Na 245 ha w Strzydzewie w Wielkopolsce Robert Szymczak prowadzi gospodarstwo wyspecjalizowane w produkcji zbóż nasiennych. O skali nie decyduje tu jednak wyłącznie areał, ale sposób organizacji: stały, sześcioletni płodozmian, brak zbóż po zbożach, własne testowanie technologii i park maszynowy dobrany tak, by pracować precyzyjnie, ale nie kosztem życia rodzinnego.
Robert Szymczak prowadzi gospodarstwo wspólnie z żoną Agnieszką i synami. To jednocześnie właściciel marki Nasiona Szymczak, dobrze znany także z aktywności w mediach społecznościowych. Jak podkreśla, gospodarstwo już dziś jest przygotowywane pod sukcesję. - Formalnie to jeszcze moje gospodarstwo, ale myślę o nim tak, żeby za około 10 lat mógł je przejąć syn Nikodem - mówi rolnik.
Produkcja oparta na nasiennictwie
Podstawą działalności w Strzydzewie jest produkcja zbóż nasiennych, zarówno ozimych, jak i jarych. Struktura zasiewów od lat pozostaje stabilna. Około 150 ha zajmują zboża, z czego blisko 30 ha stanowią formy jare. Do tego dochodzi około 45-50 ha rzepaku i podobny areał kukurydzy. W gospodarstwie funkcjonuje sześcioletni płodozmian, w którym na każdym polu pojawiają się dwie rośliny dwuliścienne - buraki i rzepak - oraz cztery jednoliścienne, głównie zboża i kukurydza.
To właśnie zmianowanie Szymczak wskazuje jako jeden z najmocniejszych filarów całego systemu.
- U nas zasadniczo nie ma zbóż po zbożach. Nie siejemy ozimin po zbożach jarych, ani jarych po ozimych. Ten płodozmian jest ustabilizowany i dzięki temu rozwiązuje wiele problemów, które w innych gospodarstwach wracają co roku - tłumaczy.
Płodozmian zamiast gaszenia problemów
W praktyce dobrze ułożone zmianowanie przekłada się przede wszystkim na mniejszą presję chwastów i większą przewidywalność produkcji. W gospodarstwie w Strzydzewie nie mówi się o płodozmianie jako o haśle, ale jako o narzędziu ekonomicznym. Rolnik przekonuje, że tam, gdzie rotacja roślin została porzucona, dziś coraz częściej wracają kosztowne problemy z zachwaszczeniem i bankiem nasion chwastów w glebie.
- Dzisiaj się okazuje, że ten płodozmian, który kiedyś wielu uważało za mniej opłacalny, u mnie daje konkretny efekt. Nie mam dużych problemów ze zwalczaniem chwastów. Środki działają skutecznie, bo jest zmianowanie. Ale to też nie dzieje się samo. Trzeba obserwować pole, wilgoć, wschody chwastów i dobrać moment uprawy, a nie jechać według kalendarza - zaznacza gospodarz.
To podejście widać również w uprawie pożniwnej. Szymczak nie przywiązuje się sztywno do jednego terminu czy jednej głębokości pracy. Jak mówi, czasem uprawkę wykonuje po dwóch tygodniach, a czasem dopiero po czterech, jeśli warunki tego wymagają.
Woda ważniejsza niż rekord plonu
Wielkopolska pozostaje regionem, w którym wynik ekonomiczny często bardziej zależy od przebiegu opadów niż od maksymalizacji nakładów. Robert Szymczak podkreśla, że technologię trzeba układać nie pod teoretyczny rekord, ale pod ryzyko strat.
- W naszych warunkach nie możemy obstawiać na to, ile możemy wygrać, tylko na to, ile możemy stracić. Można dać wysokie nawożenie i bardzo dobrą ochronę, ale jeśli zabraknie wody, to to się nie zamknie ekonomicznie. Wysoki plon nie zawsze jest receptą na sukces - mówi.
Jednocześnie przyznaje, że ostatnie trzy sezony były dla jego gospodarstwa korzystne pod względem opadów. To poprawiło stabilność plonowania, ale nie zmieniło sposobu myślenia o ryzyku. W Strzydzewie kalkulacja zaczyna się od ograniczeń stanowiska, a dopiero potem od potencjału odmiany czy nawożenia.
Technologia dobierana do celu
Choć gospodarstwo kojarzy się z imponującym parkiem maszynowym, sam właściciel podchodzi do zakupów bez pośpiechu. Każda większa inwestycja jest analizowana z wyprzedzeniem, często przez kilka lat. Tak było m.in. przy wyborze maszyn do uprawy pasowej, opryskiwacza czy planowanej wymianie kombajnu.
- Jak kupuję maszynę, to nie jest tak, że zobaczę i od razu biorę. Kombajn analizuję już od dwóch lat i dalej nie wiem, czy kupię go za rok, za trzy czy za pięć. Najpierw zbieram wiedzę - podkreśla rolnik.
W gospodarstwie pracują zarówno maszyny do uprawy tradycyjnej, jak i sprzęt do systemów uproszczonych. Pług nie został sprzedany, bo - jak zaznacza Szymczak - nie wierzy w jedną uniwersalną receptę. Obok niego funkcjonuje m.in. agregat do uprawy pasowej Focus, a kolejną inwestycją będzie siewnik Horsch Avatar finansowany z podpisanego już wniosku.
Wyróżnik: głęboki depozyt fosforu
Najciekawszym rozwiązaniem technologicznym w Strzydzewie nie jest sama uprawa pasowa, ale cel, dla którego została wdrożona. Robert Szymczak kupił sprzęt do uprawy pasowej przede wszystkim z myślą o głębokim depozycie nawozów fosforowych. To właśnie ten element wskazuje jako rozwiązanie, które realnie wspiera rośliny w warunkach deficytu wody.
