Protest rolników
Przypomnijmy, że równo tydzień temu, w poniedziałek 19 stycznia, protest rolników odbył się w gminie Błaszki (powiat sieradzki, woj łódzkie). Wówczas akcja miała ostrzejszy przebieg. Pod Urzędem Miejskim zgromadziło się blisko 100 demonstrujących, pojawiły się również ciągniki, a rolnicy wylali gnojowicę i wysypali kapustę. Bezpośrednim powodem takiej eskalacji była odmowa spotkania się z protestującymi przez burmistrza Błaszek, co, zdaniem organizatorów, jasno pokazało brak dialogu z rolnikami.
W dzisiejszy poniedziałek, 26 stycznia, zamiast kolumny ciągników pod urzędem, tym razem w gminie Wróblew, pojawiła się dziesięcioosobowa delegacja rolników.
– Nie ciągnęliśmy dzisiaj ciągników. Przyjechaliśmy samochodami delegacją i wręczyliśmy petycję. To jest ta sama petycja, której burmistrz Błaszek nie chciał od nas przyjąć, bo nie chciał się z nami spotkać – mówi Mariusz Borowiak, organizator protestu.
Jak podkreśla Borowiak, forma dzisiejszej akcji nie była przypadkowa. Kluczowe znaczenie miała postawa władz gminy.
– Wiedzieliśmy, że wójt się z nami spotka. Dobrze się znamy i jeżeli ktoś nas traktuje poważnie, to nie będziemy robić u niego happeningów – wyjaśnia.
– Mieliśmy przygotowaną kanę z gnojowicą na wypadek, gdyby rozmowy nie było, ale skoro wójt nas przyjął, nie było potrzeby takich działań – dodaje.
Zobacz także: Rolnicy ostrzegają: Produkujemy żywność, ale nie mamy jej komu sprzedać
Delegacja liczyła około dziesięciu osób, a protest miał charakter symboliczny, jednak, jak podkreśla organizator, nie oznacza to wycofania się z dalszych działań protestacyjnych.
Postulaty rolników
Wręczona w gminie Wróblew petycja rolników zawiera postulaty, o których mówią od początku protestów. Chodzi m.in. o:
- uwolnienie zatrzymanego za wylanie gnojowicy przed posesją ministra rolnictwa,
- zatrzymanie napływu niekontrolowanej żywności z zagranicy,
- realne zapewnienie opłacalności produkcji rolnej w Polsce.
– Nasze problemy zaczynają się w momencie, kiedy wyprodukujemy, a nie możemy tego sprzedać z zyskiem – podkreśla Borowiak.
– Przykład? Dwa lata czekamy na plon w przypadku buraków, a po dwóch latach słyszymy, że będzie aneks do umowy i zamiast dziewięciu złotych dostajemy dwa. To jest dobijanie polskiego rolnictwa – dodaje i wskazuje też na podobne przykłady z rynku buraka, pietruszki czy kapusty.
Rolnicy zwracają również uwagę na nierówne traktowanie gospodarstw.
– Urzędnicy potrafią wejść do małego gospodarza i wszystko dokładnie sprawdzić, a dlaczego nie idą do tych największych? Małych jest najłatwiej uderzyć – mówi Borowiak.
– Aktywny rolnik uderzy właśnie w małych. Duzi sobie poradzą, mali znikną – dodaje.
Protesty będą kontynuowane?
Mariusz Borowiak dementuje pojawiające się informacje o rzekomym odwołaniu protestów.
– Nie zawieszamy akcji. To nieprawda, że strajk się skończył – zaznacza Borowiak.
– Kolejna akcja odbędzie się w połowie lutego – dodaje.
Jak zapowiada organizator, następną gminą ma być Szadek, a protesty będą odbywać się cyklicznie, w kolejnych miejscowościach.
– Te akcje będą. Będziemy jechać dalej. Forma może się zmieniać, ale postulaty zostają te same – podkreśla.
Rolnicy zapowiadają również skierowanie petycji nie tylko do samorządów, ale także do Ministerstwa Rolnictwa, a być może również do Kancelarii Prezydenta.
– Nie chodzi o to, żeby się wybić. Chodzi o bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Wystarczy siedem dni zamkniętych granic i w marketach będzie pusto! – ostrzega Borowiak.
Agnieszka Sawicka
Fot: Grzegorz Janowicz
