Albert Katana: W poście na FB wezwał Pan do publicznej debaty „polityków i ‘ekspertów’, którzy mówią, że umowa UE-Mercosur nie zagraża polskiemu rolnictwu. Twierdzi Pan, że takie opinie wprowadzają dezinformację. To poważne oskarżenie…
Jacek Zarzecki: Poważna to jest dezinformacja, którą takie opinie szerzą. Jeśli ktoś dzisiaj opowiada, że niskocłowy lub bezcłowy import wołowiny, drobiu, cukru, etanolu czy miodu na rynek UE nie spowoduje szkód w rolnictwie, to albo nie wie o czym mówi, albo celowo dezinformuje.
Zaskakujące i niepokojące jest to, że takie opinie wciąż funkcjonują, choć od miesięcy tłumaczymy, jaki wpływ będzie miała ta umowa m.in. na sektor wołowiny. Z naszymi argumentami zgadza się polski rząd, polski parlament, prezydent RP – ale nie niektórzy profesorowie i politycy, nawet ci, którzy są rolnikami. Ci, którzy nas krytykują, starają się udowodnić, że rolnicy, którzy najlepiej wiedzą, jaka jest kondycja rolnictwa, nie mają racji, nie potrafią oszacować ryzyka.
Mamy argumenty, mamy dowody – jeśli ktoś uważa, że się mylimy, zapraszam. Chętnie porozmawiam z nim publicznie.
Ale fakty są twarde – 99 tys. ton wołowiny z Mercosur to 1,5% unijnej produkcji.
Jacek Zarzecki: Zgadza się – jeśli brać pod uwagę tylko te liczby. Tyle że „diabeł tkwi w szczegółach” – a te burzą ten optymistyczny obraz. Bo kraje Mercosur eksportują do UE głównie rostbefy, antrykoty i polędwice, których w Unii produkuje się ok. 700 tys. ton. I wtedy te 99 tys. ton to jest 15% unijnej produkcji – dodajmy, jedynej, która daje opłacalność.
To tak, jakby powiedzieć, że eksport samochodów z Chin do UE nie jest problemem, bo ogółem chińskie auta to ok. 6 proc. całego rynku samochodowego UE. Tyle że w segmencie hybryd – który dziś odpowiada za ok. 30–35 proc. nowych rejestracji w UE – udział samochodów produkowanych w Chinach sięga już kilkunastu procent importu. A to hybrydy są dziś najbardziej dochodowym segmentem przemysłu motoryzacyjnego.
I w tym przypadku Unia Europejska potrafi interweniować, nakładać cła, bo europejscy producenci samochodów boją się konkurencji. Rolnicy nie boją się konkurencji z krajami Mercosur, uważają jednak, że konkurencja powinna być uczciwa.
W handlu zawsze wygrywa ten, kto towar dobrej jakości sprzedaje taniej…
Jacek Zarzecki: Zgoda – tyle że tu nie mamy porównania jakościowego. W Unii Europejskiej jakość żywności jest bardzo konkretnie określona przepisami – żywność jest wtedy wysokojakościowa, jeśli jest wyprodukowana zgodnie z wyśrubowanymi przepisami. To dobrostan zwierząt, kontrola weterynaryjna, identyfikowalność produktu od początku do końca. To ograniczona do minimum ilość antybiotyków, podawanych tylko pod nadzorem lekarza weterynarii, gdy zwierzę jest chore. W krajach Mercosur tego wszystkiego nie ma.
Udowodnili to irlandzcy rolnicy z Irish Farmer’s Association, którzy pojechali do Brazylii i zobaczyli na własne oczy brak tych wszystkich standardów, które obowiązują hodowców w UE. Bydło nie jest okolczykowane, więc nie wiadomo, kiedy przyjmuje antybiotyki, ile ich przyjmuje – zresztą, same antybiotyki dla zwierząt, również te zakazane w UE, może kupić każdy bez jakichkolwiek dokumentów. Jak w Polsce cukierki.
W krajach Mercosur nie ma Zielonego Ładu. Nie ma ograniczenia stosowania środków ochrony roślin. Nie ma przepisów w zakresie dobrostanu zwierząt. Nie ma niczego, co sprawia, że nasza produkcja jest droższa o 100% od produkcji brazylijskiej czy argentyńskiej. My nie jesteśmy w stanie produkować tak tanio, nie możemy więc sprzedawać naszej wołowiny na rynkach hurtowych w cenie importu z Mercosur.
Ale jeśli umowę zabezpieczy się klauzulami ochronnymi, szczególnie klauzulą wzajemności, warunki rywalizacji powinny się wyrównać?
Jacek Zarzecki: Jeśli zabezpieczy się ją klauzulami w wersji zaproponowanej przez europosłów, m.in. wiceprzewodniczącego Komisji Rolnictwa Krzysztofa Hetmana i przyjętej przez Parlament Europejski. Szczególnie istotna jest klauzula wzajemności, pozwalająca na kontrolę warunków produkcji.
