Jadąc przez Opolszczyznę trudno nie dojść do wniosku, że rolnicy w tym regionie sieją dużo kukurydzy na ziarno. I dane również to potwierdzają. Według danych ARiMR zebranych na podstawie wniosków o płatności bezpośrednie za 2026 rok, uprawia się jej w tym południowym województwie 106,1 tys. ha, co daje ok. 21% wszystkich użytków rolnych. Nic zatem dziwnego, że straty w tej roślinie, bo z rozmów z rolnikami wynika, że w wyniku tegorocznych ekstremalnie wysokich temperatur to ona ucierpiała najbardziej, są tak uderzające i widoczne gołym okiem. Oczywiście, to nie wina samych upałów. One postawiły tylko kropkę nad i. Panujące w tym regionie od lat susze i brak opadów, które w niektórych gminach potrafią nie spaść nawet przez miesiąc, były podstawą tej tragedii, która nie wiadomo w tej chwili, jaki przyniesie finał.
Kukurydza przez 25 lat nie zawodziła. W tym roku rolnik liczy na 4 tony z hektara
– Kukurydza przez 25 lat mnie nie zawiodła – zwraca uwagę Andrzej Sobota z Grabiny w gm. Biała (pow. prudnicki), który gospodaruje na ok. 200 ha, na ziemiach od klasy IIIb do VIz. Uprawia bezorkowo pszenicę ozimą, rzepak ozimy i kukurydzę na ziarno, która w tym roku zajmuje 80 ha.
– Kukurydza zawsze zapewniała nam stabilność, ponieważ jest odporna na wysokie temperatury. Efektywnie prowadzi fotosyntezę nawet przy 30–32°C. Niestety, nikt nie mógł przewidzieć, że dotkną nas kilkudniowe upały, sięgające 39°C i rośliny się ugotują. Dosłownie – mówi rolnik. I choć stawia na różne odmiany, w tym także wczesne, spodziewa się drastycznego spadku plonów.
– Zbieramy średnio 10–12 ton mokrej kukurydzy z hektara, a w tym roku myślę, że 4 t/ha to będzie maksymalny plon – dodaje. I jak tu mówić o opłacalności produkcji, skoro dziś rolnik ponosi koszty rzędu 3,7–4 tys. zł na hektar, a za tonę mokrej kukurydzy może otrzymać ok. 550 zł?
Są plantacje, które – jak wskazuje Sobota – nie rokują w ogóle, zwłaszcza te położone na lekkich glebach piaszczystych i piachach. Tam kolby zwisają w dół i mają luźno osadzone ziarniaki. A są również plantacje na podłożu gliniastym, z których być może uda się jeszcze coś zebrać. Dziś trudno jednak powiedzieć, czy straty wyniosą na nich 40, 50 czy nawet 70%.
– Nie chcę wyrokować, od tego są komisje. Oczekujemy jako rolnicy, że ruszą w teren i będą szacować straty, bo aplikacja nijak nie pokazuje problemu, z którym borykamy się na Opolszczyźnie – podkreśla Andrzej Sobota. Trudno się z tym nie zgodzić. Dopiero w 9. raporcie IUNG, opublikowanym 12 sierpnia, wskazano na zagrożenie wystąpienia suszy w kukurydzy w gminie Biała. A jak zwraca uwagę rolnik, ostatni większy deszcz, ok. 13–15 litrów, mieli 15 lipca (w gospodarstwie byliśmy 17 sierpnia).
– U nas naprawdę jest sucho, a aplikacja suszowa nic nie pokazuje, bo w międzyczasie spadły 3–4 litry deszczu i to jeszcze punktowo – mówi rozgoryczony. I choć, jak wskazuje, susza pierwszy raz poważnie dotknęła jego gospodarstwo w 2015 roku, to już nauczył się z nią żyć. A na tak wysokie temperatury nie ma sposobu – przychodzą nagle i potrafią zniweczyć efekty całorocznej pracy rolnika. I co wówczas z kontraktami, które większość rolników zawiera, by mieć zagwarantowany odbiór plonów i pewny dochód?
– Mam zakontraktowane 40 ha i już wiem, że będę miał problem z wywiązaniem się z umowy – zaznacza Sobota.
Susza i upały zniszczyły także soję. „Nie wiem, czy wszystko nie pójdzie w łeb”
W podobnej sytuacji jest także Leszek Fornal z Kantorowic w gm. Lewin Brzeski (pow. brzeski), który wspólnie z synem gospodaruje na 230 ha, głównie ziemiach klasy IVa i IVb i również kontraktuje część plantacji. W ich przypadku nie tylko kukurydza na ziarno, która zajmuje 70 ha i zbierają jej średnio 9–10 t/ha, ucierpiała w wyniku upałów. Wygląda na to, że także z 35 ha soi nic nie zostanie.
– Myślałem, że w soi, której zbieramy średnio 2,5 tony z hektara, będziemy mieć 80% strat, ale teraz po oględzinach plantacji nie wiem, czy wszystko nie pójdzie w łeb. Rośliny w ogóle nie wykształciły nasion – mówi rolnik, który miał już w tym roku złe doświadczenia z suszą w jęczmieniu.
