Komisja Europejska analizuje możliwość zmian w dyrektywie azotanowej. Jednym z rozważanych kierunków jest poluzowanie obecnych przepisów dotyczących maksymalnej ilości azotu, jaką można wnieść na hektar w postaci pofermentu. Taki scenariusz budzi jednak wyraźny sprzeciw części środowiska naukowego i przedstawicieli gospodarki wodnej.
Taki przekaz dominował podczas spotkania, które w ubiegłym tygodniu w Brukseli zorganizowali niemiecki Federalny Związek Przemysłu Energetycznego i Wodnego (BDEW) oraz Niemiecka Organizacja Pomocy Środowisku (DUH).
Przeczytaj również: Dopłaty do nawozów nie dla wszystkich. Kiedy ostateczna decyzja?
Projekt zmian dyrektywy azotanowej jeszcze przed wakacjami?
Powodem całej dyskusji są sygnały płynące z Komisji Europejskiej, że rewizja dyrektywy azotanowej jest realnym scenariuszem. Komisarz UE ds. środowiska Jessika Roswall zapowiedziała już przedstawienie propozycji zmian.
Według dotychczasowych informacji jednym z elementów nowelizacji mogłoby być zwiększenie dopuszczalnej ilości azotu stosowanego w nawożeniu pofermentem z instalacji biogazowych ponad obecny limit 170 kg azotu na hektar rocznie.
Choć konkretna data publikacji projektu nie została jeszcze oficjalnie potwierdzona, w Brukseli mówi się, że propozycja może pojawić się jeszcze w lipcu. Taki kierunek był już wcześniej sygnalizowany w planie działań dotyczącym nawozów.
Przepisy azotanowe muszą być możliwe do przyjęcia dla gospodarstw
Podczas wydarzenia Ion Codescu, pełniący obowiązki dyrektora w Dyrekcji Generalnej ds. Środowiska (DG ENVI), podkreślał, że dyrektywa azotanowa pozostaje jednym z kluczowych narzędzi ochrony wód w UE. Jak zaznaczył, mimo problemów występujących w części państw członkowskich, bez tych regulacji sytuacja byłaby zdecydowanie gorsza.
Zwrócił przy tym uwagę na jeszcze jedną kwestię: przepisy muszą być możliwe do zaakceptowania przez rolników. Przy wysokich cenach nawozów mineralnych łatwiejsze wykorzystanie pofermentu i innych nawozów organicznych może być dla gospodarstw realną alternatywą i sposobem na ograniczenie kosztów.
Prof. Taube: to nie rozwiązuje problemu, tylko go przesuwa
Z takim podejściem nie zgadza się prof. Friedhelm Taube, emerytowany profesor Instytutu Nauk o Roślinach i Hodowli Roślin Uniwersytetu w Kilonii. Jego zdaniem zastępowanie nawozów mineralnych gnojowicą czy pofermentem nie oznacza automatycznie mniejszego obciążenia dla środowiska.
Jak przekonywał, w praktyce często dochodzi jedynie do przesunięcia problemu. Znaczna część pasz wykorzystywanych w produkcji zwierzęcej powstaje bowiem przy udziale nawozów mineralnych. Jako przykład wskazał importowaną soję z Ameryki Południowej.
W ocenie profesora Komisja Europejska powinna skupić się raczej na czym innym: na rzetelnym bilansowaniu składników pokarmowych w gospodarstwach. Chodzi przede wszystkim o obowiązek ewidencjonowania dopływu i odpływu azotu oraz fosforu w ramach tzw. bilansu u bramy gospodarstwa. Dopiero na tej podstawie – jego zdaniem – można sensownie projektować działania służące ochronie wód.
Taube zwracał też uwagę, że obecnie gospodarstwa prowadzące produkcję w sposób bardziej przyjazny dla wód i utrzymujące efektywny bilans składników pokarmowych często nie mają z tego realnej przewagi. Jego zdaniem Wspólna Polityka Rolna powinna mocniej premiować zrównoważone praktyki, zamiast opierać się głównie na dopłatach bezpośrednich wypłacanych na stosunkowo mało wymagających warunkach.
Kto zapłaci za skutki dla jakości wód: sprawca czy społeczeństwo?
Oliver Loebel, sekretarz generalny europejskie stowarzyszenie dostawców usług wodnych EurEau, przypomniał, że problem z przekraczaniem limitów zapisanych w dyrektywie azotanowej nie dotyczy wyłącznie Niemiec. Wśród krajów, które mają z tym trudności, wymienił także Hiszpanię, Włochy, Holandię i Belgię.
