StoryEditor

Ma tylko 12 ha i 11 sztuk bydła. Dziś po jego zwierzęta ustawiają się kolejki

Zbigniew Adryjan z Kłody od blisko 20 lat rozwija hodowlę herefordów, w której dziś najważniejsza nie jest liczba zwierząt, lecz ich wartość hodowlana. Każde krycie planuje z dużą dokładnością, sięgając po genetykę z różnych części świata. Przy niewielkim stadzie stworzył hodowlę, która przyciąga zainteresowanych z różnych regionów Polski.

30.10.2026., 19:00h

Zbigniew Adryjan rozpoczął hodowlę bydła mięsnego rasy hereford w 2006 r. Gospodarstwo prowadzi sam, czasami dla przyjemności pomaga mu ojciec, również emerytowany hodowca. Gospodarz równolegle pracuje w usługach leśnych. Hodowla pozostaje jego pasją, ale też precyzyjnie zaplanowanym kierunkiem produkcji, gdyż od lat buduje stado wysokiej wartości i jakości hodowlanej. Po zwierzęta ustawiają się kolejki.

image
FOTO: Fot. Kolasińska

Zaczął od pięciu jałówek. Po dwóch latach zobaczył, jak bardzo mogą się zmienić

Początek przygody z herefordami nie zapowiadał dzisiejszej renomy stada. Pierwsze pięć jałówek, kupionych w wieku 6–7 miesięcy, pochodziło z linii niemieckich i duńskich. Hodowca ocenia, że były nieco zaniedbane żywieniowo, ale miały dobre pochodzenie. Początkowo patrzył na nie z przymrużeniem oka.

– Były słabe, praktycznie cały czas głodne, jadły nawet słomę. Po dwóch latach zobaczyłem jednak, jak bardzo potrafią się zmienić po właściwym odchowie – wspomina Zbigniew Adryjan.

Zwierzęta miały dobre umięśnienie i wyżebrowanie, ale wymagały poprawy cech funkcjonalnych. Problemem były zbyt długie strzyki i nisko osadzone wymiona, co utrudniało cielętom ssanie. Hodowca od początku nie zdecydował się na zakup własnego rozpłodnika. Postawił na inseminację i systematyczne poprawianie kolejnych pokoleń.

– Wiedziałem, że dobry buhaj do kupienia nie trafia się często, a w Polsce jest to praktycznie niemożliwe. Inseminacja daje znacznie większy wybór, ale trzeba umieć z tego korzystać. Nie każda porcja nasienia jest dobra dla każdej krowy – zaznacza.

Ma tylko 11 herefordów. Każde zwierzę musi pasować do warunków gospodarstwa

W najlepszym okresie w Kłodzie utrzymywano 24 sztuki bydła. Dziś stado liczy 11 zwierząt, głównie z powodu ograniczonego areału. Większość gruntów stanowią łąki, częściowo słabe i naturalne, a paszę trzeba uzupełniać zakupami od innych rolników.

W gospodarstwie przygotowywane są siano i sianokiszonka. Zwierzęta żywione są przede wszystkim na pastwiskach, zimą sianem i kiszonką z traw. Nie dostają zboża ani kukurydzy. To świadomy model, dostosowany do gleb V i VI klasy oraz charakterystyki tej rasy.

– Hereford ma dobrze wykorzystywać słabszą paszę. Jeśli zwierzę potrzebuje intensywnego żywienia, żeby utrzymać kondycję, to w takich warunkach przestaje być praktyczne – mówi hodowca.

Zimą bydło korzysta z otwartej wiaty i około półhektarowego wybiegu. Nie jest zamykane w budynku. Gęsta okrywa włosowa sprawia, że herefordy dobrze znoszą niskie temperatury.

– Przy mrozie dochodzącym do - 27–30 °C potrafią leżeć na śniegu. To rasa odporna, ale tę właśnie cechę także trzeba utrzymać przez odpowiedni dobór zwierząt – podkreśla Adryjan.

Przy sześciu krowach korzysta z co najmniej trzech buhajów. Chce ograniczyć inbred

Najważniejszym narzędziem pracy w stadzie jest katalog rodowodów i historia genetyczna. Zbigniew Adryjan analizuje zarówno linie męskie, jak i żeńskie. W dokumentacji niektórych zwierząt ma wgląd nawet w około 60 pokoleń przodków.

– Zawsze mówię kolegom, że patrzę na tył, a nie na przód. Ładny przód, czyli samo zdjęcie buhaja, nie wystarczy. Trzeba wiedzieć, jaka była jego matka, babka, rodzeństwo, warunki odchowu i co przekazuje potomstwu – wyjaśnia hodowca.

