Objerzyj 71. odcinek podcastu „Czekał(a) na Urbana, czyli rynkowy last minute”!
Pasze nadal na plusie, choć bez dawnych skoków
Pierwszym gościem podcastu był Jakub Kowalski, kierownik sekcji skupu zbóż De Heus Polska. Rozmowa dotyczyła przede wszystkim tego, dlaczego rynek zbóż paszowych w Polsce nadal rośnie, mimo spadku pogłowia trzody chlewnej i problemów w drobiarstwie.
Kowalski przyznał, że jeszcze niedawno branża spodziewała się wyraźnego spadku produkcji pasz. Ostatecznie scenariusz okazał się znacznie lepszy.
- Zapowiadało się dużo gorzej. Mieliśmy dość dynamiczną sytuację związaną z ptasią grypą i pomorem. Mieliśmy mieć spadek 3–4% produkcji pasz, a skończyło się niewielkim wzrostem, niecały 1% - mówił przedstawiciel De Heus.
Jak zaznaczył, w nadchodzącym sezonie również można liczyć na wzrost, ale już nie tak dynamiczny jak w latach, gdy rynek rozwijał się o 5–6% rocznie.
- Im bardziej jesteśmy rozwinięci, tym ten wzrost jest procentowo mniejszy. Natomiast wolumenowo 1% znaczy więcej niż przy niższym rynku - dodał.
Rolnicy nadal sprzedają falowo
W rozmowie z Kowalskim pojawił się też temat podaży ziarna i gotowości rolników do sprzedaży. Dla przetwórców kluczowe jest to, by surowiec był dostępny systematycznie, a nie tylko w krótkich okresach po żniwach.
Kowalski przyznał, że polski rynek zbóż wciąż nie działa tak regularnie jak rynki zachodnie. Rolnicy chętnie czekają na wyższe ceny, co powoduje falową podaż.
- Polski rynek nie jest tak dojrzały jak na Zachodzie, gdzie handel odbywa się regularnie. Rolnicy będą celowali w górki, co jest ryzykowne - mówił.
Przedstawiciel De Heus zachęcał do dzielenia sprzedaży na etapy.
- Jeśli rolnik ma 200 ton na sprzedaż i sprzeda 100 teraz, a 100 zostawi, to przy wzroście cen będzie zadowolony, że część sprzedał, a przy spadku - że część zachował - tłumaczył.
Stabilny sezon, ale presja na magazynowanie będzie duża
Drugim rozmówcą był Marcin Sobczuk, prezes Zamojskiego Towarzystwa Zbożowego. Temat rozmowy dotyczył tego, czy po żniwach ziarno znów będzie trafiało do magazynów, czy rolnicy zdecydują się szybciej je sprzedawać.
Sobczuk ocenił kończący się sezon jako bardzo stabilny i spłaszczony cenowo.
- Zaczęliśmy żniwa dość obiecująco. Pszenica konsumpcyjna podchodziła pod 800 zł/t, paszowa do 700 zł/t. Później było w dół i było stabilnie - mówił.
Dopiero wydarzenia geopolityczne i późniejszy wzrost cen lekko poprawiły sytuację, ale - jak zaznaczył - ceny nie wróciły do poziomów żniwnych.
Prezes Zamojskiego Towarzystwa Zbożowego spodziewa się, że w nowym sezonie więcej gospodarstw będzie chciało sprzedać zboże od razu po zbiorach.
- Dużo producentów jest zawiedzionych. Obawiam się, że w tym roku będzie chciało więcej sprzedać żniwa niż w ubiegłym roku - przyznał.
Magazynowanie nie zawsze się opłaca
Sobczuk zwrócił uwagę, że słabsza opłacalność przechowywania zboża może skłaniać część rolników do sprzedaży „spod kombajnu”.
- Część gospodarstw pyta, czy byłaby możliwość oddać od razu spod kombajnu, żeby się tym nie martwić. Magazynowanie się po prostu nie opłacało - mówił.
Wskazywał też na koszty i ryzyka związane z przechowywaniem: straty magazynowe, szkodniki czy konieczność wentylacji.
W jego ocenie podstawą rozliczeń pozostaje cena dnia, choć w niektórych przypadkach firmy oferują dodatkowe rozwiązania, by zatrzymać klienta.
Rzepak potrzebuje krajowej podaży
Trzecim ważnym tematem podcastu była sytuacja na rynku rzepaku. Polskie Stowarzyszenie Producentów Oleju reprezentował na giełdzie Adam Stępień, który mówił m.in. o potencjale przetwórczym w Polsce.