Jego zdaniem odpowiedzią na te problemy nie powinno być rozluźnianie przepisów. Zamiast tego, większa presja polityczna ze strony Brukseli byłaby pomocna. Co więcej, niesprawiedliwe jest, aby wyższe koszty uzdatniania wody ponosili przede wszystkim dostawcy wody, a ostatecznie ogół społeczeństwa.
Co na to rolnicy? Opinie są podzieleni
Redakcja topagrar.com zebrała komentarze niektórych internautów. Pokazują one, jak duże emocje budzi temat limitu 170 kg azotu i jak podzielone są opinie w samej branży.
„Jedynym celem profesora Taubego, po raz kolejny, jest maksymalne regulowanie działalności rolników. Bo co – z naukowego punktu widzenia – stoi na przeszkodzie, by uprawę o wysokim zapotrzebowaniu na azot (np. łąki koszonej wielokrotnie) nawozić obornikiem lub pofermentem w ilości przekraczającej 170 kg N, jeśli zapotrzebowanie wynosi wyraźnie ponad 200 kg N i dzięki temu można utrzymać zamknięty obieg składników? Nic!” – komentuje Andreas Gerner.
„Profesor Taube się myli. Przy limicie 170 kg N mamy do czynienia z niedonawożeniem, a brak nawożenia zgodnego z wynoszeniem składników z plonem prowadzi do ubytku próchnicy i uwalniania CO2 do atmosfery. To z kolei szkodzi klimatowi. Miarą wszystkiego powinno być wynoszenie składników; wszystko inne nie ma sensu. A wynoszenie zależy od regionu, uprawy i praktyk rolniczych. Czego chcieć więcej? Ci, którzy nawożą zbyt mało albo zbyt dużo, powinni ponosić za to odpowiedzialność” – stwierdza Dietmar Weh.
„Dlaczego nie można stosować nawozów organicznych powyżej limitu 170 kg N? Całkowita ilość azotu i tak wynika z obliczenia potrzeb nawozowych. Jeśli to możliwe, można ją pokryć również nawożeniem organicznym. Limit 170 kg N prowadzi jedynie do niepotrzebnie długich dystansów transportu nawozów organicznych. Po prostu w całym kraju nie ma wystarczającej ilości materii organicznej, aby zaspokoić zapotrzebowanie. Limit 170 kg został pierwotnie wprowadzony, aby powiązać hodowlę zwierząt z dostępnymi gruntami. Nie ma on absolutnie nic wspólnego z pofermentem! Co więcej, pogłowie zwierząt w Niemczech stale spada. Limit 170 kg prowadzi więc tylko do większej liczby transportów, a tym samym szkodzi klimatowi!” – zaznacza Bernd Müller.
„W tej dyskusji nie powinniśmy zapominać, że w Europie (a Europa to nie tylko UE) są też kraje, w których obowiązuje minimalna dawka azotu na hektar. Chodzi o to, by dzierżawcy nie wyjaławiali gleby i nie oddawali jej w gorszym stanie. Tam, gdzie pozwala na to poziom plonowania, złagodzenie zasady 170 kg wydaje mi się jak najbardziej sensowne. Albo możemy po prostu zrezygnować z określonych standardów jakości i wycofać się z dużej części rynku światowego. Profesor Taube jest już na emeryturze, więc może znajdzie czas, by pomagać w rolnictwie jak przed 200 laty” – stwierdza Stefan Lehr.
„Czy naprawdę można zakładać, że gospodarstwa rolne będą krótkoterminowo zwiększać pogłowie zwierząt, aby uzyskać więcej nawozów organicznych? Bo tylko wtedy jego argument o braku ulgi byłby w pewnym stopniu uzasadniony. Co więcej, jest mało prawdopodobne, aby soja była nawożona dużymi ilościami azotu w jakimkolwiek kraju na świecie” – podsumowuje Erwin Schmidbauer.
„To wiele mówi o profesjonalizmie profesora Taubego, skoro został zaproszony przez DUH i BDEW do wygłoszenia wykładu na temat nawożenia azotem w rolnictwie! O rany! Czy to naprawdę konieczne? Jak nisko chce się posunąć ten profesor, który na szczęście jest już na emeryturze?” – pisze w komentarzu Ansgar Tubes.
„Czy większość rolników nie ma już dość wyzwań bez takich jednostronnych deklaracji? Limit 170 kg N dla obornika to nonsens i przynosi korzyści tylko przemysłowi, a nie środowisku!” – zaznacza Martin Lüns.
Źródło: topagrar.com
