Do niecodziennej sytuacji doszło w czwartek po godz. 13, gdy trzy traktory przekroczyły granice administracyjne stolicy wjeźdżając do miasta od strony Pruszkowa.
Na pierwszym skrzyżowaniu rolnicy skręcili w lewo i zaparkowali na Rondzie Wallów w stołecznej dzielnicy Ursus.
– Tak nas pokierowali policjanci, których przypadkiem spotkaliśmy po drodze – mówił Krzysztof Olejnik, rolnik z woj. łódzkiego i członek Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników.
Wyjaśnił, że dalej nie mogli jechać ze względu na znaki ograniczające prawo wjazdu ciągników rolniczych i pojazdów wolnobieżnych. – Nie chcieliśmy ryzykować mandatu – zaznaczył.
Na terenie Warszawy, a konkretnie na wjazdach do miasta umieszczone są znaki zakazu wjazdu ciągników rolniczych i pojazdów wolnobieżnych. Stołeczne ulice są oznaczone, chociażby znakiem B-6 czy B-5.
W przypadku złamania tego zakazu należy spodziewać się kontroli drogowej, która może zakończyć się wysokim mandatem karnym i punktami.
Rolnicy oczekują konkretnych działań
Do stolicy ciągniki przyjechały z pobliskiego Parzniewa, gdzie parkują od 9 stycznia na terenie należącym do Krajowej Rady Izb Rolniczych.
– Jesteśmy tam obecni, ponieważ chcemy pokazać, że nie zgadzamy się na forsowaną przez Komisję Europejską umowę UE–Mercosur – podkreślał Olejnik.
Zapewniał, że rolnicy nadal protestują i będą protestować. – Nie poddamy się! Ursula von der Leyen 17 stycznia, gdy ma zamiar polecieć do Paragwaju, aby podpisać tę umowę, musi wiedzieć, że my, jako europejscy rolnicy, sprzeciwiamy się tym działaniom – tłumaczył członek Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników.
– Oczekujemy od naszego rządu konkretnych działań, których celem będzie przede wszystkim złożenie wniosku o wydanie opinii przez TSUE, o zgodności umowy Mercosur z traktatami unijnymi – wyjaśnił Krzysztof Olejnik.
"Policji jest dużo, zdecydowanie więcej niż nas"
Na miejscu protestu pojawiło się kilkanaście radiowozów, w tym funkcjonariusze z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej Policji, a także prewencji. Ich działania były początkowo chaotyczne, co potwierdzało, że zostali zaskoczeni całą sytuacją.
– Policji jest dużo, zdecydowanie więcej niż nas. W jakimś stopniu po raz kolejny siły są ponadnormatywne w stosunku do tego, ilu nas jest – komentował na gorąco Olejnik. – W pewien sposób udało nam się przechytrzyć funkcjonariuszy, ponieważ wyjeżdżając z Parzniewa, nikt nas nie niepokoił – dodał.
Zbigniew Gołda, rolnik z gminy Kobylnica w powiecie słupskim, który jadąc do Warszawy, pokonał niemal 500 km nie ukrywał swojej irytacji tym, że ciągniki nie mogły 9 stycznia towarzyszyć protestującym rolmnikom.
– Tak nie powinno być, dlatego dziś pojawiliśmy się w stolicy, żeby przypomnieć o naszych postulatach – podkreślał.
Pouczenie zamiast mandatu...
Obecni na miejscu funkcjonariusze, którzy początkowo byli uprzejmi wobec protestujących rolników, po przyjeździe na miejsce swoich przełożonych zaczęli naciskać na jak najszybsze opuszczenie Warszawy przez ciągniki.
W pewnym momencie rolnicy otrzymali propozycję nie do odrzucenia, a więc: pouczenie zamiast mandatu.
Policjant wyjaśnił, że jeżeli rolnicy dobrowolnie opuszczą miejsce, gdzie przebywają, mogą liczyć na pobłażliwość i pouczenie (ciągniki stały za znakiem B-1, czyli zakaz ruchu).
Ostatecznie po przybyciu na miejsce dodatkowych radiowozów ciągniki ruszyły w kolumnie do Parzniewa.
– Na razie nie mogę mówić zbyt wiele, ale to na pewno nie koniec naszego sprzeciwu – wyjaśnił tajemniczo Krzysztof Olejnik.
To może oznaczać, że dzisiejszy "szturm" na Warszawę nie był jedynym, jaki może nas niebawem czekać.
Wydaje się, że wiedzą o tym również policjanci, którzy po incydencie z rolnikami ustawili dwa radiowozy przy wjeździe do stolicy od strony Pruszkowa.
Krzysztof Zacharuk