Stępień podkreślił, że moce przerobowe w kraju już dziś przekraczają 4,1 mln ton, a po zakończeniu inwestycji mogą dojść nawet do 4,6–4,7 mln ton.
- To gigantyczna skala wzrostu, za którą nie idzie oczywiście podaż rzepaku - mówił.
Jak zaznaczył, podaż w Polsce od kilku lat oscyluje wokół 3,5 mln ton, co oznacza trwały deficyt surowca.
Rzepak to wciąż dobra opcja dla rolników
Stępień nie miał wątpliwości, że z ekonomicznego punktu widzenia rzepak nadal pozostaje bardzo stabilnym kierunkiem produkcji.
- Jeżeli weźmiemy pod uwagę zapotrzebowanie generowane przez przemysł olejarski w Polsce wespół z branżą biopaliwową, to jest to dobry punkt, aby stawiać na rzepak - podkreślił.
Według różnych analiz areał uprawy w Polsce mógłby jeszcze wzrosnąć nawet do 1,2 mln ha.
Import rzepaku będzie konieczny
W końcówce podcastu Juliusz Urban rozmawiał z Arkadiuszem Gasidło, odpowiedzialnym za zakup surowca w zakładach tłuszczowych Bielmar. To właśnie ta rozmowa przyniosła najwięcej danych o rynku europejskim i światowym.
Gasidło ocenił, że unijna produkcja rzepaku w nowym sezonie pozostanie zbliżona do poprzedniej i wyniesie około 20,5 mln ton. To oznacza, że potrzeba importowa pozostanie wysoka.
- Ta potrzeba importowa nie będzie o wiele większa niż w sezonie poprzednim, czyli poziom 5,5 mln–5,75 mln ton - mówił.
Polska zbierze mniej rzepaku
Największe obawy dotyczą Polski. Według Gasidły areał rzepaku może spaść z 1,1 mln ha do 1-1,05 mln ha, a plony mogą być niższe niż w ubiegłym roku.
— Zakładam, że zbiory mogą łącznie wynieść około 3,2 mln ton, kiedy w ubiegłym roku mieliśmy 3,6 mln — wskazał.
To oznacza, że przy rosnących mocach przerobowych krajowy rynek będzie musiał szukać surowca poza granicami.
Rumunia może być ważnym kierunkiem
Gasidło zwrócił uwagę na Rumunię, która ma bardzo dobry potencjał eksportowy.
- W nadchodzącym sezonie ilość rzepaku, którą będą zmuszeni wyeksportować, będzie oscylowała na poziomie 1,5 mln ton — mówił.
Jak dodał, Polska może na tym skorzystać, choć rumuński rzepak będzie jednocześnie elementem konkurencji w całej Unii.
Australia, Kanada i Ukraina na rynku surowca
W rozmowie pojawił się też temat największych eksporterów rzepaku do Unii. Gasidło wskazał, że głównymi dostawcami są Kanada, Australia i Ukraina.
Kanada ma zebrać około 22 mln ton, Australia - według prognoz - około 6,2–6,8 mln ton, a Ukraina coraz wyraźniej przechodzi z eksportu nasion na eksport oleju.
- Ukraina przechodzi na inny model biznesowy, czyli przerób nasion rzepaku u siebie w kraju, a eksport oleju rzepakowego - zaznaczył.
Ukraiński rzepak będzie omijał Polskę?
Według Gasidły właśnie ten proces sprawia, że ukraiński rzepak będzie trafiał do Polski w mniejszym stopniu niż dotychczas. To z kolei jeszcze mocniej zwiększa znaczenie importu z innych kierunków, przede wszystkim z Rumunii i krajów pozaunijnych.
- Wobec tego należy poszukiwać surowca w Rumunii - podsumował.
Jakie wnioski dla rynku?
Z rozmów z ekspertami wyłania się jeden wspólny wniosek: rynek zbóż i rzepaku pozostaje stabilny, ale coraz mocniej zależy od podaży, logistyki i decyzji rolników o sprzedaży. Pasze nadal mają potencjał wzrostu, rzepak pozostaje dobrą uprawą dla gospodarstw, a przetwórcy coraz wyraźniej sygnalizują, że bez krajowego surowca i importu rynek nie zbilansuje się sam.
Bartłomiej Czekała
Fot. Siwiński