Ale Komisja Europejska nie chce przyjąć tych klauzul. Nie przyjęła propozycji Parlamentu Europejskiego – jedynego organu w UE, który jest organem demokratycznym. Klauzule, które zostały przyjęte przez Radę UE nie mówią o tym, że produkty importowane na rynek UE muszą być wytworzone w takich samych standardach, jak w UE.
Komisja mówi, że wzmocnione zostaną kontrole żywności na granicach UE – to znaczy, że do tej pory te kontrole były niewystarczające? A skoro były niewystarczające do tej pory, choć import z Mercosur trwa przecież już od kilkunastu lat, tyle że jest wysoko oclony, to jak mamy uwierzyć, że teraz te kontrole będą wystarczające?
Co zresztą dadzą te kontrole producentom w UE? Skontrolowana na granicy wołowina nie stanie się przez to droższa – a przypominam, ona jest tania, bo jest wyprodukowana w sposób niedozwolony w Unii Europejskiej. Niedozwolony, bo zagrażający bezpieczeństwu żywności, a więc zdrowiu konsumentów.
Konsumentom nie zależy na tym, żeby wołowina z Argentyny stała się droższa…
Jacek Zarzecki: Konsumenci nie zobaczą tej niskiej ceny. Eksporterzy z Mercosur nie będą sprzedawać wołowiny do UE po to, żeby zadowolić europejskich konsumentów, tylko żeby zarobić. A po drodze od portu, w którym ta wołowina rozpocznie swoje europejskie tournée, do półki sklepowej, gdzie zobaczy ją konsument, będzie wielu pośredników, z których każdy też będzie chciał zarobić.
Dziś argentyński stek w sklepie w Polsce kosztuje 200 zł. Skoro tyle kosztuje i są na niego chętni, dlaczego miałby kosztować mniej?
Polski konsument zapłaci tyle samo, ile płacił – natomiast polski hodowca i producent straci, a im więcej i im dłużej będzie tracił, tym będzie bardziej skłonny do likwidacji stada i zamknięcia produkcji. A wtedy polski konsument nie będzie miał już wyboru pomiędzy stekiem polskim, który kosztuje 70 zł, a argentyńskim, który kosztuje 200 zł.
To znaczy, że polski producent wołowiny zarabia tylko na rostbefach, antrykotach i polędwicach?
Jacek Zarzecki: To jest podstawa opłacalności produkcji. Tu trzeba powiedzieć o czymś, co wciąż jest chyba przyczyną niezrozumienia naszych argumentów. My nie mówimy o konkurencji na rynku polskim – polski konsument jest coraz bardziej świadomy, a nawet jeśli kieruje się wyłącznie ceną, to my oferujemy w Polsce tańszy produkt.
My mówimy o konkurencji na rynku europejskim – tam polscy producenci kierują ponad 70% swojej produkcji. Już teraz, przy wysokich cłach, na rynek europejski importuje się ponad 200 tys. ton najlepszych wyrębów wołowiny z krajów Mercosur. Obniżenie do 7,5% cła na choćby 99 tys. ton tych wyrębów to dla nas realne zagrożenie opłacalności produkcji.
Cena antrykotów, rostbefów, polędwicy pozwala zakładom przetwórczym zapłacić więcej producentom wołowiny. To pozwala kontynuować produkcję. I teraz bardzo ważna uwaga – mówimy tu o wołowinie, ale to nie jest sprawa tylko sektora wołowiny. To sprawa całego rolnictwa.
Sektor wołowiny to hodowla bydła. Hodowla bydła to konsumpcja paszy, produkowanej przez gospodarstwa roślinne. W Polsce większość zbóż produkuje się na pasze. Hodowla to też obornik – doskonały organiczny nawóz, którego teraz w Polsce mamy tak mało, że musimy go importować z Holandii. Tych zależności można wymieniać więcej, ale wszystkie sprowadzają się do jednego zdania: rolnictwo to system naczyń połączonych. Jeśli jedno naczynie pęknie, pękają kolejne. W tym sensie umowa z Mercosur to zagrożenie dla całego rolnictwa.
Dlatego napisał Pan w poście na FB, że ta umowa zagraża tysiącom miejsc pracy?
Jacek Zarzecki: Tak właśnie. Zgadzam się tu z Janem K. Ardanowskim – nie chodzi tylko o rolników. To zagrożenie dotyczy też przetwórców, pracowników zakładów, sprzedawców nawozów, maszyn rolniczych, agronomów, doradców rolnych, wreszcie właścicieli małych sklepików, sprzedawców. Jeśli ta umowa wejdzie w życie bez klauzul ochronnych, szczególnie klauzuli wzajemności, może spowodować tsunami.
Czy jest Pan gotów publicznie wymienić nazwiska tych osób, które zaprasza Pan do publicznej debaty?
