Krzysztof, Marta oraz Maciej i Marcin Weber, prowadzą gospodarstwo w miejscowości Kisielnica na Podlasiu. Krzysztof Weber odziedziczył część po wuju, a później scalił rodzinne gospodarstwo po dziadkach w 1996 r. Wraz z żoną od 2000 r. jednocześnie pracowali zawodowo, więc gospodarstwo funkcjonowało dwutorowo, równocześnie przy pracy na dwóch etatach.
Obecny model produkcji nie pojawił się od razu. Wcześniej było to typowe gospodarstwo rodzinne, w którym utrzymywano różne kierunki produkcji, w tym także świnie i bydło. Profesjonalna hodowla limousine rozwijała się stopniowo.
Rodzina gospodaruje na 10 ha własnych użytków, resztę dzierżawią. W sumie obrabiają około 35 ha i wszystkie uprawy są przeznaczone na paszę dla bydła. Obecnie utrzymują 16 krów mamek, a całe stado łącznie z buhajem rozpłodowym, cielętami i odsadkami liczy 40-50 szt.
Część gruntów to nadnarwiańskie łąki objęte programem NATURA 2000, na reszcie gruntów w okolicy gospodarstwa uprawiane są zboża, kukurydza, mieszanka gorzowska i proso. To w zupełności wystarcza aby stworzyć bazę paszową dla utrzymywanych sztuk.
- Od dziesięciu lat, odkąd należę do Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego poszliśmy w profesjonalną hodowlę limousine. Wszystko pochodzi z własnej hodowli, oczywiście poza buhajami – mówi Krzysztof Weber, który jest jednocześnie członkiem zarządu PZHBiPBM. Razem z żoną mają duże wsparcie w gospodarstwie od synów. Marcin ukończył Zespół Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego w Marianowie na kierunku technik agrotroniki. Z kolei Maciej ukończył Technikum Weterynarii w Łomży i kontynuuje studia na kierunku zootechnika na UwS w Siedlcach.
Krzysztof Weber podkreśla, że nie chcą zwiększać hodowli na siłę – ograniczeniem są budynki, ziemia, ale także dążenie do spokojnej pracy i niechęć do „życia na kredycie” i wszędobylskiego pędu.
Genetyka stada i dobór buhaja: nacisk na mięsność i funkcjonalność
W stadzie ważną rolę odgrywa przemyślany dobór genetyczny. Gospodarz podkreśla, że utrzymuje krowy zróżnicowane pod względem wielkości, ale przy wyborze buhaja zależy mu przede wszystkim na poprawie cech mięsnych i wzroście potencjału potomstwa.
- Moje stado podstawowe powstało na materiale genetycznym pochodzącym z dwóch źródeł. Pierwsze krowy przyjechały z woj. mazowieckiego, z miejscowości Dziki Bór. Akurat tak się zdarzyło, że trafiłem na hodowców, którzy wygrali Agroligę. A pozostałą część stada przywieźliśmy z woj. świętokrzyskiego. Zaczynaliśmy od trzech sztuk – mówi Weber.
W gospodarstwie stosowane jest krycie naturalne. Ostatni buhaj został kupiony od znajomego hodowcy ze związku, co – jak podkreśla rolnik – wpisuje się także w zasadę wzajemnego wspierania się między producentami bydła.
Ważne są nie tylko cechy rzeźne, lecz także łatwość porodów i użytkowość rozpłodowa.
- Jak go kupiłem miał 15 miesięcy, ważył wówczas 700 kg. Obecnie ma już 4 lata. Jest o jedną piątą wyższy od podstawowego stada. To automatycznie przy genetyce zwiększy możliwości cieląt m.in. na przyrosty i umięśnienie. Nie mam po nim żadnych problemów, nie było kłopotów z rozrodem ani z porodami. Krowy też nie mają większych problemów, cielą się samodzielnie. Obecnie najstarsza krowa ma 16 lat i właśnie jest cielna – mówi rolnik.
Większość zwierząt zostaje w gospodarstwie na dalszą hodowlę lub opas, jednak zdarza się, że rodzina sprzedaje byczki rozpłodowe i jałówki hodowlane. Jednak jak zaznacza Krzysztof Weber, w ostatnich latach ten rynek jest trudny.
Obecne dopłaty do buhajów już tak nie zachęcają do ich zakupu jak kiedyś i nie są proporcjonalne do stawek sięgających dziś od 12 do nawet 20 zł/kg żywej wagi. Podkreśla, że stawki zależą od regionu, hodowcy, od historii hodowlanej i od ukierunkowania bydła.
