StoryEditor

30–50 loch i własny cykl. Tu średnia ferma świń jeszcze może wygrać

Dla gospodarstw utrzymujących 30–50 loch sama skala coraz częściej nie wystarcza. Według Damiana Kacprzaka to właśnie własny, zamknięty cykl, lokalny rynek zbytu i jakość mięsa dają dziś średnim fermom świń największą szansę na niezależność od integratorów i sieci handlowych.

31.03.2026., 09:00h

Zna wielu hodowców, którzy mają po 30–50 loch w cyklu zamkniętym, sami przetwarzają część produkcji, sprzedają do lokalnych ubojni, masarni, sklepów – i żyją z tego naprawdę dobrze. Jego zdaniem to jest dziś jedyne sensowne miejsce dla takich gospodarstw: dobra jakość, własny cykl, lokalny klient. Tam, gdzie ktoś zna rolnika z imienia, a boczek ma twarz konkretnego gospodarstwa.

– My też tak pracujemy – mamy pełen, zamknięty cykl: własne zboże, własną paszę, biogazownię. Z każdego etapu coś zostaje u nas, a nie u pośrednika. I powiem wprost: tylko zamknięty cykl daje spokój i stabilny zarobek. Przerobiłem już wszystko – najpierw tucznik z zakupu, potem mały cykl zamknięty, potem sprzedaż prosiąt. Dopiero przy większym, zamkniętym cyklu poczułem, że mam nad tym realną kontrolę – mói Damian Kacprzak, producent świń z Mazowsza.

Zamknięty cykl to fundament opłacalności

Mógłby się dalej rozwijać – dołożyć kolejne 700 loch w cyklu zamkniętym – ale to oznacza inwestycję rzędu 22–25 milionów złotych. W dzisiejszym, kompletnie nieprzewidywalnym rynku, z ASF-em wiszącym nad głową, wpakowanie 25 milionów tylko w nowe budynki to dla niego za duże ryzyko. Dlatego poszedł w inną stronę: biogazownia, kupno ziemi, dywersyfikacja. Woli, żeby ziemia dla niego „pracowała” długoterminowo, niż żeby się zadłużał pod kolejny rząd rusztów.

Nie zmienia to faktu, że to właśnie gospodarstwa podobne do jego – średnie, rodzinne, z zamkniętym cyklem – uważa za najlepszy model dla polskiej trzody. Produkują świnie w dobrych warunkach, zadbane, bez antybiotyków „na wszelki wypadek”, tradycyjnie żywione. I to widać w mięsie. Różnica jest w smaku, w strukturze, w zapachu. Dla Kacprzaka to jest prawdziwa jakość i uważa, że tak właśnie powinno się w Polsce produkować wieprzowinę.

Rodzinne gospodarstwa potrzebują wsparcia, nie marginalizacji

– Problem w tym, że równolegle rośnie integracja. Jeśli w tuczu przejdziemy powyżej 60% udziału integratorów, zakłady będą miały nas – niezależnych – w garści. Wystarczy, że zrobią trzy tygodnie „przyhamowania” skupu i wielu gospodarzy nie wytrzyma takiego zatoru. Już dziś jesteśmy blisko tej niebezpiecznej granicy. Dlatego w każdej sensownej strategii dla sektora trzody powinniśmy wyraźnie postawić na rozwój takich gospodarstw jak nasze: innych jakościowo, rodzinnych, z własnym zbożem i własną paszą – mói rolnik.

Jego zdaniem największym zagrożeniem dla rodzinnych stad świń nie jest nawet integrator, tylko sieci handlowe i dyskonty, w większości na obcym kapitale.

– One nie patrzą na lokalnego rolnika, tylko na tabelki z cenami w całej Europie. Kupią tam, gdzie jest najtaniej – nie zawsze tam, gdzie jest najlepiej. Rynek lokalnych sklepów, małych ubojni, masarni się kurczy, a dla nas to był naturalny kanał sprzedaży. Obce sieci dyktują warunki, a my nie mamy jak im „podskoczyć”. Nie mamy gwarancji ceny, działamy na wolnym rynku – i tylko od naszej strategii zależy, czy sobie na nim poradzimy – wskazuje producent.

Jakość i niezależność to nasza przewaga

Dużo się mówi, że integracja daje bezpieczeństwo: kontrakt, przewidywalność, stałą wypłatę.

– Tylko że w praktyce bywa różnie. Kiedy ceny żywca są niskie, integrator faktycznie wypłaci jakieś pieniądze – ale często prosiak jest słabej jakości, pojawiają się kary, a po dwóch rzutach nagle słyszysz: „kolejnych prosiąt nie damy”. I gospodarstwo traci obrót z dnia na dzień. My też mieliśmy trudne momenty na wolnym rynku, nie ma co lukrować. Ale jeśli spojrzę na pięć lat do tyłu, to i tak wychodziliśmy lepiej niż na kontrakcie – zwłaszcza w cyklu zamkniętym, gdzie zarabiamy na prosiaku i na paszy, a nie tylko na różnicy w cenie tucznika – analizuje rynek Kacprzak. Jego zdaniem kluczem jest to, że ma kontrolę nad większością elementów: produkuje własne zboże, a resztę kupuje od kilku stałych, bliskich rolników. Może zmagazynować około 3,5 tysiąca ton – praktycznie na cały sezon. Zna każde pole, z którego bierze pszenżyto czy jęczmień, wie, że to ziarno jest czyste, suche, wysokiej jakości. To jest droższa droga niż kupić „najtańsze zboże z rynku”, ale daje mu niezależność i stabilność – a to w dzisiejszych czasach jest warte więcej niż 2 grosze różnicy na kilogramie.

– Może ktoś powie, że jestem „starodawny” i „uparty”. Trudno. Ja uważam, że właśnie w jakości, w zamkniętym cyklu, w lokalnym zbożu i rodzinnej pracy jest przyszłość polskiej wieprzowiny. Integratorzy będą, sieci będą – ale jeśli pozwolimy zniknąć takim gospodarstwom jak nasze, to za chwilę okaże się, że nie mamy już żadnej alternatywy. Tylko tę jedną: brać, co nam dadzą – za taką cenę, jaką nam policzą – mówi stanowczo rolnik.

 

Anna Kurek
Autor Artykułu:Anna Kurek

redaktor „top agrar Polska”, zootechnik, specjalistka w zakresie hodowli trzody chlewnej.

Pozostałe artykuły tego autora
Masz pytanie lub temat?Napisz do autora
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
31. marzec 2026 09:02