Jacek Zarzecki: Oczywiście. Bardzo chętnie porozmawiałbym z panem profesorem Sławomirem Kalinowskim, z którego podejściem całkowicie się nie zgadzam, szczególnie dlatego, że bagatelizuje on kwestie szczegółów, o których tu mówiłem.
Zapraszam też do publicznej debaty byłego wiceministra rolnictwa, pana Michała Kołodziejczaka. Trudno zrozumieć, że człowiek, który był w Ministerstwie Rolnictwa, który jest rolnikiem, nie zdaje sobie sprawy z wpływu na rolnictwo polskie umowy z Mercosur.
Nie odmówiłbym też debaty z panem Piotrem Szumlewiczem, niedoszłym kandydatem na prezydenta RP. To jest paradne, że człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o rolnictwie, z taką pewnością siebie wypowiada się na tematy rolnictwa. O powadze jego argumentów niech świadczy fakt, że w grudniu 2024 r. proponował refundację leczenia zwierząt domowych w wysokości do 500 zł rocznie i wprowadzenie dwóch dni płatnego urlopu na zajmowanie się ciężko chorymi psami i kotami.
Wiele osób nie związanych z rolnictwem wypowiada się na temat umowy z Mercosur…
Jacek Zarzecki: Zgoda, nie zabraniam im tego. Ale niech wiedzą, o czym mówią, a nie wygłaszają androny. Szczególnie, że rolnicy nie żądają niczego nadzwyczajnego. Jeśli oczekujemy równych warunków konkurencji – to chyba jest zrozumiałe dla każdego. Unijnych standardów produkcji i bezpieczeństwa żywności w krajach Mercosur oczekuje 90% Polaków – wykazują to sondaże. Nasze stanowisko popiera rząd, Parlament i Prezydent RP.
Zarzuca się nam, że tylko jęczymy, narzekamy, i żądamy. To jest nie tylko krzywdzące, z uwagi na to, że rolnicy zapewniają żywność, ale też niedorzeczne. Przez 20 lat obecności w Unii Europejskiej polscy rolnicy pokazali, że potrafią – gospodarstwa stały się nowoczesne, produkcja bezpieczna, a nasza żywność podbiła Europę i stała się pożądana na świecie. Wartość eksportu polskich produktów rolno-spożywczych to ok. 230 mld zł a sektor rolnospozywczy daje ok13% PKB.
To wynik ponad dziesięciokrotnie wyższy niż 21 lat temu, gdy wstępowaliśmy do UE. My nie tylko bierzemy – jak mówią ci, którzy krytykują rolników. My też dajemy – żywność i wymierny finansowy wkład do polskiej gospodarki.
Czy środowisko rolnicze ma nadzieję, że wniosek Parlamentu o skierowanie umowy z Mercosur do TSUE wstrzyma wdrożenie tej umowy?
Jacek Zarzecki: Cóż, sprawa jest w toku. Mamy nadzieję, że Komisja Europejska uwzględni w swoich działaniach decyzję jedynego demokratycznego organu władzy w Unii Europejskiej. Wiemy jednak, że póki co, Komisja działa na podstawie upoważnienia udzielonego jej przez Radę UE – czyli radę ministrów spraw zagranicznych – na podstawie którego może wdrożyć tzw. tymczasowe stosowanie umowy.
W tej sytuacji zapewne okaże się, że tak wyśmiewane przez wielu klauzule ochronne staną się jedynym środkiem łagodzącym negatywny wpływ umowy z Mercosur.
Przy okazji – warto zwrócić uwagę tym, którzy mówią, że Polska nie zbudowała koalicji blokującej. Dobrze by było, gdyby przyjrzeli się temu, jak zachowały się Włochy, przez długi czas uważane za jeden z trzech filarów tej koalicji. Gdyby Włochy od razu opowiedziały się za umową, zapewne nikt by na nich nie liczył. Ale cóż - Włosi też mają przemysł samochodowy, a kilkadziesiąt ich produktów rolnych jest w tej umowie chronionych. Nie miały interesu w blokowaniu.
Jeśli więc ktoś mówi, że Polska nie zbudowała koalicji, to powinien raczej zapytać, dlaczego takiej koalicji nie potrafiła zbudować Francja – kraj dużo większy i historycznie dużo ważniejszy w UE, niż Polska. Dziś zapewne mało kto o tym wie, ale przez dziesięciolecia językiem używanym w instytucjach UE był francuski, nie angielski.
Czyli polscy i europejscy rolnicy będą musieli stanąć do wyścigu z latyfundystami z Mercosur?
Jacek Zarzecki: Polscy i europejscy rolnicy nie boją się wyścigu, potrafią się ścigać. Ale nie zgadzamy się na to, by ten wyścig wyglądał tak, żebyśmy my w tym wyścigu mieli dziesięciokilowy plecak i związane nogi, a nasi konkurenci byli swobodni i naszpikowani sterydami. To nie będzie uczciwy bieg. To nie jest uczciwa konkurencja.
rozmawiał: Albert Katana