W stadzie liczącym sześć lub siedem krów hodowca wykorzystuje nasienie co najmniej trzech różnych buhajów. Chodzi o ograniczenie inbredu, ale także o precyzyjne dopasowanie cech reproduktora do konkretnej krowy, aby uzyskać cielęta najlepszej jakości genetycznej.

image
FOTO: Fot. Kolasińska

Przy doborze ocenia długość i głębokość tułowia, szerokość, wyżebrowanie, umięśnienie zadu, nogi, racice, wymiona, mleczność, temperament, płodność oraz łatwość wycieleń. Nie prowadzi selekcji wyłącznie na jedną cechę, np. bezrożność czy kaliber.

– Jeżeli poprawiamy tylko umięśnienie albo tylko bezrożność, możemy stracić mleczność, racice czy płodność. Zwierzę ma być kompletne, bo w hodowli jednostronna selekcja szybko wraca problemami – tłumaczy.

Genetyka z Kanady, USA, Australii i Europy. Każda linia ma inne zadanie

Pierwszym wykorzystanym w Kłodzie reproduktorem był kanadyjski hereford Halifi pochodzący z embrionu. Wszystkie pięć pierwszych jałówek zostało nim zacielonych. Jeden z jego synów w wieku 18. miesięcy osiągnął około 850 kg, mimo że był utrzymywany głównie na sianie z niewielkim dodatkiem pasz treściwych.

image
FOTO: Fot. Kolasińska

To oznacza średni przyrost rzędu około 1,57 kg dziennie w przeliczeniu na 540 dni życia. Inny buhaj w wieku około 15. miesięcy ważył ponad 700 kg. Jałówki w tym samym wieku osiągały najczęściej 480–520 kg.

– Przez lata powtarzano, że hereford uzyskuje 900 g dziennego przyrostu. To nie jest pełny obraz tej rasy. W odpowiednich warunkach i przy dobrej genetyce można uzyskać od 1 do około 1,6 kg dziennie – zaznacza hodowca.

Po liniach kanadyjskich i amerykańskich przyszła kolej na genetykę australijską, irlandzką oraz angielską. Każda miała spełniać inne zadanie. Z Australii Adryjan szukał odporności na upał, efektywnego wykorzystania słabej paszy, mocnych nóg i racic, dobrych wymion oraz opiekuńczości matek. Linie irlandzkie i angielskie miały poprawiać przede wszystkim ramę, długość ciała, umięśnienie i wyżebrowanie.

– Zwierzęta australijskie potrafią przy 35–40 °C funkcjonować na suchej trawie. Zdarza się, że ograniczam im paszę, bo zbyt mocno się zapasają. To efekt wielopokoleniowej selekcji w trudnych warunkach – mówi Adryjan.

Jak dodaje, różnice są widoczne również przy wysokich temperaturach. Herefordy z linii irlandzkich szybciej reagują dyszeniem i przegrzewaniem, podczas gdy genetyka australijska lepiej radzi sobie w upale. Nie oznacza to jednak, że jedna linia jest lepsza od drugiej. Decyduje jej zastosowanie i dopasowanie do warunków gospodarstwa.

Przez około 20 lat tylko dwa razy pomagał przy porodzie

Świeżo urodzone cielęta z Kłody ważą zwykle 30–35 kg, choć zdarzały się sztuki ważące do 45 kg. Hodowca preferuje cielęta mniejsze, ale żywotne, szybko wstające i dobrze rosnące.

W australijskich liniach porody często przebiegają szybko. Cielę szybciej wstaje i zaczyna pobierać siarę. W przypadku linii irlandzkich adaptacja po porodzie bywa spokojniejsza, ale nie jest to dla hodowcy cecha dyskwalifikująca.

– Przez około 20 lat tylko dwa razy musiałem pomagać przy porodzie. Jeśli krowa, która wcześniej cieliła się bez problemu, zaczyna być niespokojna i mruczy oznacza to, że trzeba reagować od razu – podkreśla.

Jałówki są przeznaczane do krycia w wieku około 14,5–15 miesięcy. Zbyt długie przetrzymywanie ich bez zacielenia może prowadzić do nadmiernego otłuszczenia i utrudniać rozród.

Buhajki kosztują nawet 18 tys. zł. Najważniejsze są rodowód i wartość hodowlana

W gospodarstwie największą wartość ma materiał hodowlany. Buhajki są sprzedawane najczęściej jako odsadki w wieku 7–8 miesięcy. Ich ceny wynoszą zwykle 10–12 tys. zł, a najlepsze sztuki osiągają 13–15 tys. zł. Starsze buhaje, w wieku 13–14 miesięcy, wyceniane są na 16–18 tys. zł.

Podobnie wyceniane są jałówki. W ich przypadku nie decyduje wyłącznie wiek czy masa, ale przede wszystkim pochodzenie i potencjał dalszej pracy hodowlanej.

image
FOTO: Fot. Kolasińska

– U mnie kupuje się genetykę. Jałówka w wieku 6. i 8. miesięcy może kosztować podobnie, jeśli ma odpowiedni rodowód. Po 10.–12. miesiącach cena rośnie, bo dochodzą koszty utrzymania, ale wartość hodowlana jest najważniejsza – mówi Adryjan.

