Podczas spotkania z rolnikami we Wrześni (woj. wielkopolskie) Jan Krzysztof Ardanowski podzielił się swoimi obawami dotyczacymi aktualnej kondycji polskiego rolnictwa i kierunków zmian politycznych, które forsuje Komisja Europejska.
Rolnictwo rodzinne pod presją
Były szef MRiRW mówił wprost, że polskie rolnictwo znalazło się w punkcie krytycznym. Jak podkreślił, nie pamięta tak trudnej sytuacji dla gospodarstw rodzinnych jak obecnie.
W jego ocenie problem nie polega już wyłącznie na gorszej koniunkturze czy przejściowych spadkach cen. Chodzi o znacznie głębszy proces, w którym gospodarstwa rodzinne przegrywają z wielkimi podmiotami dysponującymi ogromnym kapitałem i przewagą skali.
Ardanowski zwraca uwagę, że rolnictwo rodzinne – niezależnie od tego, czy gospodarstwo ma 20, 50, 100 czy 150 ha – nie jest w stanie konkurować z podmiotami liczącymi dziesiątki tysięcy hektarów, za którymi stoją fundusze, banki i wielkie grupy kapitałowe.
- Przez te wszystkie lata nie pamiętam sytuacji tak trudnej jak obecnie. Nie chodzi tylko o to, że jest źle. Chodzi o to, że bardzo wielu rolników – niezależnie od tego, czy zajmują się produkcją roślinną, czy zwierzęcą – nie jest dziś w stanie uzyskać dochodów pozwalających utrzymać rodzinę - podkreśla były minister rolnictwa.
Europa nie broni rolnictwa
Były minister rolnictwa uważa, że w Unii Europejskiej coraz silniejsze jest przekonanie, iż żywność można po prostu kupić tam, gdzie produkuje się ją taniej. W tym ujęciu europejskie rolnictwo ma ustępować miejsca przemysłowi, handlowi i polityce klimatycznej.
- Niestety w Europie dominuje dziś przekonanie, że skoro w innych regionach świata żywność można produkować taniej i w większej skali, to po co utrzymywać rolnictwo w Europie. To jest myślenie skrajnie niebezpieczne. W Brukseli interes przemysłu – szczególnie niemieckiego – okazuje się ważniejszy niż interes europejskiego rolnictwa - podkreśla Ardanowski
Jego zdaniem Zielony Ład, polityka klimatyczna i kolejne regulacje środowiskowe coraz mocniej obciążają europejskich rolników, zamiast wzmacniać ich pozycję. W praktyce oznacza to wzrost kosztów produkcji i osłabienie konkurencyjności wobec żywności sprowadzanej spoza Unii.
Kto przejmie ziemię po rolnikach?
Ardanowski zaznacza, że nawet jeśli rolnictwo rodzinne zacznie upadać, ziemia nie zostanie pusta. Jego zdaniem przejmą ją:
- fundusze inwestycyjne,
- banki,
- duże podmioty kapitałowe,
- międzynarodowe koncerny.
To oznaczałoby trwałą zmianę struktury polskiej wsi. W miejsce gospodarstw rodzinnych rosłaby dominacja wielkich podmiotów, dla których ziemia jest przede wszystkim aktywem inwestycyjnym, a nie podstawą życia rodzinnego i lokalnej wspólnoty.
Czy ten proces da się jeszcze zatrzymać?
Zdaniem byłego ministra – tak, ale czasu jest coraz mniej. Potrzebne są:
- silniejsza polityka narodowa wobec rolnictwa,
- obrona rynku przed niekontrolowanym importem,
- aktywne działania państwa na rynku rolnym,
- odbudowa znaczenia gospodarstw rodzinnych.
- Rolnicy muszą walczyć o swoje interesy, bo nikt inny tego za nich nie zrobi. Ale skutek protestów jest niewielki. Rolnicy przestali się liczyć jako istotna siła wyborcza. W Niemczech rolnicy stanowią około 1–2 proc. elektoratu. Kto się liczy z 1 proc. wyborców? Nikt. W Polsce ten proces też postępuje – rolników jest coraz mniej. Do tego dochodzi ogromne rozbicie środowiska. Brakuje myślenia, że rolnictwo jest systemem naczyń połączonych. Ktoś mówi: „mam krowy, to co mnie obchodzi sadownictwo?”, „mam zboża, to co mnie obchodzi trzoda?”. A przecież padnie produkcja zwierzęca, to komu sprzeda zboże rolnik zbożowy? W Europie nie widzę dziś żadnej poważnej refleksji. To, co przed wyborami do Parlamentu Europejskiego wyglądało na ustępstwa wobec rolników, było tylko na pokaz. Po wyborach Ursula von der Leyen jasno zapowiedziała przyspieszenie Zielonego Ładu i polityki klimatycznej - ocenia gorzko były szef resortu rolnictwa.
Ardanowski podkreśla, że „wyrok na rolnictwo jeszcze nie został wykonany”, ale zagrożenie jest już bardzo realne. Jeśli nie zapadną szybkie decyzje, wiele gospodarstw może po prostu nie doczekać poprawy koniunktury.
Bartłomiej Czekała