- Ideą zakupu siewnika do uprawy pasowej nie była sama uprawa pasowa. Chodziło o głęboki depozyt fosforu. Korzenie mają silny tropizm do fosforu, więc roślina schodzi za nim głębiej. Dzięki temu buduje mocniejszy system korzeniowy i ma większą szansę przetrwać kilka dni dłużej bez deszczu - wyjaśnia.
Rolnik zastrzega przy tym, że nie traktuje tej technologii jako cudownego rozwiązania. W jego ocenie chodzi raczej o poprawę stabilności plantacji niż o spektakularny skok plonu. W warunkach Wielkopolski czasem właśnie 3-5 dni dodatkowej odporności na suszę decyduje o wyniku.
Fundusze tak, ale tylko gdy pasują do planu
Ważnym elementem rozwoju gospodarstwa były środki unijne. Szymczak nie ukrywa, że korzystał z programów wszędzie tam, gdzie inwestycja była wcześniej przemyślana i spójna z kierunkiem rozwoju. Jednocześnie podkreśla, że nie bierze dotacji dla samej dotacji.
- Z trzech umów świadomie zrezygnowałem, bo po przeliczeniu to się nie spinało, albo można było zrobić to prościej na rynku. Tak było choćby z fotowoltaiką. Ale tam, gdzie sprzęt był mi naprawdę potrzebny i pasował do koncepcji gospodarstwa, fundusze mocno pomogły - mówi.
Wśród inwestycji wspieranych z programów znalazły się m.in. maszyny do uprawy pasowej, opryskiwacz i kolejne elementy wyposażenia poprawiające precyzję pracy.
Maszyny „na wyrost”, ale z konkretną logiką
Sam gospodarz przyznaje, że park maszynowy jest większy, niż wynikałoby to z prostego przeliczenia na areał. Nie traktuje tego jednak jako przerostu formy, ale jako narzędzie do zarządzania czasem i jakością zabiegów.
- Wiele osób mówi, że maszyny mamy na wyrost. Coś w tym jest, ale ja nie chcę spędzać życia wyłącznie w ciągniku. Chcę dobrze wykonać pracę, wrócić do domu o rozsądnej porze i mieć czas dla rodziny. Celem gospodarstwa nie jest dla mnie samo dokładanie hektarów, tylko zarabianie z hektara i sensowna organizacja pracy - podkreśla.
To podejście wyraźnie odróżnia gospodarstwo od modelu rozwoju opartego wyłącznie na powiększaniu areału. Tu inwestycja w sprzęt ma skracać czas operacji, poprawiać precyzję i zostawiać margines na pogodowe okna zabiegowe.
Wiedza, obserwacja i selekcja odmian
Nasiennictwo wymaga stałego śledzenia odmian i wyników polowych, ale Robert Szymczak nie przecenia samej genetyki. Zwraca uwagę, że rolnicy zbyt często zaczynają rozmowę od odmiany, a zbyt rzadko od przedplonu, rozkładu opadów czy terminu nawożenia.
- Wpływ odmiany jest ważny, ale często mniejszy niż deszcz, przedplon czy sposób prowadzenia plantacji. Dlatego słucham opinii innych, ale zawsze przepuszczam je przez własne doświadczenie. Jedna odmiana może dobrze wypaść nie dlatego, że jest najlepsza, tylko dlatego, że akurat pasowała do konkretnego pola i terminu - tłumaczy.
W gospodarstwie dużą rolę odgrywa lustracja pól i praktyczna ocena plantacji. Jak zaznacza rolnik, sama obecność na polu nie wystarczy - trzeba jeszcze wiedzieć, czego szukać i jak interpretować sygnały z łanu.
Sukcesja jako część strategii
Choć materiał z wizyty w Strzydzewie pokazuje przede wszystkim sprawnie poukładane gospodarstwo roślinne, równie ważnym tematem pozostaje sukcesja. Szymczak mówi o niej bez deklaracji na pokaz, ale jak o procesie, który trzeba zaplanować z takim samym wyprzedzeniem jak inwestycje czy płodozmian.
- Można kupić więcej ziemi i więcej maszyn, ale jeśli zaniedba się wychowanie następcy, to potem nie ma komu tego przekazać. Dla mnie to jest jeden z kluczowych tematów na najbliższe lata - zaznacza.
Rolnik dodaje, że młodzi muszą dostać przestrzeń do własnych decyzji i błędów. Jego zdaniem lepiej, by przyszły następca pomylił się dziś przy mniejszej skali, niż miał popełniać kosztowne błędy dopiero po przejęciu całego gospodarstwa.
Gospodarstwo, które warto obserwować
Gospodarstwo Roberta Szymczaka to przykład takiego gospodarstwa, w którym rozwój nie opiera się na jednym modnym rozwiązaniu. O jego sile decyduje konsekwencja: stały płodozmian, świadome inwestycje, ostrożne podejście do kosztów i technologia podporządkowana realnym ograniczeniom stanowiska. Do tego dochodzi dobrze przemyślana organizacja pracy i wyraźne myślenie o sukcesji.
Najbliższe miesiące przyniosą kolejne inwestycje w sprzęt i dalsze dopracowywanie systemu uprawy. Jeśli plan przekazania gospodarstwa młodemu pokoleniu będzie postępował równie konsekwentnie jak dotychczasowy rozwój produkcji, o gospodarstwie Roberta Szymczaka z Wielkopolski jeszcze nieraz będzie głośno.