– Na przełomie marca i kwietnia mieliśmy suszę w jęczmieniu. Tak się składa, że część pól mam ubezpieczonych od suszy i przedstawiciel stwierdził w jęczmieniu ponad 50% mniejszy plon. Tylko co z tego, skoro na mapach IUNG byliśmy poza obszarem zagrożenia suszą – dodaje. A to niestety oznacza, że mimo tego, że rośliny faktycznie ucierpiały z powodu braku wody, szkoda suszowa nie zostanie uznana. Chyba że któryś z kolejnych raportów IUNG wykaże suszę – wtedy będzie można uzupełnić zgłoszenie. W przypadku zbóż ozimych 9. raport IUNG nadal nie wykazywał zagrożenia suszą w gminie Lewin Brzeski. Zagrożenie było natomiast już dla kukurydzy i roślin strączkowych.
Rolnicy kwestionują działanie aplikacji suszowej. „Pada punktowo”
– Uważam, że IUNG jest instytucją, która najbardziej niszczy polskiego rolnika – mówi bez ogródek Leszek Fornal, dodając: – Mogą postawić stacje pogodowe nawet w każdej wsi, a i tak nic to nie da, bo pada punktowo.
Zdaniem rolnika tylko na podstawie wizji lokalnej pól można stwierdzić, czy na danej plantacji susza występuje, czy nie. – Dlatego zapraszam wszystkich profesorów na oględziny, żeby zobaczyli, jak faktycznie wyglądają uprawy. Bo my tylko ubezpieczamy, płacimy składki, a na końcu nie dostajemy nic – dodaje rozgoryczony. A wie, o czym mówi, ponieważ od lat jest przewodniczącym gminnej komisji szacującej straty w gospodarstwach rolnych.
Ekstremalne wysokie temperatury nie są uwzględnione w przepisach. Rolnicy mogą mieć problem z odszkodowaniami
Komisje zamiast aplikacji suszowej to jedno. Tutaj natomiast mamy do czynienia z jeszcze innym problemem. Co z tego, że Fornal szacuje straty w swoim rodzinnym gospodarstwie na średnio 50%, skoro ekstremalnie wysokie temperatury nie są uwzględnione w zarządzeniu nr 96/26 wojewody opolskiego z 22 lipca 2026 r. w sprawie trybu i zasad prac komisji wojewody ds. szacowania szkód w gospodarstwach rolnych i działach specjalnych produkcji rolnej spowodowanych skutkami niekorzystnych zjawisk atmosferycznych na terenie województwa opolskiego?
Izba Rolnicza w Opolu napisała do wojewody, ministra i premiera. Na razie bez rezultatu
– Problem jest naprawdę poważny. Największe straty zgłaszają rolnicy z Namysłowa i północnej części województwa, ale trudna sytuacja jest też tutaj, na słabszych ziemiach powiatu prudnickiego i nyskiego. Nie wiem, jak tym rolnikom pomóc – mówi Jerzy Sewielski, prezes Izby Rolniczej w Opolu, który od 5 sierpnia skierował już wiele pism w tej sprawie zarówno do wojewody opolskiego, ministra rolnictwa, jak i premiera Donalda Tuska.
– Boimy się szczególnie o rolników, którzy żyją wyłącznie z gospodarstwa. Gospodarstwa 100- czy 150-hektarowe są dziś mocno zakredytowane. Rolnicy dużo inwestowali, żeby mieć czym pracować, a przy obecnych cenach i takiej klęsce pogodowej nie wiadomo, jak sobie poradzą – podkreśla Jerzy Sewielski, dodając: – Nam najbardziej chodzi o zmianę przepisów i uwzględnienie ekstremalnie wysokich temperatur, bo to one w największym stopniu przyczyniły się do tych strat. Dziś jest to uwarunkowane ustawą i Sejm musiałby się nad tym szybko pochylić.
Ale czy się pochyli? Anomalie pogodowe już nieraz pokazały, że obecne przepisy nie odpowiadają dzisiejszym realiom. Powinny być bardziej elastyczne i uwzględniać fazę rozwoju rośliny, a nie tylko sztywne terminy. Ale wiedzą o tym najlepiej (i tylko) ci, którzy pracują pod chmurką i często nie spotykają się ze zrozumieniem ze strony rządzących.
– Uważam, że ta aplikacja już wyrządziła bardzo dużo złego. Wielokrotnie upominaliśmy się, że nie może być tak, że tylko na jej podstawie ocenia się straty – zaznacza prezes Izby Rolniczej w Opolu. Zwłaszcza że aplikacja jest daleka od ideału. Izba wystąpiła więc m.in. z wnioskiem o przywrócenie możliwości szacowania szkód przez komisje powoływane przez wojewodów, niezależnie od wskazań aplikacji suszowej. Wnioskowała także o uznanie tegorocznych fal upałów i suszy za zjawisko o charakterze klęskowym, co powinno skutkować wdrożeniem nadzwyczajnych instrumentów wsparcia dla sektora rolnego.
– Nie możemy przez rok czy dwa zniszczyć rolnictwa i udawać, że nie ma problemu – podkreśla stanowczo prezes Jerzy Sewielski.
Na razie – 26 sierpnia, jego apele do władz, w których rękach leży los opolskich rolników, za wyjątkiem wicewojewody opolskiego, który szybko zareagował, przekazując pismo do MRiRW, pozostają bez odpowiedzi. A czas się kończy. Niewykluczone, że w innych województwach problem jest podobny, tym bardziej trzeba zrobić wszystko, żeby rolnicy mogli z nadzieją patrzeć dalej w przyszłość. Bo póki co nastroje są bardzo, ale to bardzo średnie.
