zaleceń, ale niektóre są po prostu abstrakcyjne przy takim areale. W tym roku mają się pojawić fladry, tylko że to są wszystko działania zapobiegawcze, które nie rozwiązują problemu tam, gdzie szkoda już się regularnie powtarza — mówi. Szczególnie krytycznie ocenia zasady płoszenia wilków.

— Mam zgodę na płoszenie, ale jeśli zobaczę wilka, mogę użyć gumowych kul tylko z odległości do 30 metrów. Dalej już nie mogę. W praktyce, przy nocnych atakach i takim terenie, to jest rozwiązanie bardzo ograniczone — podkreśla. Hodowca uważa, że w miejscach, gdzie szkody powtarzają się regularnie, powinno istnieć narzędzie szybkiej reakcji wobec konkretnego osobnika lub watahy.

— Uważam, że jeśli dochodzi do szkody w danym miejscu, to powinno się zdiagnozować tego osobnika, który dopuszcza się takich ataków, i po prostu podjąć konkretne działania. Dlatego oprócz zgłaszania wszystkiego do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska wnioskuję też przez gminę, żeby uzyskała możliwość odstrzału tego wilka — mówi. Nie ukrywa, że nie spodziewa się natychmiastowego przełomu w tej sprawie.

— Nie zakładam, że mi się to uda od razu, ale jeśli nie będę o tym mówił i nie będę zgłaszał, to problemu nikt nie zobaczy — dodaje. W rozmowie wybrzmiewa także inny problem: brak aktualnych i powszechnie akceptowanych danych o liczebności wilków na poziomie lokalnym. Zdaniem rolnika bez tego trudno prowadzić odpowiedzialną politykę ochrony gatunku i zarządzania populacją.

— Znowu jest pytanie, czy ktokolwiek wie, ile na terenie danej gminy, powiatu czy obwodu jest rodzin wilczych. Nie wiem, czy ktokolwiek to naprawdę policzył. Dostajemy jakieś statystyki i mapki, ale nie mam pojęcia, jak to jest liczone i na ile te dane są aktualne — mówi. Jego zdaniem rzetelna inwentaryzacja mogłaby być pierwszym krokiem do spokojniejszej, opartej na faktach dyskusji.

— Może zanim zaczniemy się spierać o wszystko inne, trzeba po prostu dobrze policzyć wilka. Wtedy mielibyśmy czarno na białym, czy jest go dużo, czy nie. Dziś ani rolnicy, ani urzędnicy nie mają co do tego pewności — podsumowuje.

Problem szerszy niż jedno gospodarstwo

Hodowca zwraca uwagę, że jego sytuacja nie jest odosobniona, a temat coraz częściej wraca w rozmowach rolników i hodowców.

— Na spotkaniach z rolnikami widać, jak duże jest poruszenie i jaka jest skala problemu — mówi. W jego ocenie dziś potrzeba już nie tylko doraźnych rekompensat, ale przede wszystkim systemowych rozwiązań, które pozwolą pogodzić ochronę wilka z bezpieczeństwem gospodarstw i zwierząt gospodarskich.

— Wilk jest potrzebny, ale nie może regulować populacji moich cieląt — podsumowuje Marcin Ciok. 

Dorota Kolasińska
Autor Artykułu:Dorota Kolasińska
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
25. maj 2026 16:01