Zna wielu hodowców, którzy mają po 30–50 loch w cyklu zamkniętym, sami przetwarzają część produkcji, sprzedają do lokalnych ubojni, masarni, sklepów – i żyją z tego naprawdę dobrze. Jego zdaniem to jest dziś jedyne sensowne miejsce dla takich gospodarstw: dobra jakość, własny cykl, lokalny klient. Tam, gdzie ktoś zna rolnika z imienia, a boczek ma twarz konkretnego gospodarstwa.
– My też tak pracujemy – mamy pełen, zamknięty cykl: własne zboże, własną paszę, biogazownię. Z każdego etapu coś zostaje u nas, a nie u pośrednika. I powiem wprost: tylko zamknięty cykl daje spokój i stabilny zarobek. Przerobiłem już wszystko – najpierw tucznik z zakupu, potem mały cykl zamknięty, potem sprzedaż prosiąt. Dopiero przy większym, zamkniętym cyklu poczułem, że mam nad tym realną kontrolę – mói Damian Kacprzak, producent świń z Mazowsza.
Zamknięty cykl to fundament opłacalności
Mógłby się dalej rozwijać – dołożyć kolejne 700 loch w cyklu zamkniętym – ale to oznacza inwestycję rzędu 22–25 milionów złotych. W dzisiejszym, kompletnie nieprzewidywalnym rynku, z ASF-em wiszącym nad głową, wpakowanie 25 milionów tylko w nowe budynki to dla niego za duże ryzyko. Dlatego poszedł w inną stronę: biogazownia, kupno ziemi, dywersyfikacja. Woli, żeby ziemia dla niego „pracowała” długoterminowo, niż żeby się zadłużał pod kolejny rząd rusztów.
Nie zmienia to faktu, że to właśnie gospodarstwa podobne do jego – średnie, rodzinne, z zamkniętym cyklem – uważa za najlepszy model dla polskiej trzody. Produkują świnie w dobrych warunkach, zadbane, bez antybiotyków „na wszelki wypadek”, tradycyjnie żywione. I to widać w mięsie. Różnica jest w smaku, w strukturze, w zapachu. Dla Kacprzaka to jest prawdziwa jakość i uważa, że tak właśnie powinno się w Polsce produkować wieprzowinę.
Rodzinne gospodarstwa potrzebują wsparcia, nie marginalizacji
– Problem w tym, że równolegle rośnie integracja. Jeśli w tuczu przejdziemy powyżej 60% udziału integratorów, zakłady będą miały nas – niezależnych – w garści. Wystarczy, że zrobią trzy tygodnie „przyhamowania” skupu i wielu gospodarzy nie wytrzyma takiego zatoru. Już dziś jesteśmy blisko tej niebezpiecznej granicy. Dlatego w każdej sensownej strategii dla sektora trzody powinniśmy wyraźnie postawić na rozwój takich gospodarstw jak nasze: innych jakościowo, rodzinnych, z własnym zbożem i własną paszą – mói rolnik.
Jego zdaniem największym zagrożeniem dla rodzinnych stad świń nie jest nawet integrator, tylko sieci handlowe i dyskonty, w większości na obcym kapitale.
– One nie patrzą na lokalnego rolnika, tylko na tabelki z cenami w całej Europie. Kupią tam, gdzie jest najtaniej – nie zawsze tam, gdzie jest najlepiej. Rynek lokalnych sklepów, małych ubojni, masarni się kurczy, a dla nas to był naturalny kanał sprzedaży. Obce sieci dyktują warunki, a my nie mamy jak im „podskoczyć”. Nie mamy gwarancji ceny, działamy na wolnym rynku – i tylko od naszej strategii zależy, czy sobie na nim poradzimy – wskazuje producent.
Jakość i niezależność to nasza przewaga
Dużo się mówi, że integracja daje bezpieczeństwo: kontrakt, przewidywalność, stałą wypłatę.
– Tylko że w praktyce bywa różnie. Kiedy ceny żywca są niskie, integrator faktycznie wypłaci jakieś pieniądze – ale często prosiak jest słabej jakości, pojawiają się kary, a po dwóch rzutach nagle słyszysz: „kolejnych prosiąt nie damy”. I gospodarstwo traci obrót z dnia na dzień. My też mieliśmy trudne momenty na wolnym rynku, nie ma co lukrować. Ale jeśli spojrzę na pięć lat do tyłu, to i tak wychodziliśmy lepiej niż na kontrakcie – zwłaszcza w cyklu zamkniętym, gdzie zarabiamy na prosiaku i na paszy, a nie tylko na różnicy w cenie tucznika – analizuje rynek Kacprzak. Jego zdaniem kluczem jest to, że ma kontrolę nad większością elementów: produkuje własne zboże, a resztę kupuje od kilku stałych, bliskich rolników. Może zmagazynować około 3,5 tysiąca ton – praktycznie na cały sezon. Zna każde pole, z którego bierze pszenżyto czy jęczmień, wie, że to ziarno jest czyste, suche, wysokiej jakości. To jest droższa droga niż kupić „najtańsze zboże z rynku”, ale daje mu niezależność i stabilność – a to w dzisiejszych czasach jest warte więcej niż 2 grosze różnicy na kilogramie.
– Może ktoś powie, że jestem „starodawny” i „uparty”. Trudno. Ja uważam, że właśnie w jakości, w zamkniętym cyklu, w lokalnym zbożu i rodzinnej pracy jest przyszłość polskiej wieprzowiny. Integratorzy będą, sieci będą – ale jeśli pozwolimy zniknąć takim gospodarstwom jak nasze, to za chwilę okaże się, że nie mamy już żadnej alternatywy. Tylko tę jedną: brać, co nam dadzą – za taką cenę, jaką nam policzą – mówi stanowczo rolnik.
