Było trochę jak w kultowym „Traktacie o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego. W książce popularne strączkowe warzywo stało się pretekstem do filozoficznych rozważań o życiu. Tutaj okazją do poważnej rozmowy o problemach podkarpackich rolników.
„Tutaj” to znaczy na plantacji fasoli Jaś karłowy w Skołoszowie, w gminie Radymno koło Przemyśla, na Podkarpaciu. Kto rozmawiał z kim? Posłowie z rządzącej koalicji z kilkudziesięcioosobową grupą rolników. W spokojnej, rzeczowej atmosferze rolnicy opowiadali o tym, co ich boli, a co, ich zdaniem, posłowie mogliby naprawić albo chociaż spróbować naprawić. Wszystko za sprawą Stanisława Sawy, rolnika związanego z Podkarpaciem oraz Lubelszczyzną.
- W styczniu, podczas WOŚP, grupa posłów Koalicji Obywatelskiej wraz z wiceminister rolnictwa Małgorzatą Gromadzką wystawiła na aukcję ofertę – „dzień pracy 30 posłów RP w gospodarstwie rolnym”. Zalicytowałem razem z moją żoną Krystyną – opowiada Sawa.
Za aukcję wpłacili na konto WOŚP 14 250 zł. W zamian posłowie mieli wypielić z zielska jego pole fasoli.
- Nie chciałem jednak, by cała akcja sprowadziła się tylko do fajnej zabawy, ale żeby wynikło z niej coś ważniejszego, dobrego dla naszej branży, szczególnie na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie – mówi S. Sawa.
Stanisław Sawa prowadzi rodzinne gospodarstwo o łącznej powierzchni około 120 ha. Gospodarstwo funkcjonuje w dwóch lokalizacjach – na Podkarpaciu oraz w województwie lubelskim. Obecnie uprawia pszenicę jarą i kukurydzę, buraki cukrowe oraz fasolę. W tym roku około 45 ha (w tym 30 ha koło Radymna) przeznaczył pod uprawę fasoli Jaś karłowy. Jest też właścicielem Giełdy Wschód w Skołoszowie koło Radymna. Od lat angażuje się również w inicjatywy związane z promocją rolnictwa i produktów regionalnych.
Opodal giełdy w Skołoszowie znajduje się 30-hektarowe pole obsiane fasolą Jaś karłowy. I to na nim stawiła się liczna grupa posłów i posłanek z KO na czele z wiceminister rolnictwa Małgorzatą Gromadzką, wicemarszałek Sejmu Moniką Wielichowską, Magdaleną Kołodziejczyk, przewodniczącą sejmowej podkomisji ds. budownictwa i zagospodarowania przestrzennego, oraz Joanną Frydrych, posłanką z Podkarpacia, współorganizującą całe wydarzenie. Wszyscy, wyposażeni w motyki, dzielnie, przez kilka godzin, walczyli z chwastami.
- Robotę oceniam na wykonaną solidnie i porządnie – mówi Stanisław Sawa, ale jednocześnie nie kryje, że to nie pielenie było tą pieczenią, którą chciał przy tej okazji upiec. Pieczenie miały być dwie. Pierwsza – fasolowa.
Fasola z Roztocza i Podkarpacia – wspólna marka regionalna
Jednym z najważniejszych projektów promowanych przez Sawę jest inicjatywa „Fasola z Roztocza”. Lubelskie to silne fasolowe zagłębie, Stanisław Sawa usiłuje zalążek podobnego zagłębia stworzyć na Podkarpaciu. Ale wszystko pod jedną marką, właśnie „Fasoli z Roztocza”.
Celem jest budowa rozpoznawalnej marki regionalnej skupiającej producentów fasoli z Roztocza i południowo-wschodniej Polski. Zdaniem pomysłodawcy producenci tej jednej z najbardziej charakterystycznych upraw regionu nie wykorzystują w pełni jej potencjału marketingowego i handlowego.