Stopniowy rozwój w oparciu o dofinansowania i wiedzę
Gospodarstwo stopniowo się rozwijało, własnym sumptem modernizowano dostępne budynki z lat 60-tych. Rolnicy dokupowali systematycznie maszyny rolnicze, korzystając z wszelkich dostępnych form wsparcia unijnego. Starali się nie zaciągać kredytów i nie przeinwestować – co, jak zaznaczają - się udało. Maszyny wielkością i mocą dostosowane są do obecnych gruntów i potrzeb, a nawet nieco je przewyższają. Dysponują wszystkimi maszynami, których wymaga uprawa, produkcja pasz dla bydła oraz żywienie i codzienny obrządek.
Oprócz rozbudowy budynków i zakupu maszyn dla rolników ważne było dokształcanie i podpatrywanie innych stad. Krzysztof Weber zwiedził całą Europę, w trakcie swojej pracy, ale również z zamiłowania do hodowli uczestniczył w szeregu konferencji, wyjazdów studyjnych do polskich i europejskich gospodarstw. Widać, że w gospodarstwie wszystko jest starannie przemyślane, aby nie generować dodatkowych kosztów, a praca przynosiła satysfakcję i była wygodna.
- Kilka lat temu zachorowałem i byłem na zwolnieniu, wtedy podjąłem decyzję, że nie wracam już na etat. Postanowiłem zająć się tylko hodowlą i w międzyczasie powstało mnóstwo pomysłów – mówi Krzysztof Weber. Zapytany dlaczego nie zwiększył powierzchni gospodarstwa, mówi, że „ceny ziemi są nierealne dla zwykłego, rodzinnego gospodarstwa”. Stawki w ich okolicy przekraczają 100 tys. zł/ha.
Rodzina nie chciała przeinwestować i latami spłacać kredyty, a potem zostawić po sobie długi synom, którzy są szczerze zainteresowani pozostaniem w gospodarstwie jako następcy.
– Chociaż im to odradzam, to idą w zaparte. Ale chyba po prostu to lubią. Można się tylko cieszyć, że mamy dla kogo działać dalej – mówi Krzysztof Weber. Podkreśla, że akurat zakup ziemi nie był w ich przypadku najlepszym rozwiązaniem.
- Będąc na Zachodzie, miałem okazję rozmawiać z rolnikami. Powiedzieli, że gospodarstwo trzeba traktować jak swój warsztat pracy. Pracuję, mam z tego korzyści, a potem odchodzę jeśli coś jest nie tak, żeby nie ciągnąć tego dalej na siłę. A w życiu są różne sytuacje, nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Trzeba to traktować jak każdą inną firmę – tłumaczy hodowca. Unikając kredytów starał się w jakiś sposób zewnętrznie dofinansować gospodarstwo. Dlatego większość maszyn została zakupiona w ramach dofinansowań z ARiMR.
- Nie chcemy tego prowadzić na zasadzie „postaw się, a zastaw się” i kredytów. Jak jest szansa na dofinansowanie, to trzeba z tego korzystać, bo przy bydle mięsnym o płynność finansową niełatwo – mówi rolnik.
Modernizacja starej obory zamiast nowej
Budynek, w którym utrzymywane są zwierzęta ma długą historię.
- Tu była stara obora, niska i dość wąska. Przerobiliśmy ją na część na ściółce i dobudowaliśmy część na rusztach – mówi Weber. Korytarz pozwala na rozdawanie paszy wozem paszowym. Obora jest jasna i przewiewna mimo niskiego stropu od strony starszej części budynku. Drzwi i okna są otwierane, a do części na rusztach rodzina planuje dobudowę wybiegów z wydzielonymi kojcami. Zwierzęta podzielone są na grupy, na ściółce przebywają krowy mamki oraz znajduje się porodówka z przejściem dla cieląt pomiędzy kojcami. Na rusztach stoją odsadki i opasy.
- Po drobnej adaptacji i pomysłach, które widziałem u innych hodowców, także ściągniętych z różnych wyjazdów, stwierdziłem, że zrobię to po swojemu. Przebudowa sposobem gospodarczym trwała 2,5 roku. Osobiście każdy pustak, cegłę i sprawy rozbiórkowe ogarnialiśmy rodzinnie, razem z synami i pomagało dwóch sąsiadów - mówi Weber. Podkreśla, że to właśnie stara obora zmusiła go, żeby pójść do przodu.
