Przymrozki nie były najgorsze
Marcin prowadzi gospodarstwo w województwie podlaskim. Utrzymuje trzodę chlewną w cyklu otwartym, a na polach uprawia po około osiem hektarów rzepaku, pszenicy i jęczmienia. Dodatkowo sieje mieszankę wyki z życicą przeznaczoną na paszę. Choć wielu rolników z Podlasia do dziś wspomina kwietniowe przymrozki jako jedno z najgorszych wydarzeń tego sezonu, u niego sytuacja wyglądała nieco lepiej.
- U mnie przymrozki były, ale na szczęście nie narobiły jakichś mega dużych szkód. Rozmawiałem ze znajomymi z okolicy i u nich wyglądało to znacznie gorzej - opowiada. To jednak nie oznacza, że sezon przebiegał spokojnie.
Szkodniki wykorzystały każdą okazję
Zdaniem rolnika znacznie większym problemem od pogody okazała się presja szkodników. Najbardziej dały się we znaki słodyszek i pryszczarek kapustnik. Problem polegał na tym, że warunki pogodowe praktycznie uniemożliwiały wykonanie zabiegów we właściwym terminie.
- Albo były przymrozki, albo deszcz, albo wiatr. Nie udało się trafić z zabiegami w pąk. Wszystko było trochę spóźnione - mówi.
Wiosną wykonał dwa zabiegi fungicydowe oraz trzy insektycydowe. Jak przyznaje, nie zawsze przyniosły oczekiwany efekt. - Jak się człowiek spóźni, a larwy już siedzą w roślinie i żerują, to później nie ma czym tego zwalczyć. To już jest za późno. To właśnie z tego powodu z większym niepokojem patrzy dziś na swoje plantacje niż po samych przymrozkach.
Możliwy plon rzepaku
- Myślę, że 3,5 tony byłoby naprawdę dobrym wynikiem. Wolę miło się zaskoczyć, niż nastawić się na więcej i później się rozczarować. Jak będzie ponad trzy tony, to i tak uznam ten sezon za całkiem dobry.
Pszenica pozytywnie zaskoczyła
O ile rzepak sprawiał sporo problemów, o tyle pszenica okazała się najmocniejszym punktem gospodarstwa.
- Ze wszystkich upraw właśnie pszenica wygląda u mnie najlepiej - mówi rolnik. Nie obyło się jednak bez niespodzianek. Pod koniec sezonu pojawiły się chwasty, których wcześniej praktycznie nie było widać.
- Najbardziej zaskoczył mnie chaber i trochę głuchego owsa. Co ciekawe, pojawiły się w miejscach, gdzie zupełnie się ich nie spodziewałem. W tej fazie rozwoju pszenicy nie ma już większego sensu z tym walczyć - mówi.
Zobacz także: Rolnik z Mazowsza po przymrozkach: Zbioru rzepaku praktycznie nie będzie
Małe żniwa już niebawem
Pierwsze tygodnie nie napawały optymizmem również w jęczmieniu.
- Na początku nie cieszył oka. Był trochę przerzedzony po zimie. Teraz jednak ładnie się zagęścił i wygląda zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka tygodni temu. Jeżeli pogoda dopisze, pierwsze kombajny powinny wyjechać w pole już na początku lipca. - Myślę, że za około dwa tygodnie będzie można zaczynać żniwa jęczmienia.
Oszczędności były konieczne w nawozach
Rosnące koszty produkcji sprawiły, że Marcin zdecydował się ograniczyć nawożenie.
- Azotu dałem mniej więcej o 10–15 procent mniej niż zwykle. Zrezygnowałem też z części potasu. Z perspektywy czasu może nawet dobrze na tym wyszedłem. Dodaje także że dziś trudno podejmować decyzje zakupowe. Z jednej strony zbliżają się siewy rzepaku i nawozy powinny już znaleźć się w gospodarstwie. Z drugiej strony pojawiają się informacje o możliwych dopłatach, ale nikt nie zna szczegółów.
- Normalnie kupowałem nawozy w czerwcu albo lipcu. To był najlepszy moment. Teraz człowiek nie wie, co zrobić. Trzeba kryształową kulę wyciągać i sobie wróżyć - martwi się rolnik i obawia się, że zbyt wczeszy zakup może wykluczyć go z ewentualnego programu wsparcia.
- Co będzie, jeśli ogłoszą nabór od września i będą liczyć się tylko faktury od tego momentu? To jest dziś największa niewiadoma.
Coraz poważniej myśli o owsie
Rosnące koszty produkcji skłaniają go również do zmian w strukturze zasiewów.
- Zastanawiam się, czy nie zmniejszyć powierzchni jęczmienia o połowę i nie wprowadzić owsa - tłumaczy, że decyzja wynika przede wszystkim z ekonomii.
Owies ma mniejsze wymagania nawozowe, a w gospodarstwie dostępna jest gnojowica z produkcji trzody chlewnej.
- Mam własny nawóz, więc nie muszę kupować tyle mineralnych. Owies jest mniej wymagający. Koszt uprawy robi dziś ogromną różnicę - mówi.
40 ton z trzechy pokosów
Na tle pozostałych plantacji bardzo dobrze prezentuje się mieszanka wyki z życicą. Pierwszy pokos dał około 23 ton zielonki z hektara, a jeśli pogoda dopisze, Marcin liczy na około 40 ton z trzech pokosów. Co ważne, plantacja prowadzona jest praktycznie bez chemicznej ochrony.
- Można powiedzieć, że to taka ekologiczna uprawa, tylko bez certyfikatu. Idzie tam wyłącznie gnojowica świńska. Pierwszy pokos oceniam naprawdę na piątkę - dodaje Marcin.
- W tym roku było wszystko - przymrozki, deszcze, wiatr i problemy z terminowym wykonaniem zabiegów. Teraz pozostaje już czekać. Co urośnie, to urośnie. Oby tylko pogoda pozwoliła spokojnie zebrać to, co zostało wypracowane przez cały sezon.