Projekt zakłada promocję fasoli jako produktu regionalnego, organizację Dożynek Fasolowych, zapraszanie krajowych i zagranicznych odbiorców oraz budowanie bezpośrednich kontaktów handlowych. Inspiracją dla Sawy były przykłady skutecznie wypromowanych lokalnych produktów spożywczych i winiarskich. Jego zdaniem rolnicy produkujący żywność niszową nie powinni ograniczać się wyłącznie do sprzedaży surowca pośrednikom, ale sami aktywnie budować markę swoich produktów.
- Jednocześnie ta inicjatywa jest odpowiedzią na problemy na rynku fasoli – mówi Stanisław Sawa. - Od dwóch sezonów utrzymują się bardzo niskie ceny skupu, które nie mają odzwierciedlenia w cenach detalicznych. Fasola była skupowana nawet poniżej 3 zł za kilogram, a w sklepach kosztuje 20 zł, a czasem nawet 30 zł. To budzi nasze zdenerwowanie i rodzi pytanie, czy tak musi być. Jeszcze kilka lat temu cena wynosiła 4 zł za kilogram. Przy plonie rzędu 4 ton z hektara uprawa fasoli pozwalała osiągnąć przychód sięgający 16 tys. zł z hektara. Dziś, przy cenach spadających poniżej 3 zł za kilogram, przychód z tej samej plantacji jest znacznie niższy, mimo że konsumenci kupują jej coraz więcej.
Sawa podkreśla, że przez ostatnie lata uprawa fasoli przeszła prawdziwą rewolucję technologiczną. Jeszcze niedawno była to produkcja wymagająca ogromnych nakładów pracy ręcznej. Dziś większość prac wykonują wyspecjalizowane maszyny, co pozwala zakładać znacznie większe plantacje. Dlatego jednym z celów projektu jest także poszukiwanie nowych rynków zbytu, w tym poza Unią Europejską.
Nietypowa konferencja rolnicza na plantacji fasoli
Drugą pieczenią, którą Stanisław Sawa postanowił upiec przy okazji charytatywnej akcji pielenia chwastów, był lobbing na rzecz podkarpackiego (choć nie tylko) rolnictwa. To była doskonała okazja do spotkania przedstawicieli regionalnego sektora producentów rolnych z politycznymi decydentami. Tym bardziej było to cenne, że jego zdaniem rolnicy zostali pozbawieni skutecznej reprezentacji swoich interesów. Stanisław Sawa bardzo krytycznie ocenia funkcjonowanie izb rolniczych, argumentując, że przy niskiej frekwencji wyborczej i ograniczonych kompetencjach nie są one w stanie skutecznie wpływać na decyzje dotyczące rolnictwa. W efekcie rolnicy często pozostają bez realnego przedstawicielstwa w najważniejszych sprawach dotyczących wsi i gospodarstw.
Chciałem, by posłowie po pracy na polu spotkali się z naszymi rolnikami i na spokojnie wysłuchali o problemach, które nas trapią – mówi. - Zaprosiłem bardzo konkretnych rolników, z konkretnymi sprawami. To nie miał być wiec, tylko merytoryczna rozmowa.
I trzeba przyznać, że tak było.
Rolnicy krytykują izby rolnicze i postulują reformy
Rzeczywiście oberwało się izbom rolniczym. W ocenie rolników słabość samorządu rolniczego sprawia, że gospodarze coraz częściej sami muszą organizować spotkania, protesty czy akcje informacyjne, aby zwrócić uwagę polityków na problemy wsi. Podkreślano, że bez silnej reprezentacji trudno skutecznie zabiegać o rozwiązania dotyczące cen skupu, kosztów produkcji czy warunków prowadzenia działalności rolniczej. Tymczasem wielu rolników nawet nie wie o terminach wyborów, a słaba frekwencja osłabia mandat całego samorządu rolniczego. W efekcie izby mają ograniczone możliwości oddziaływania na politykę rolną państwa.