- Remontować stare budynki, wąskie, które nie zdają egzaminu przy dobrostanie, nie miało już sensu. Trzeba było coś wymyślić, żeby to rozbudować. To jest budynek, który od położenia pierwszej cegły już na siebie zarabiał, bo nie miał kredytu – mówi rolnik.
Chów ekstensywny, bez pospieszania
Jednym z wyróżników tego gospodarstwa jest sposób żywienia i prowadzenia stada. Rolnik nie korzysta z koncentratów i nie nastawia produkcji na maksymalne przyspieszenie opasu.
- Cieszę się, że sztuki, które hoduję bez użycia koncentratów, dają taki efekt. Niektórzy hodowcy mówią: „Co ty robisz? Trzeba pędzić do przodu”. A my po prostu robimy to na luzie. Koncentraty i dodatki paszowe są drogie, mamy swoje zboża. Może sztuka rośnie miesiąc, dwa, a nawet trzy dłużej. Ja w to nie wnikam, ale przekłada się to na jakość mięsa – mówi Weber.
Podstawą dawki są kiszonka z kukurydzy, sianokiszonka z traw, śruta przygotowywana we własnym gospodarstwie, lizawki oraz – w razie potrzeby – dodatki witaminowe. Duże znaczenie mają również łąki nadrzeczne, z których pochodzi pasza objętościowa. Dzięki temu zwierzęta korzystają także rosnących tam ziół.
System utrzymania podporządkowano wygodzie zwierząt i funkcjonalności pracy. Zwierzęta są spokojne i oswojone.
Gospodarstwo pokazowe i sala szkoleniowa w planach?
Podczas zwiedzania obory zwróciłam uwagę, na dobudówkę nad starą częścią budynku, w której znajdują się okna skierowane na nową część. Myślałam, że to pomieszczenia dla pracowników albo biuro, ale jest tam zaplanowane coś ciekawszego!
- Myślę przyszłościowo. Chcę tam zrobić coś w stylu sali konferencyjnej, miejsca gdzie mogą się odbywać spotkania z innymi rolnikami, aby gospodarstwo mogło kiedyś również pełnić funkcję pokazową czy szkoleniową – mówi rolnik. Jednak nie myślą z żoną tylko o innych rolnikach, ale także szkołach rolniczych z okolicy czy firmach. Chcą aby obiekt był całoroczny.
- Może powstanie tam sala dydaktyczna czy wykładowa. W okolicy mamy szereg szkół rolniczych i dobrą współpracę z uczniami. Być może w przyszłości będzie możliwość dojścia do porozumienia i jakiejś małej współpracy – mówi Marta Weber.
Rolnicy korzystają z dopłat do zwiększonej o 50 proc. powierzchni w budynkach. Ciekawym sposobem zarządzania przestrzenią dla bydła jest wiata, która zimą stanowi ochronę przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi dla maszyn rolniczych, a latem jest tam utrzymywane bydło na ściółce z dostępem do stodoły.
Wokół gospodarstwa są 4 ha wybiegu dla bydła, z którego korzystają wspólnie z końmi, które są pasją jednego z synów. Produkcja ma formę raczej ekstensywnej, w żywieniu nie stosuje się koncentratów białkowych, a opas trwa dłużej niż 18 miesięcy.
- Ta hodowla jest po to, żeby normalnie żyć. Nie ma pędu - mniej a lepiej - to jest nasza dewiza – mówi Weber.
Ruszył Rolniczy Handel Detaliczny
Rodzina miała już dosyć wykłócania się o klasę bydła przy uboju i cen podczas sprzedaży.
- Pieniądze z ciężkiego byka, które oferowały ubojnie, nijak się mają do rzeczywistości i prowadzonej hodowli oraz ponoszonych na nią wydatków. Tym bardziej teraz, przy spadkach cenowych nie miałoby to sensu. Przy towarze, który można nazwać ekskluzywnym, czy premium, ceny które płacą ubojnie są śmieszne. Stwierdziliśmy, że to, co wyprodukujemy, będziemy przerabiać sami i będą z tego większe pieniądze. Tym bardziej, że mam dużo czasu, jestem na miejscu i mogę tego dopilnować – mówi Weber i zaznacza, że do rozwoju RHD zachęcili go koledzy z PZHiPBM, którzy już prowadzą taki biznes i bardzo sobie chwalą dodatkowy dochód.
