Podczas swojego wystąpienia na I Sympozjum Bioasekuracji poświęconego stricte bioasekuracji w hodowli bydła dr hab. Sebastian Smulski z UP w Poznaniu zwracał uwagę, że temat długo był niedoceniany, jednak w ostatnich latach wyraźnie rośnie zainteresowanie hodowców.
– W ostatnich pięciu latach naprawdę poziom zainteresowania tą tematyką jest naprawdę większy i zauważyłem, że pojawił się progres – mówił ekspert.
Jak zaznaczył, bioasekuracja ma dziś znaczenie nie tylko dla zdrowia stada, ale również dla ekonomiki produkcji. W warunkach spadających cen mleka i rosnącej presji na koszty każde zaniedbanie może oznaczać realne straty dla gospodarstwa.
Rozdrobnienie gospodarstw utrudnia zmiany
Zdaniem prelegenta jednym z kluczowych problemów w Polsce jest rozdrobniona struktura gospodarstw. W większych fermach łatwiej wdrażać procedury, kontrolować ruch ludzi i sprzętu oraz egzekwować zasady higieny. W mniejszych gospodarstwach rodzinnych wygląda to znacznie trudniej.
– To rozdrobnienie na pewno będzie nam w tej kwestii bardzo silnie przeszkadzać – podkreślił Smulski.
Ekspert zaznaczył przy tym, że w dużych stadach prewencja i dobrostan są zwykle realizowane sprawniej, podczas gdy w wielu gospodarstwach podstawą nadal pozostaje leczenie zwierząt, nierzadko bez odpowiedniej diagnostyki.
Największe ryzyko? Zakup zwierząt i swobodny dostęp do stada
Jednym z najważniejszych zagrożeń pozostaje wprowadzanie patogenów wraz z nowo kupowanymi zwierzętami. Jak mówił Smulski, badania diagnostyczne przed włączeniem sztuk do stada wciąż wykonywane są zbyt rzadko, a kwarantanna nadal nie jest standardem.
– Bardzo rzadko się to zdarza – stwierdził, odnosząc się do badań diagnostycznych przed wprowadzeniem zwierząt do stada.
Problemem jest także zbyt łatwy dostęp osób postronnych do zwierząt i budynków inwentarskich. W wielu gospodarstwach brakuje realnej kontroli wejść, rejestrów wizyt czy skutecznych mat dezynfekcyjnych.
– Może wchodzić każdy, kto chce, gdzie chce i właściwie jeśli ktoś nie pamięta, że ten ktoś był, to nie ma śladu – alarmował ekspert.
Smulski zwrócił uwagę, że samo posiadanie mat dezynfekcyjnych nie rozwiązuje problemu. W praktyce często są one wyschnięte, zbyt krótkie albo źle użytkowane, przez co nie spełniają swojej funkcji.
W jego ocenie bioasekuracja zewnętrzna – obejmująca m.in. kontrolę osób, pojazdów, sprzętu i zwierząt wchodzących do gospodarstwa – jest dziś absolutnie niezbędna, szczególnie w kontekście zagrożeń epizootycznych pojawiających się coraz bliżej polskich granic.
Wewnętrzna bioasekuracja zaczyna się od codziennej rutyny
Prelegent podkreślił także istotę bioasekuracji wewnętrznej, czyli zapobieganiu szerzeniu się patogenów już wewnątrz stada. Chodzi m.in. o zmianę rękawic, dezynfekcję sprzętu, higienę doju, oddzielny sprzęt dla różnych grup zwierząt oraz ostrożność przy badaniach i zabiegach.
Szczególnie mocno wybrzmiał temat używania tych samych igieł i rękawic przy wielu zwierzętach oraz zbyt słabej higieny sprzętu udojowego, w tym robotów udojowych.
– Jeden robot udojowy doi nawet do 60 krów, także szansa transmisji patogenów między poszczególnymi krowami jest znacznie większa – zaznaczył Smulski.
Najważniejsze wyzwania dla hodowców
W podsumowaniu swojego wystąpienia dr Smulski wskazał trzy obszary, które jego zdaniem wymagają dziś najpilniejszej poprawy:
- ograniczenie dostępu osób z zewnątrz do gospodarstwa,
- wprowadzenie kwarantanny dla nowo kupowanych zwierząt,
- dezynfekcja sprzętu, zwłaszcza używanego między gospodarstwami.
– To są najbardziej kluczowe, ważne elementy, którym należałoby się zająć – podsumował.
Smulski nie miał wątpliwości, że bez regularnych szkoleń i współpracy hodowcy z lekarzem weterynarii poprawa będzie bardzo trudna. Jak przekonywał, bioasekuracja nie daje efektów natychmiast, dlatego wymaga konsekwencji i cierpliwości.