Zainteresowanie zwierzętami jest duże, a część chętnych jest zapisana na liście w zeszycie gospodarza. Najlepsze sztuki pozostają jednak w Kłodzie, aby wzmacniać własną linię. Zwierzęta pochodzące z tej hodowli budują już stada w różnych regionach kraju. Jedno z nich liczy ponad 50 sztuk prowadzi je Dorota i Robert Sówka w Bachórzy, kolejne stado ok. 30 sztuk w Janowicach prowadzi Urszula i Mateusz Kocik. Hodowca pasją zaraził też sąsiadów, Katarzynę i Michała Zająca, którzy wybudowali stado ok. 12 szt. kupując zwierzęta u rolnika.  

Na nasienie czekał nawet pół roku. Najlepsze porcje kosztują kilka tysięcy złotych

W pracy hodowlanej Zbigniew Adryjan korzysta również z nasienia seksowanego, które dla bydła mięsnego jest w Polsce trudniej dostępne niż w produkcji mlecznej. Takie inseminacje wymagają dokładnego wyznaczenia terminu rui i bardzo starannego wyboru krowy.

Cena standardowych porcji nasienia zaczyna się od około 200 zł, ale w przypadku wybitnych reproduktorów może sięgać kilku tysięcy złotych. Hodowca współpracował m.in. z Justyną Krzyżewską z firmy Cogent i korzystał z nasienia sprowadzanego z Australii, Anglii i innych krajów. Niekiedy na konkretną porcję czekał nawet pół roku.

Obecnie prowadzi rozmowy w sprawie sprowadzenia nasienia dwóch duńskich buhajów: Claymakera i Compassa. Ten drugi uzyskał tytuł m.in. Zwycięzcy Mistrzostw Świata w kategorii byków oraz Duńskiego Mistrza Narodowego. To reproduktory wielokrotnie nagradzane na wystawach w Danii i Europie oraz na świecie. Ich genetyka nie jest obecnie dostępna w polskiej sprzedaży.

– Samo sprowadzenie tego materiału może kosztować co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. To duży wydatek przy takiej skali stada, ale chodzi o pozostawienie po sobie wartościowej linii, a nie o szybkie powiększanie liczby sztuk – zaznacza hodowca. Dodaje, że chce wykorzystać tę genetykę w swoim stadzie, ponieważ te linie są oparte na najlepszych amerykańskich grand championach i reproduktorach wygrywających wystawy w Europie oraz na świecie.

image
FOTO: Fot. Kolasińska

Jego herefordy zdobywały tytuły czempionów i superczempionów

Choć obecnie hodowca ograniczył udział w wystawach, wyniki zwierząt z Kłody potwierdzały wcześniej jakość prowadzonej selekcji. Na wystawach w Końskich i Boguchwale zdobywały one tytuły czempionów oraz superczempionów.

Dwa lata temu Adryjan zdecydował się ponownie pokazać dwie jałówki. Jedna została uznana za najpiękniejszą na wystawie, druga zdobyła tytuł czempiona. Obie miały około 13 miesięcy i ważyły ponad 500 kg.

Hodowca zwraca jednak uwagę, że ocena wystawowa nie powinna być jedynym kryterium wartości bydła. Typ hereforda różni się w zależności od kraju i kierunku selekcji.

– Zwierzę australijskie, angielskie czy kanadyjskie nie zawsze będzie wyglądało tak samo  – mówi Adryjan.

Nie chce powiększać stada. Chce zostawić po sobie wartościową linię hodowlaną

Zbigniew Adryjan nie planuje zwiększania liczby zwierząt. Ograniczeniem jest areał, a także jego sytuacja rodzinna i zawodowa. Nie ma komu przekazać hodowli. Praca w usługach leśnych pozwala mu jednak elastycznie organizować czas, również wtedy, gdy trzeba wykonać inseminację lub obserwować wycielenie.

Celem nie jest więc budowa większego gospodarstwa, lecz pozostawienie po sobie linii, która będzie rozwijana dalej przez innych hodowców.

– W hodowli potrzebne są cierpliwość, wiedza i konsekwencja. Nie wystarczy kupić ładnego buhaja. Trzeba wiedzieć, skąd pochodzi, w jakich warunkach był odchowany i co przekazuje dalej. Inaczej nie poprawiamy stada, tylko przypadkowo mieszamy genetykę – podsumowuje.

W Kłodzie liczba zwierząt nie imponuje skalą typową dla dużych stad mięsnych. Jednak w tym gospodarstwie każde krycie, każde pozostawione cielę i każda sprowadzona porcja nasienia są elementem planu rozpisanego na pokolenia.

Dorota Kolasińska
Autor Artykułu:Dorota Kolasińska
Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
30. październik 2026 19:02