Akurat niedawno odbył się nabór na małe przetwórstwo, z którego rodzina postanowiła skorzystać aby doposażyć budynek, w którym obecnie znajduje się sklep.
- Przynależność do Związku bardzo dużo mi dała. Koledzy chętnie podpowiadają co zrobić, czego nie robić, jak się za to zabrać, kto pomoże we wnioskach i naprawdę jest lżej, jak wiesz, że możesz zadzwonić do kogoś bardziej doświadczonego, kto chętnie pomoże – podkreśla Weber.
Pierwsza sprzedaż już za rodziną Weber
Pierwsza sprzedaż wołowiny odbyła się 15 maja. Decyzja na uruchomienie RHD została wydana rok wcześniej.
- Zrealizowanie punktu, marketingu i pełnej obsługi jest czasochłonne. Do tego przygotowanie budynku i pomieszczeń. Przez ostatnią ciężką zimę mieliśmy dwa miesiące poślizgu. Ubojnia odebrała byka, ubiła i dostarczyła autem chłodnią półtusze. Ciąg chłodniczy był zachowany w 100%. Byłem na szkoleniu w PODR w Szepietowie, gdzie pokazywali nam jak dzielić tuszę na elementy kulinarne – mówi rolnik i wie, że konsument musi dostać konkretnie to co zamówił, więc trzeba się doszkalać.
Wybicie w półtuszach wyniosło 420 kg na haku. Byk w kwietniu skończył dwa lata. Klienci zamawiali paczki, ale również przyjechali żeby kupić wołowiną prosto z lady.
- Mamy na stronie informacje zwrotne od klientów, którzy potwierdzają, że wszystko było dobrze. Zaskoczyło nas to, że ludzie byli dobrze zorientowani i wiedzieli już czego szukają. Robiliśmy reklamę wśród swoich, ale Internet też dużo pomógł, w postaci Facebooka i przekazywanych informacji. Mieliśmy klientów z różnych stron – mówią gospodarze i dodają, że zachęcali do składania zamówień przez WhatsApp, SMS-em lub telefonicznie aby zarezerwować wołowinę. Zamówionych paczek było kilkanaście, a prawie całe mięso udało się sprzedać.
- Mieliśmy takich klientów, którzy jednego dnia wzięli na spróbowanie, a drugiego wracali już ze skrzynką. Średnio jeden klient brał 2-4 kg. Były osoby, które brały po 10 kg.Trzeba liczyć mniej więcej 1 kg na tydzień, na klienta – mówi Weber i podkreśla, że przy takim tempie sprzedaży i rozbudowanej grupie stałych konsumentów, ubój mógłby odbywać się co 1,5-2 miesiące.
Rolnik zapytany o dochód z tej sprzedaży, mówi że jest duża różnica i na pewno można na tym sporo zarobić w porównaniu od sprzedaży w ubojni.
- Na ten moment trudno to ocenić, ponieważ otwieraliśmy się pierwszy raz i były wydatki, które trzeba było zrobić przed sprzedażą, żeby to ogarnąć. Jednak to były jednorazowe zakupy. Myślę, że teraz wyszliśmy na zero, a później zacznie się zarabianie – mówi Weber. Podkreśla, że efekt finansowy będzie w stanie ocenić po uboju trzech, czterech sztuk.
Utrzymanie, satysfakcja i efekt w postaci zadowolenia konsumenta
W tym gospodarstwie wyraźnie widać, że rozwój gospodarstwa nie był oparty na jednym dużym skoku, lecz na wielu przemyślanych krokach. Od 3 krów, przez budowę stada i modernizację obory, po własny sklep i wejście w RHD.
To model budowany nie na spektakularnej skali, lecz na samodzielności, jakości i konsekwencji. Gospodarz nie ukrywa, że zależy mu na tym, by gospodarstwo dawało rodzinie nie tylko utrzymanie, ale także satysfakcję i przestrzeń do spokojnego życia.
Historia tego gospodarstwa pokazuje, że nawet startując od niewielkiej liczby zwierząt i ograniczonego areału, można dojść do etapu, w którym produkcja nie kończy się na sprzedaży żywca. Własny sklep, sprzedaż wołowiny z gospodarstwa i rozwój RHD to dla tej rodziny sposób na zwiększenie wartości wytwarzanego produktu.