Rolnicy postulowali m.in. połączenie wyborów do izb rolniczych z wyborami samorządowymi, co mogłoby zwiększyć frekwencję i wzmocnić mandat ich przedstawicieli. Wśród propozycji zmian znalazło się także zaostrzenie wymagań wobec kandydatów do władz izb rolniczych. O reprezentowaniu rolników powinny decydować osoby prowadzące gospodarstwa rolne o powierzchni co najmniej odpowiadającej średniej wojewódzkiej. Argumentowali, że tylko aktywni zawodowo rolnicy, ponoszący na co dzień ryzyko produkcyjne i ekonomiczne, są w stanie właściwie oceniać skutki decyzji dotyczących rolnictwa i skutecznie zabiegać o interesy producentów rolnych.
Po części opinie o małej aktywności izb rolniczych potwierdzała posłanka Magdalena Kołodziejczyk, która przed karierą parlamentarną przez wiele lat była wójtem gminy wiejskiej Pruszcz Gdański. Przyznała, że przez lata pracy w samorządzie nie spotkała się z aktywnym udziałem izb rolniczych np. w procedurach planistycznych i również wskazywała na problem bardzo niskiej frekwencji wyborczej.
Z drugiej strony Małgorzata Gromadzka wskazywała na aktywny udział niektórych izb rolniczych przy uchwalaniu niektórych ustaw:
- Bardzo dobrze nam się współpracuje z izbą opolską, a także z podkarpacką – podkreślała.
Nieprzypadkowo podczas spotkania u Stanisława Sawy pojawiły się postulaty gruntownej reformy izb rolniczych. Uczestnicy wskazywali, że obecny model samorządu rolniczego, funkcjonujący na podstawie ustawy z 1995 r., nie zapewnia rolnikom wystarczająco silnej reprezentacji i ma ograniczony wpływ na kształtowanie polityki rolnej. Tymczasem w wielu krajach Europy Zachodniej izby rolnicze odgrywają znacznie większą rolę. Na ich tle kompetencje polskich izb ograniczają się przede wszystkim do działalności opiniodawczej i konsultacyjnej, w zasadzie bez realnych i skutecznych możliwości ochrony interesów polskich rolników. To właśnie tę różnicę wskazywali uczestnicy spotkania, argumentując, że wzmocnienie samorządu rolniczego mogłoby przełożyć się na większą frekwencję w wyborach oraz na większą chęć kandydowania osób, które chcą aktywnie angażować się w procesy publiczne.
Najważniejsze problemy rolników z Podkarpacia
Wśród tematów poruszanych podczas spotkania znalazły się również wysokie koszty produkcji rolnej. Rolnicy zwracali uwagę przede wszystkim na ceny nawozów. Jak podkreślano, zakup tony nawozu fosforowego wymaga dziś sprzedaży około pięciu ton pszenicy, co znacząco pogarsza opłacalność produkcji. Uczestnicy apelowali do przedstawicieli rządu o uruchomienie wsparcia dla gospodarstw ponoszących wysokie koszty nawożenia, argumentując, że bez odpowiedniego nawożenia trudno utrzymać zarówno poziom produkcji, jak i konkurencyjność polskiego rolnictwa.
Kolejnym problemem były ubezpieczenia upraw. Rolnicy wskazywali, że po wystąpieniu szkody i wypłacie odszkodowania część producentów ma trudności z zawarciem kolejnej umowy ubezpieczeniowej. Ich zdaniem nie powinno dochodzić do sytuacji, w której rolnik przez lata opłaca składki, a po wystąpieniu szkody zostaje praktycznie pozbawiony możliwości dalszego ubezpieczenia gospodarstwa. Apelowano o wypracowanie rozwiązań gwarantujących stabilny dostęp do ochrony ubezpieczeniowej.
Dużo miejsca poświęcono również programowi Podkarpacki Naturalny Wypas. Przedstawiciele środowisk hodowlanych zwracali uwagę, że po likwidacji PGR-ów znaczne obszary łąk i pastwisk zostały przejęte przez osoby spoza regionu. Według uczestników część właścicieli utrzymuje te grunty głównie w celu pobierania dopłat rolno-środowiskowych, nie prowadząc faktycznej działalności produkcyjnej. W dyskusji pojawiło się określenie „rolnicy warszawscy”, odnoszące się do właścicieli gruntów mieszkających poza regionem. Zdaniem hodowców ogranicza to dostęp do pastwisk i utrudnia rozwój gospodarstw prowadzących produkcję zwierzęcą.
Hodowcy poruszali także problem coraz częstszych szkód powodowanych przez wilki i niedźwiedzie. Podawano przykłady strat w stadach bydła i owiec oraz wskazywano, że pogodzenie ochrony dużych drapieżników z prowadzeniem działalności rolniczej staje się coraz większym wyzwaniem dla gospodarstw funkcjonujących na terenach górskich.
Plany ogólne gmin budzą największe emocje wśród rolników
Najobszerniejsza część spotkania dotyczyła planów ogólnych gmin. Rolnicy oraz eksperci zajmujący się planowaniem przestrzennym wyrażali obawy, że nowe przepisy mogą utrudnić rozwój wielu gospodarstw.
Wskazywano przede wszystkim, że zabudowa zagrodowa została potraktowana podobnie jak zabudowa mieszkaniowa jednorodzinna. W praktyce może to oznaczać problemy z budową nowych siedlisk, rozbudową gospodarstw oraz tworzeniem warunków do przejmowania gospodarstw przez następców.
Szczególnie krytycznie oceniano sytuację na terenach podgórskich. Zdaniem uczestników obecne przepisy nie uwzględniają specyfiki tych obszarów, gdzie zabudowa historycznie rozwijała się wzdłuż dolin rzecznych. W rezultacie część mieszkańców może zostać pozbawiona możliwości dalszego rozwoju gospodarstw.
Przywoływano również konkretne przykłady rolników, którzy już dziś nie potrafią uzyskać jednoznacznej odpowiedzi, czy w przyszłości będą mogli rozbudowywać swoje siedliska lub stawiać nowe obiekty gospodarcze.
Posłanka Magdalena Kołodziejczyk przyznała, że wokół planów ogólnych pojawia się wiele problemów zgłaszanych przez samorządy i mieszkańców. Tłumaczyła, że reforma była wdrażana w bardzo krótkim czasie, a część przepisów wymaga korekt i doprecyzowania. Zachęcała rolników do zgłaszania konkretnych uwag i problemów. Wiceminister Gromadzka już zapowiadała nowelizację obecnych przepisów.
Co obiecała wiceminister rolnictwa?
Małgorzata Gromadzka nie składała konkretnych deklaracji finansowych, bo też trudno było się takich spodziewać na tego typu spotkaniu. Jednak zapowiedziała kilka działań.
Najbardziej konkretna obietnica dotyczyła programu Podkarpacki Naturalny Wypas. Wiceminister zadeklarowała organizację spotkania w Ministerstwie Rolnictwa z udziałem odpowiednich departamentów, które mają przeanalizować problemy związane z wypasem, dostępem do gruntów oraz funkcjonowaniem podobnych rozwiązań w innych krajach europejskich.
Odniosła się też do problemu zgłaszanego przez gospodarza spotkania, Stanisława Sawę, dotyczącego cen fasoli. Zadeklarowała analizę możliwości otwarcia nowych rynków eksportowych dla polskiej fasoli. Pojawił się m.in. temat potencjalnego eksportu do Chin. Resort ma sprawdzić ewentualne bariery administracyjne oraz przeanalizować sytuację na krajowym rynku fasoli.
Między innymi w tym kontekście wiceminister podkreślała, że w przyszłej polityce rolnej większy nacisk powinien zostać położony na inwestycje poprawiające konkurencyjność i opłacalność gospodarstw, a wsparcie publiczne powinno trafiać przede wszystkim do przedsięwzięć o realnym znaczeniu rozwojowym.Choć pretekstem do podkarpackiego spotkania była fasola, rozmowy pokazały, że lista problemów zgłaszanych przez rolników jest znacznie dłuższa. Spotkanie na plantacji Stanisława Sawy stało się więc nieformalnym przeglądem najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi dziś polska wieś. Czy przekuje się ono w konkrety? Pokaże czas. Pewne jest jedno: należy wykorzystywać każdą okazję do rolniczego lobbingu. A my na Podkarpacie na pewno wrócimy.
Arkadiusz Jakubowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
